Nieubłagana demografia

Nieubłagana demografia

Przed kilkoma dniami kongresman z Alabamy, Mo Brooks, wyraził pogląd, iż demokraci „prowadzą wojnę przeciw białym”. Gdy go spytano, co dokładnie przez to rozumie, powiedział: „Wojnę prowadzą przez naleganie, że biali nienawidzą wszystkich innych. Jest to strategia zastosowana przez Baracka Obamę w roku 2008 i 2012 – on nas wszystkich dzieli wedle rasy, płci, chciwości, zazdrości i konfliktów klasowych”.

Kompletnej głupoty tej wypowiedzi nie sposób nie zauważyć. Według ostatniego spisu ludności USA, biali nadal stanowią przytłaczającą większość ludności kraju – prawie 70 procent. Latynosów jest 17 proc., a czarnoskórych – 13 procent. Gdyby zatem jakakolwiek siła polityczna chciała nagle wypowiedzieć wojnę rasie białej, byłby to krok nie tylko szaleńczy, ale również samobójczy. Słowa Brooksa są jednak znamienne, gdyż stanowią przejaw toczącej się od kilku lat ostrej walki o to, jaka ma być w przyszłości Partia Republikańska – czy ma to być formacja białych i zamożnych seniorów, czy też ma ona reprezentować całą różnorodność etniczną i rasową Ameryki.

Z białymi w USA nikt nie walczy, za to republikanie – przynajmniej niektórzy – zastanawiają się co zrobić, by ich partia w jakiś sposób dostosowała się do postępujących i nieodwracalnych procesów demograficznych w USA. Obecne prognozy pokazują, że w roku 2050 Amerykanów będzie 440 milionów, biali stanowić będą 47 proc. ludności, a Latynosi – 29 procent. Ci ostatni staną się zatem niezwykle ważną grupą wyborców, bez której poparcia nie będzie można wygrać żadnych wyborów o randze krajowej. Zresztą do pewnego stopnia już teraz wyborcy ci decydują czasami o losach kandydatów. Według danych z roku 2011, prawie 68 proc. Latynosów identyfikowało się z Partią Demokratyczną, a 20 proc. z Partią Republikańską. W wyborach prezydenckich w 2008 roku 67 proc. Latynosów głosowało na Obamę, a tylko 30 proc. na McCaina. Jest to ogromna dysproporcja, której nie da się nadrobić przez „adresowanie” kampanii wyborczej przede wszystkich do białej ludności kraju, tym bardziej, że począwszy od roku 1972 ponad 80 proc. czarnoskórych wyborców głosuje na demokratycznych kandydatów.

Jeśli zatem wśród republikanów nie dokonają się jakieś gruntowne zmiany, partia ta będzie skazana na marginalizację – zapewne nie w tym cyklu wyborczym, ani nawet w następnym, ale prędzej czy później tak się stanie. W tym sensie słowa Brooksa o rzekomej walce przeciw białym to przejaw narastającego strachu przez procesami, nad którymi nikt nie ma kontroli, a które doprowadzą nieuchronnie do poważnej zmiany amerykańskiego krajobrazu politycznego. Jeśli ktoś istotnie toczy wojnę, to robią to raczej ci republikanie, którzy skutecznie odstraszają od siebie mniejszości etniczne i rasowe.

Republikańscy politycy nadal często zachowują się tak, jakby na poparciu Latynosów zupełnie im nie zależało. Przed kilkoma miesiącami Izba Reprezentantów nie dopuściła do dyskusji o wcześniej zatwierdzonej przez Senat ustawie reformującej system imigracyjny. A przed kilkunastoma dniami doszło do kompletnego fiaska debaty o rozwiązaniu problemu masowego napływu do USA latynoskich dzieci. Nic dziwnego, że jeżdżący potem po swoich własnych stanach politycy bywają wygwizdywani przez latynoskich wyborców. I problem w tym, że skala tych gwizdów będzie z roku na rok rosła.

Są oczywiście wpływowi politycy republikańscy, którzy zdają sobie doskonale sprawę z tego, iż ich partia musi się zmienić, by mieć w przyszłości szanse na cokolwiek. Mimo to, nic się nie zmienia, a być może robi się nawet coraz gorzej.

Andrzej Heyduk

fot.123RF Stock Photos

Categories: Felietony, Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*