Nic nie wiadomo

Przebieg tegorocznej kampanii wyborczej jak nigdy przedtem obnażył wszystkie zawiłości tego procesu, szczególnie te, które rzadko mają jakiekolwiek znaczenie. Po demokratycznej stronie barykady wytworzyła się niezwykle skomplikowania sytuacja.

Po tzw. “super wtorku” wyborczym, który miał wyłonić zdecydowanego faworyta, okazało się, iż głosowanie zakończyło się praktycznie remisem. W związku z tym Hillary Clinton i Barack Obama mają obecnie mniej więcej tyle samo delegatów na konwencję Partii Demokratycznej.

Niemal zawsze jest tak, iż jeden z kandydatów dość szybko uzyskuje zdecydowaną przewagę, zdobywa wymaganą do nominacji liczbę kandydatów i jedzie na konwencję w glorii chwały, gdzie ostateczne potwierdzenie nominacji jest tylko uroczystą formalnością. Tym razem zanosi się jednak na zupełnie inny scenariusz. Może miaowicie dojść do tzw. “brokered convention”, czyli zgromadzenia, w czasie którego ostateczny kandydat Partii Demokratycznej zostanie “wynegocjowany” przez co bardziej wpływowych działaczy partii w ramach zakulisowanych przetargów i pertraktacji.

Konwencje tego rodzaju zdarzają się rzadko i nie są za bardzo lubiane przez kierownictwo partii, gdyż bywają kontrowersyjne i chaotyczne, a ponadto sprawiają wrażenie wśród wyborców, że ich głos w ostatecznym rozrachunku nie miał znaczenia. Jeśli jednak po zakończeniu 4 czerwca prawyborów Clinton i Obama będą mieli po ok. 1800 delegatów, a jest to całkiem prawdopodobne, Partia Demokratyczna nie będzie miała innego wyjścia.

Tu pojawia się dodatkowa komplikacja. Prócz delegatów “zwykłych”, zdobywanych w czasie poszczególnych prawyborów, istnieją również tzw. superdelegaci, którymi są wply-wowi politycy, np. członkowie Kongresu, gubernatorowie, członkowie zarządu partii, itd. Superdelegaci różnia się od delegatów zwykłych tym, iż rozdzielani są poza procesem wyborczym i aż do samego końca, czyli aż do konwencji, mogą nie deklarować swojego ostatecznego poparcia dla jednego z kandydatów.

Superdelegatów jest ok. 800, a dotychczas Clinton i Obama mają ich po 200. Problem w tym, że tak naprawdę ich nie mają, bo ludzie ci mogą zmienić zdanie — albo w wyniku różnych przetargów i nacisków, albo po prostu dlatego, że zdecydują, iż wyborczy wiatr wieje w plecy komuś innemu.

Wszystko to razem powoduje, że letnia konwencja Partii Demokratycznej po raz pierwszy od wielu lat może nie być politycznym teatrem bez praktycznego znaczenia i stać się dramatycznym finałem wielomiesięcznej walki o delegatów. Nikt tego nie chce i wszyscy mają nadal nadzieję, że uda się jakoś uniknąć takiego rozwiązania. Podobne przepowiednie pojawiły się w czasie wyborów w 1988 roku, ale ostatecznie nominacja przypadla w udziale Michaelowi Dukakisowi bez konwencyjnych kłótni.

Tegoroczna kampania wyborcza jest jednak pod wieloma względami wyjątkowa, a prognozowanie czegokolwiek jest tym razem zajęciem szczególnie ryzykownym. Warto przypomnieć, że jeszcze przed miesiącem niemal wszyscy przepowiadali, iż Hillary Clinton wygra z latwością, a głosowanie w ubiegły wtorek miało być już tylko jej ostateczną “koronacją”. Okazało się jednak, że nastroje wyborców są o wiele bardziej skomplikowane.
Być może w marcu i kwietniu Hillary lub Barack uzyskają na tyle wyrażną przewagę, iż jeden z kandydatów podda się. Na razie jednak na to się nie zanosi, a zatem może nas czekać bardzo gorące lato.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*