Normalny indyk

Ameryka od środka

Jak co roku, miliony Amerykanów zdecydowały się na zakup wielkiego indora, którego całe góry leżały we wszystkich supermarketach. Niektóre z tych ptaków bywają wręcz monstrualnych rozmiarów, co wynika ze sposobu ich żywienia i hodowania. Jeszcze przed 50 laty indyki w USA wyglądały zupełnie inaczej – by mniejsze, ale za to smakowały znacznie lepiej.

 

Dziś 99% sprzedawanych w Ameryce indyków to tzw. “large white” albo “broad-breasted white”, a obie nazwy nawiązują do faktu, że są to ptaki “masowo produkowane” w taki sposób, by miały jak najwięcej białego mięsa z piersi. Indyki w fabrykach drobiu wiodą fatalne życie – gnieżdżą się w niezwykle zatłoczonych, ciasnych pomieszczeniach i faszerowane są nieustannie ziarnem oraz antybiotykami. Ptaki nigdy nie spacerują na świeżym powietrzu, czyli poza swoim “więzieniem” nie znają w ogóle świata zewnętrznego. Efekt jest taki, że indory są tak ogromne, iż ledwo mogą chodzić i nie są w stanie naturalnie się rozmnażać, co powoduje, że hodowcy muszą się uciekać do sztucznej inseminacji.

 

Po uboju mięso takiego indyka zwykle jest suche i bez smaku. W związku z tym producenci uciekają się do różnych sposobów, by walory smakowe udoskonalić, na przykład przez wstrzykiwanie do tkanki mięsnej roztworu soli lub oleju. Kiedyś wystarczyło indyka po prostu upiec w piekarniku, by uzyskać doskonały obiad. Dziś świętujący Dzień Dziękczynienia Amerykanie robią co tylko mogą, by polepszyć smak mięsa, stosując różne sposoby gotowania, nacierania przyprawami, marynowania, itd.

 

Czy są jeszcze w USA normalne indyki, spacerujące po trawie i jedzące naturalne dla nich pożywienie? Są, ale bywają znacznie droższe i często trudno jest je znaleźć. Wystarczy jednak nieco zachodu, by na świątecznym stole zagościł prawdziwy przysmak, a nie masowo produkowane mięso smakujące jak podeszwa. W niektórych sklepach można składać zamówienia na tzw. “free range turkeys”, a tu i ówdzie dostępne są nawet tzw. “heritage turkeys”, czyli odmiana indorów podobna do tej, jaką w Ameryce zjadano na początku istnienia kraju.

 

W tym roku, za namową ekologicznie wrażliwej córki, po świątecznego indyka nie pojechałem do sklepu, lecz nieco dalej, 20 mil za miasto, do prywatnego gospodarstwa, znajdującego się w rękach tej samej rodziny od trzech generacji. Jeden rzut oka na to gospodarstwo upewnił mnie, że dobrze zrobiłem. Po podwórku spacerowały swobodnie kury, kaczki i indyki, tworzące w sumie kakofonię drobiowych hałasów, którą pamiętam z dzieciństwa. Wokoło zaś schludne zabudowania, zaorane już pola oraz zagrody dla krów i świń. Zamiast stać w kolejce w supermarkecie, uciąłem sobie pogawędkę z niezwykle sympatycznym właścicielem tego miejsca, który opowiedział mi o tym, jak hoduje swój drób, a następnie oprowadził mnie z dumą po swoim królestwie. Do domu wróciłem z indykiem, który rozstał się z życiem dzień wcześniej, a który ważył “zaledwie” 12 funtów.

 

Oczywiste jest to, że kupowanie mięsa i produktów rolnych bezpośrednio od rolników nie może być pomysłem na skuteczne wyżywienie Ameryki, bo jest to kraj zbyt ludny i zjadający ogromne ilości żywności. Jednak warto czasami spróbować odejść od dominujących schematów zaopatrywania się w mięso i warzywa. Jak się często mówi, gdyby ludzie wiedzieli, jak robi się parówki, nigdy więcej by ich nie jedli. Podobnie jest jednak z drobiem i innymi zwierzętami domowymi. Gdybym kiedyś zobaczył, w jakich warunkach hodowane są na masową konsumpcję zwierzęta i w jaki sposób odbywa się ich ubój, pewnie zostałbym szybko jaroszem.

 

W tym roku zjem “normalnego indyka”, czego wszystkim również życzę.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*