Paranoja

Ameryka od środka

W odpowiedzi na nieudaną próbę zamachu na amerykański samolot, lecący z Amsterdamu do Detroit, szefowie amerykańskiego lotnictwa cywilnego zarządzili wprowadzenie kilku zmian w przepisach dotyczących latania przez Atlantyk. Są to przepisy tyleż paranoiczne, co bezcelowe, a wynikają zapewne z chęci pokazania światu, że ktoś coś robi i nie siedzi bezczynnie. Jeśli chodzi o to bezczynne siedzenie, stanie się ono teraz udziałem wszystkich pasażerów rejsów transatlantyckich, ponieważ przez ostatnią godzinę lotu obowiązuje zakaz wstawania, chodzenia do toalety, używania jakiejkolwiek elektroniki, przykrywania się kocami i trzymania czegokolwiek na kolanach. Aż dziw bierze, że nadal można na pokładzie mówić.

Trudno zrozumieć, w jaki sposób te przepisy mają zapobiegać atakom terrorystycznym. Najważniejsze jest jednak to, że stosowanie tak drakońskich środków wobec ludzi, którzy już przeszli wszystkie możliwe kontrole bezpieczeństwa przed odlotem są dość zastanawiającym przyznaniem się do bezsilności agencji TSA.

Gdyby bowiem kontrola ta była rzeczywiście skuteczna, pasażerowie mogliby w czasie lotu czuć się zupełnie swobodnie i nie musieliby tkwić w fotelach w poczuciu narzuconego im przez władze paraliżu. Przecież te wszystkie przeszkody, przez które musi przebrnąć każdy pasażer, na czele ze zdejmowaniem butów, pakowaniem lilipucich porcji kosmetyków do plastikowych toreb i otwieraniem bagażu podręcznego, są właśnie po to, by w czasie lotu nie było już żadnych zagrożeń i żadnych nadzwyczajnych restrykcji.

A skoro są i stają się coraz ostrzejsze, TSA mówi nam jasno, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa. Nikogo nie powinno to specjalnie dziwić. Żadne środki bezpieczeństwa nie wyeliminują całkowicie zagrożenia ze strony fanatyków, którzy są gotowi zginąć. Na razie wszyscy dyskutują o chemicznych środkach wybuchowych, które są niewidoczne dla wykrywaczy metalu. Jednak każdy kolejny zamach terrorystyczny zawiera jakiś nowy, niespodziewany element, a ludzie spod znaku al-Kaidy nigdy nie wracają do tych samych metod działania. To, że niebezpieczeństwa nie da się całkowicie wyeliminować, nie powinno służyć do stosowania restrykcji zgoła śmiesznych. Zastanawiam się, czy gdzieś w Jemenie przyszli terroryści nie zacierają właśnie rąk z uciechy, że udało im się – mimo nieudanego ataku – przywiązać wszystkich pasażerów do samolotowych foteli i odebrać im możliwość korzystania z laptopów.

Ich uciecha jest zapewne tym większa, że zdają sobie doskonale sprawę z tego, że są to restrykcje całkowicie chybione, które w żaden sposób nie zmienią ich przyszłej strategii. Zastanówmy się przez chwilę, co zrobiłby młody nigeryjski terrorysta, gdyby na pokładzie jego samolotu do Detroit obowiązywało już siedzenie w fotelu przez ostatnią godzinę lotu. Czy natychmiast zrezygnowałby ze swoich planów? A może z rozpaczy oddałby się natychmiast w ręce władz? O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że próbowałby zdetonować swoją bombę wcześniej. W sumie zatem nie powinno chodzić o to, by robić z przebywania w samolocie katorgi, lecz by stosować jeszcze przed startem metody, które taką katorgę czynią zbędną. Jestem pewien, że ogromna większość pasażerów zgodziłaby się chętnie na każde niemal dodatkowe kontrole naziemne, łącznie z tzw. “full body scan”, byle tylko w czasie lotu można było się jako tako zrelaksować i nie czuć się jak w powietrznej wersji więzienia w Guantanamo. Na razie latanie gdziekolwiek staje się z wolna coraz większą farsą. W tym sensie terroryści odnieśli już sukces.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*