Mrzonki z morskiego dna

Zarówno prezydent Bush, jak i John McCain wyrazili ostatnio pogląd, iż należy znieść federalny zakaz szukania pokładów ropy naftowej u wybrzeży USA, w szczególności na Florydzie i w Kalifornii. Zakaz ten obowiązuje od roku 1981, a jego celem jest ochrona środowiska naturalnego. Jeszcze przed kilkoma miesiącami McCain popierał ten zakaz, a jego zwolennikiem był również pierwszy prezydent Bush.

Jasne jest to, iż nagłe zainteresowanie rozpoczęciem wiercenia u wybrzeży Ameryki wynika z dramatycznie rosnących cen benzyny oraz równie dramatycznego wzrostu niezadowolenia wyborców. Znaczne rzekomo zasoby ropy naftowej, znajdujące się na terenach na razie niedostępnych dla dużych koncernów petrochemicznych, przedstawiane są jako klucz do rozwiązania obecnych problemów energetycznych i obniżenia cen paliw.

Być może McCain ma rację, gdy mówi, iż dostępne są już technologie, które pozwalają na prowadzenie wierceń w taki sposób, iż nie spowoduje to żadnych negatywnych konsekwencji ekologicznych. Nie zmienia to faktu, że to, co proponuje, jest po prostu kpiną, obliczoną na pozyskanie poparcia co bardziej naiwnych wyborców. A jedynymi ‘‘wygranymi” będą w tym przypadku wielkie koncerny paliwowe, które i tak nużają się już w stosach zarabianej na sprzedaży benzyny gotówki.

Jak twierdzą zgodnie specjaliści, gdyby wiercenie na zakazanych obecnie terenach rozpocząć już dziś, na pierwsze efekty można byłoby liczyć ok. roku 2030, ale nawet wtedy wpływ USA na ceny paliw byłby minimalny, a o samowystarczalności energetycznej kraju nie byłoby mowy. Innymi słowy, przez następne 22 lata inwestowalibyśmy ogromne sumy pieniędzy w produkcję dodatkowych ilości ropy naftowej.

Więcej ropy? Czyż nie powinno nam chodzić o to, by z przywiązaniem do tego paliwa wreszcie zerwać? Czy nie czas na to, by znacznie poważniej przyjrzeć się możliwości uwolnienia się z zależności od arabskich krajów Bliskiego Wschodu i mocno stukniętego prezydenta Wenezueli Chaveza?

Gdyby dokładnie tyle samo czasu i pieniędzy poświęcić na rozwijanie alternatywnych źródeł energii, już za kilka lat większość Ameryki mogłaby jeździć hybrydami lub samochodami napędzanymi elektrycznością i wodorem. Rozwiązanie obecnego, ostrego kryzysu nie może polegać na nieustannym zwiększaniu produkcji tradycyjnych paliw, podobnie jak rozwiązanie problemów gospodarczych nigdy nie polega na dodrukowaniu pieniędzy.

Plany McCaina i Busha – pomijając ich ekologiczne uwarunkowania – sprowadzają się do przekonania, iż nie jest potrzebna oszczędność paliwowa, nie ma sensu zmieniać naszych obecnych nawyków i nie ma niczego złego w jeżdżeniu po ulicach dużych miast czołgami, które spalają galony benzyny w drodze z domu do sklepu. Wystarczy znaleźć nowe złoża ropy u wybrzeży Florydy i wszystko będzie w porządku – aż do następnego kryzysu.

Gubernatorami Florydy i Kalifornii są republikanie (odpowiednio Charlie Crist i Arnold Schwarzenegger). Ten pierwszy stulił uszy po sobie i natychmiast poparł pomysły McCaina i Busha, mimo że wcześniej zażarcie bronił zakazu wiercenia u wybrzeży jego stanu. Ten drugi stwierdził, iż na zniesienie zakazu w Kalifornii nigdy się nie zgodzi. Jego postawa świadczy o tym, że nie wszyscy ulegają tej kosmicznej głupocie, nawet jeśli jest to “politycznie wskazane” lub strategicznie obiecujące.

Ameryka pozostaje najbardziej zaawansowanym naukowo krajem świata. Ten ogromny potencjał niezwykle zdolnych ludzi, gdyby został zasilony odpowiednimi funduszami i gdyby stosownym zainteresowaniem wykazali się przywódcy kraju, mógłby niemal na pewno wypracować do roku 2030 nowatorską, skuteczną politykę energetyczną, zbudowaną na podstawie energii słonecznej, nuklearnej, wietrznej, etc. Jest to nie tylko pożądane, ale całkiem możliwe technologicznie.

By jednak do zbudowania takiej polityki doprowadzić, trzeba mieć odwagę, by przeciwstawić się dominacji koncernów petrochemicznych, zmusić producentów samochodów do agresywnego szukania nowych rozwiązań i postawić na inwestycje, które przyniosłyby szybkie postępy czysto naukowe. Jeśli zamiast tego poświęcimy następne dwie dekady na szukanie nowych źródeł “czarnego złota” pod morskim dnem, oznaczać to będzie kolejną kapitulację przed ludźmi, którzy gotowi są zrobić wszystko, byle tylko Ameryka pozostała w tzw. “arabskim imadle petrochemicznym”.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*