Powrót Billa – Ameryka od środka

Do kandydatury prezydenckiej Hillary Clinton zniechęca mnie ostatnio systematycznie jej mąż i były prezydent, Bill Clinton. Jeszcze do niedawna była to postać powszechnie poważana we wszystkich “frakcjach” Partii Demokratycznej, mimo oczywistego bagażu skandalizującej przeszłości. Od pewnego czasu Bill wziął na siebie zupełnie inną rolę.

Jeździ mianowicie po stanach, w których mają się wkrótce odbyć prawybory i zachowuje się tak, jak mocno rozdrażniony buldog, który lada chwila kogoś ugryzie. Atakując przede wszystkim Baracka Obamę i posługując się czasami faktami dość wątpliwej jakości, sprawia wrażenie człowieka głęboko zirytowanego tym, że ktoś ma w ogóle czelność zagrażać wyborczo jego małżonce, tak jakby prezydentura ponownie należała się Clintonom, a wybory były tylko czczą formalnością.

Chciałoby się czasami zanucić: “nie bądź taki szybki, Bill”. Kandydatura Hillary Clinton ma sens, ale tylko pod warunkiem, że nie stanie się pseudodynastycznym cyrkiem, w który Bill sprawia wrażenie człowieka powracającego do władzy i wywierającego na obecny proces wyborczy przemożny wpływ. Czy nie jest ironią to, iż ewentualny wybór na prezydenta pierwszej kobiety w historii USA musi się podpierać agresywnością jej męża? Faktu tego nie przeoczyło kilku wpływowych demokratów. Edward Kennedy i Rahm Emanuel podobno zadzwonili do byłego prezydenta, by mu bez ogródek powiedzieć, by “zmienił ton” swoich wypowiedzi. Tu i ówdzie zaczynają się odzywać głosy, że jak tak dalej pójdzie, Hillary może wygrać, ale jednocześnie zniszczy w znacznym stopniu Partię Demokratyczną. Niezbyt zadowolone są również feministki, które nagle dostrzegły w postaci Hillary nie tyle kobietę, co bezwzględnego, wyrachowanego polityka, który w celu osiągnięcia ostatecznego sukcesu zrobi wszystko, nawet jeśli oznaczać to będzie odsunięcie kwestii płaci kandydatki na plan dalszy.

Gdy pani Clinton ogłosiła, że zamierza stanąć do walki o Biały Dom, miałem nadzieję, że będzie to jej własna, niezależna kandydatura, a Bill ograniczy się do roli uśmiechającego się ciepło kibica, stojącego gdzieś w tle. Okazało się, że jest zupełnie inaczej. Wizja powrotu do Waszyngtonu zdaje się kojarzyć Billowi z jakąś utajnioną wiceprezydenturą dla jego własnej osoby, a jego niezwykle aktywny i niezbyt uprzejmy udział w dotychczasowej dyskusji wyborczej może budzić wyłącznie niepokój.

W tym sensie doskonale rozumiem frustrację Obamy, który coraz częściej zastanawia się publicznie, czy walczy o nominację z Hillary, czy też z duetem Clintonów, a szczególnie z byłym prezydentem. Ani on, ani wielu innych obserwatorów i polityków nie tak wyobrażało sobie realizację politycznych aspiracji pani senator z Nowego Jorku.

Całkiem możliwe jest to, iż przy pomocy mężowskich ataków Hillary wygra. Możliwość taka staje się jednak coraz mniej apetyczna. Po ośmiu latach Clintona i ośmiu latach Busha perspektywa nowej ery “clintonowej” od razu była dość trudna do strawienia. Gdy dodać do tego fakt, iż Hillary i Bill coraz wyraźniej sugerują, że zamierzają rządzić razem, że jest to ich wspólny powrót do Białego Domu, robi mi się jeszcze smutniej. To już wszystko było, a Ameryka zasługuje na poważne, a nie tylko kosmetyczne zmiany. Nie wiem na razie, kto byłby najlepszym zwiastunem takich zmian. Wiem natomiast, że nie jest to Hillary Clinton.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*