Mur bezsensu – Ameryka od środka

Wielokrotnie już wspominałem w tym miejscu, iż wszelkie reformy amerykańskiego systemu przyjmowania imigrantów nie będą miały większego sensu aż do czasu, gdy dziurawa granica południowa kraju nie zostanie skutecznie załatana. Trudno mówić o kontroli napływu ludności spoza USA, gdy codziennie do południowych stanów wdzierają się bezkarnie tysiące nielegalnych imigrantów. Kontrola nad tą granicą jest istotnym elementem amerykańskiej suwerenności, a jej brak prowadzi do cyklicznych potyczek z problemem milionów nielegalnych imigrantów.

Niestety metoda załatania granicy, propagowana od pewnego czasu przez administrację, coraz bardziej zakrawa na kpinę. Jak wiadomo, Meksykanów ma zatrzymać budowany od kilkunastu miesięcy graniczny płot. Jest to pomysł, który od razu budzi niezbyt pozytywne skojarzenia, szczególnie z murem berlińskim. Jednak nawet jeśli można jakoś pominąć negatywny symbolizm budowania płotu, nie sposób nie zauważyć, iż rozwiązanie to nie przyniesie żadnych praktycznych efektów, poza ujemnymi.

Granica Meksyku z USA to 2 tysiące mil niezbyt przyjaznego terytorium. Płot zablokuje ok. 700 mil tej granicy, co oznacza, że będzie go można z łatwością obejść. Zresztą wątpię, by co bardziej przedsiębiorczy przemytnicy ‘‘nielegalnych” zawracali sobie głowę obchodzeniem płotu – zawsze można kopać tunele lub wycinać w federalnej barierze pokaźne dziury. Tymczasem budowa tej bezsensownej zapory niesie ze sobą liczne fatalne konsekwencje.
Po pierwsze, w wielu miejscach południowej Arizony, Teksasu i Kalifornii istnieją indiańskie plemiona, których miejsce zamieszkania rozciąga się na meksykańską stronę granicy. Dla ludzi tych pojęcie granicy państwowej po prostu nie istnieje. Tymczasem władze w Waszyngtonie zamierzają podzielić spójne od wieków społeczności murem, co ma mniej więcej taki sam sens, jak ustawienie płotu oddzielającego Oak Park od Chicago. Po drugie, rząd federalny zabiera ludziom znaczne połacie ziemi, posługując się prawem zwanym ‘‘eminent domain”, ponieważ nie może postawić płotu granicznego na czyimś prywatnym gruncie. Odbywa się to w dość bezwzględny sposób i spowodowało już kilka procesów sądowych, które niemal na pewno ciągnąć się będą latami. Jeśli wierzyć prawnikom, rząd może kilka tych procesów przegrać, co oznaczać będzie, iż w 700-milowym murze będą dość poważne wyrwy.

Jednak jeszcze bardziej niepokojące są ostatnie poczynania sekretarza d/s bezpieczeństwa “domowego”, Michaela Chertoffa. Korzystając z przyznanych mu przez Kongres uprawnień, Chertoff oznajmił przed kilkoma dniami, że w procesie budowy płotu ignorowane będą postanowienia dwóch niezwykle ważnych ustaw – Endangered Species Act oraz Clean Water Act. Obie te ustawy nakładają na budowniczych czegokolwiek wymóg przestrzegania zasad, które chronią zagrożone gatunki fauny i flory oraz czystość wody.

W ten sposób Chertoff postawić może płot gdzie mu się żywnie podoba i tak właśnie zamierza zrobić. Przykładowo, rezerwat przyrody o nazwie Lower Rio Grande Valley National Wildlife Refuge, znajdzie się niemal w całości po meksykańskiej stronie płotu (choć nadal na terytorium USA), a to oznacza, iż rząd USA straci całkowicie kontrolę nad tym, co się tam będzie działo.

Trudno uwierzyć, iż w dobie elektronicznej rewolucji, oferującej władzom całą baterię czujników, satelitarnych namiarów i metod identyfikacji ludzi, trzeba budować za miliony dolarów fizyczną zaporę na granicy z Meksykiem. Jednak rozwiązanie to jest nadal promowane przez wszystkich tych polityków, którzy próbują przekonać wyborców o tym, iż w sprawie nielegalnej imigracji “coś robią’’. Chęć wykazania się działaniem jest zrozumiała – Kongres od lat w sprawie imigracji nie robi nic. Graniczny płot doskonale do tej totalnej niemocy pasuje.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*