Olimpijski wstyd – Ameryka od środka

Chińscy komuniści przeprowadzają krwawą pacyfikację Tybetu. Nikt dokładnie nie wie, co się tam dzieje, ponieważ wyproszono z tej prowincji wszystkich dziennikarzy i turystów. Jak zabijać, to najlepiej po kryjomu. Wiadomo jednak, że w kierunku Tybetu zmierzają wielkie kolumny wojska. Można z łatwością przewidzieć, jakie zadania wyznaczono chińskim “obrońcom rewolucji”, którzy mają wieloletnie doświadczenia w “eliminacji” wszelkich objawów sprzeciwu.

Świat coraz częściej i natarczywiej protestuje, domagając się od Pekinu wyjaśnień powściągliwości, umiaru, itd. Natomiast wstydliwie milczy Międzynarodowy Komitet Olimpijski, którego przedstawiciele już w sierpniu pojawiają się w stolicy Chin, by uczestniczyć w ceremonii otwarcia kolejnych igrzysk.

Szefowie tej organizacji z uporem twierdzą, że wszelkie rozważania o ewentualnym bojkocie olimpiady są nie na miejscu, ponieważ nie można dopuścić do “upolitycznienia igrzysk”. Naprawdę? Gdzie ci panowie byli przez ostatnie dziesięciolecia? Igrzyska olimpijskie bywały “polityczne” już w starożytnej Grecji, a w roku 1936 zawędrowały do zawładniętego hitleryzmem Berlina. Zarówno wtedy, jak i teraz dyktatorska władza upatrywała w tym wydarzeniu świetne narzędzie propagandy, kosztem sportowców, demokracji i ideałów wolnościowych.

Komitet przez ostatnie 150 lat nie nauczył się niczego. Olimpiada nigdy nie powinna była zagościć w faszystowskich Niemczech, jej powierzenie komunistycznej Moskwie było bardzo podobnym i fatalnym w skutkach błędem, a błąd ten właśnie znajdzie swoje nowe ucieleśnienie, z chwilą, gdy sportowcy z całego świata zjadą do kraju zbroczonego krwią dysydentów, opozycyjnych intelektualistów, dziennikarzy oraz Tybetańczyków.

Idiotyczne frazesy o tym, że sportu nie sposób łączyć z polityką mają sens tylko w bardzo ograniczony sposób. Nie sposób o coś obwiniać uczestników największej sportowej imprezy świata, spędzających całe lata na żmudnych treningach. Natomiast to, gdzie impreza ta się odbywa powinno mieć bardzo ścisły związek z kontekstem politycznym. Czy MKOL milczałby również wtedy, gdy Niemcy w 1940 roku zaproponowały zawody sportowe w Auschwitz?
Zreformowanie obecnie obowiązującego, kompletnie skompromitowanego systemu przydzielania organizacji igrzysk poszczególnym krajom wcale nie jest trudne. Wystarczy od samego początku założyć, iż kandydat do organizacji tej imprezy musi spełniać podstawowe warunki demokratycznego sposobu sprawowania władzy, nie mówiąc już o przywiązaniu do cywilizacyjnych wymogów współczesnego świata. A zatem jeśli kraje takie jak Iran, Arabia Saudyjska, Korea Północna i Chiny chcą współuczestniczyć w świętowaniu światowego sportu, należy postawić kacykom z tychże krajów jasne, konkretne warunki, bez zaspokojenia których sny o olimpiadzie winny zostać wyłącznie snami. Koniec dyskryminacji wobec kobiet, koniec kar śmierci przez obcięcie głowy na publicznym placu, koniec kretyńskich praw rodem ze średniowiecza.
Nie wiem, co wydarzy się w najbliższych tygodniach i miesiącach w Tybecie.

Jednak milczenie ruchu olimpijskiego na ten temat jest po prostu nie do przyjęcia. Czy naprawdę ktoś na serio wierzy, że można beztrosko uprawiać międzynarodowy sport w kraju, w którym życie przeciętnego obywatela jest w zasadzie nic niewarte, a jakikolwiek przejaw opozycji to “zdrada”? Być może całkowity bojkot igrzysk jest rzeczywiście niezbyt dobrym rozwiązaniem. Jednak to, że chińskim komunistom tak bardzo zależy na “propagandowym sukcesie” na miarę Adolfa Hitlera, powinno być dla wolnego świata podnietą do bezpardonowego szantażu – albo zaczniecie się zachowywać jak normalni ludzie, albo wasza wymarzona impreza stanie się waszą totalną porażką.
Niestety, na razie olimpijscy organizatorzy zdradzają wyłącznie uległość i bojaźń.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*