Polityczne zakupy

Polityczne zakupy

Truizmem jest stwierdzenie, że pieniądze w amerykańskiej polityce odgrywają zdecydowanie zbyt dużą rolę. Walka o jakikolwiek urząd wybieralny wymaga czasami ogromnych nakładów finansowych, co powoduje, że kandydaci muszą albo być milionerami, albo korzystać ze wsparcia milionerów.

fot.Carlos Jorge Monteiro/PAP/EPA/Wikipedia

fot.Carlos Jorge Monteiro/PAP/EPA/Wikipedia

Po głośnym skandalu Watergate w latach 70. minionego stulecia zatwierdzono szereg ustaw ograniczających sumy, jakie politycy mogli dostawać od osób prywatnych i korporacji. Chodziło nie tylko o ochronę amerykańskiego systemu politycznego przed korupcją, ale również o to, by ogólna orientacja kraju nie była w zbyt dużym stopniu uzależniona od garstki bogaczy.

Niestety obecny Sąd Najwyższy, w swoim konserwatywnym składzie, systematycznie wszystkie te ograniczenia eliminuje. Właśnie zapadła nowa decyzja, która w zasadzie znosi wszystkie ograniczenia dotyczące finansowego wspierana kandydatów w wyborach do urzędów na szczeblu federalnym. Tym samym każdy – czy to indywidualny milioner, czy też bogata korporacja – może obdarzać swoich politycznych ulubieńców górami pieniędzy, wpływając w ten sposób na ostateczne wyniki wyborów.

Jak zwykle decyzja zapadła większością jednego głosu – 5 do 4 – bo taki jest od lat układ sił w Sądzie Najwyższym. Ludzie zamożni, patronujący swoim politycznym pupilom, wygrali. Reszta Ameryki zdecydowanie przegrała, bo rola pieniędzy w kształtowaniu krajobrazu światopoglądowego kraju jeszcze bardziej się zwiększy.

Dość zabawne jest to, że w opinii sporządzonej przez pięciu sędziów głosujących „za” wielokrotnie padają szczytne słowa o tym, iż należy w USA bronić zasady wolności słowa, a przejawem tejże wolności ma być rzekomo możliwość zalewania sceny politycznej dolarami. Główny sędzia John Roberts wyraził w swojej opinii pogląd, że „nie ma bardziej podstawowej zasady naszej demokracji niż ta, że każdy ma prawo udziału w procesie wybierania naszych przywódców politycznych”. Święta racja, tyle że dla przeciętnego wyborcy ów proces polega na ocenianiu kandydatów i oddawaniu na nich głosów, a nie na wpychaniu im w kieszenie banknotów, by w ten sposób zmienić ich zdanie na dowolnie wybrany temat. Z opinii Robertsa zdaje się wynikać, że w demokracji amerykańskiej są równi i równiejsi. Ci pierwsi wrzucają wprawdzie do urn swoje głosy, ale nie ma to większego znaczenia. Natomiast ci drudzy do wyborów nawet nie muszą iść – wystarczy, by w zaciszu własnych domów wypisywali nieustannie czeki i „wybierali” w ten sposób zwycięzców.

Zarówno ostatnia decyzja Sądu Najwyższego, jak i poprzednia z roku 2010, wydana w sprawie Citizens United, cofnęła nas w pewnym sensie w czasie i sprowadziła amerykańską demokrację do przedziwnego systemu czysto komercyjnych wyborów, w którym o wielu rzeczach decydują nie rozsądek czy czyjaś racja, lecz zapas gotówki w banku i siła finansowego przebicia. O tym, co robi Kongres i z jakich ludzi się składa, nie powinna decydować garstka zamożnych szarych eminencji, bo jeśli tak będzie, to w ogóle nie ma sobie sensu zawracać głowy wyborami i demokracją, lecz trzeba otwarcie ludziom powiedzieć, iż politycy są towarem do kupienia i że jeśli ktoś nie ma na takie wielkie wydatki pieniędzy, winien siedzieć w domu i pozwalać decydować o ich losie innym.

Roberts i jego konserwatywni koledzy twierdzą, że polityczne zakupy to przejaw wolności słowa. Moim zdaniem jest to wyłącznie przejaw wielkości kasy oraz megalomanii i cynizmu jej posiadaczy.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*