Medycyna totalitarna – Ameryka od środka

W czasie prezydenckiej kampanii wyborczej odzywały się od czasu do czasu głosy, że Barack Obama to skryty muzułmanin, który po zwycięstwie wprowadzi w całym kraju prawo “szaria” i nas wszystkich pogoni do meczetów.

Ponieważ nic takiego się nie stało, pojawiły się szeptane pokątnie plotki o tym, że tak naprawdę prezydent jest cichym socjalistą, który zrobi z Ameryki gułag. Ale i to jakoś się nie zrealizowało. W związku z tym stworzono kolejne zagrożenie – prawdziwym celem Obamy jest skomunizowanie szpitalnictwa i opieki zdrowotnej, tak byśmy wszyscy konali w tasiemcowych kolejkach do obojętnych lekarzy.

O tym nowym zagrożeniu ze strony prezydenta już trąbią liczne reklamy telewizyjne, w których straszy się nas katastrofą medyczno-polityczną, jeśli tylko Obama dopnie swego i przeforsuje w Kongresie swoje plany. Innymi słowy, rozpoczęła się już kampania zastraszania, która od czasów Trumana uniemożliwia skutecznie zreformowanie systemu lecznictwa, który jest wprawdzie jakościowo dobry, ale astronomicznie drogi i dla wielu niedostępny. Widmo socjalizmu, a nawet totalitaryzmu, pojawia się zawsze wtedy, gdy ktoś ma czelność stawić czoła towarzystwom ubezpieczeniowym i grupom nacisku, zabiegającym o to, by wszystko pozostało dokładnie tak, jak jest.

Kanada zwykle służy jako przykładowy straszak na zwolenników reform. Może zatem dobrze by było się przyjrzeć jednemu, konkretnemu przykładowi, jaki przytoczył ostatnio dziennik “The New York Times”. 59-letnia Diane Tucker w roku 2006 przeprowadziła się z USA do kanadyjskiego miasta Vancouver, gdzie podjęła pracę w roli prawnika. Jak wszyscy Kanadyjczycy, za swoje “totalitarne” ubezpieczenie medyczne płaciła 49 dolarów miesięcznie. Niedawno zdarzył się jej wylew krwi do mózgu (na szczęście łagodny). Zawieziono ją karetką do szpitala, poddano wszechstronnym badaniom, zastosowano odpowiednią terapię i po tygodniu zwolniono do domu. W tym czasie nikt się jej nie pytał o żadne pieniądze ani też nie przyszedł do niej potem żaden rachunek. Owszem, na późniejsze spotkania z lekarzem musiała czasami czekać kilka tygodni, ale ponieważ nie potrzebowała natychmiastowej pomocy, czas oczekiwania był dla niej bez znaczenia.

Pod koniec ubiegłego roku pani Tucker przebywała z wizytą w San Francisco i nagle zemdlała. Amerykańska karetka przewiozła ją do amerykańskiego szpitala, gdzie nie została przywitana przez lekarza, lecz przez mało sympatyczną babę przy komputerze, która zapytała, jak pacjentka zamierza za leczenie zapłacić. Ostatecznie okazało się, że omdlenie nie było niczym groźnym. Za to rachunek był – za kilkugodzinny pobyt na pogotowiu szpital zażyczył sobie prawie 9 tysięcy dolarów.

Jestem absolutnie przekonany o tym, że pani Tucker dziś zdecydowanie preferuje “kanadyjski totalitaryzm medyczny” od amerykańskiej wolnorynkowości. Zastanawiam się w związku z tym, dlaczego autorzy tych “strachliwych” reklam o zagrożeniach płynących ze strony prezydenta Obamy i jego pomysłów o “socjalizacji” opieki zdrowotnej zawsze cytują Kanadę. Gdyby tam byli i dostali ataku serca, czego im nie życzę, za ratunek w tamtejszym szpitalu praktycznie nic nie musieliby płacić. W USA uratowany może czasami zaraz potem położyć się pod mostem i czekać na śmierć, bo rachunki medyczne są w stanie skutecznie pozbawić go wiktu, opierunku i dachu nad głową.

Jeśli Obamie uda się zreformować świat amerykańskiej medycyny i jeśli z tego powodu nie wymrzemy wszyscy niemal natychmiast, trzeba będzie pośpiesznie szukać jakiegoś nowego, skrytego celu lub zboczenia prezydenta. No bo jeśli nie jest tajnym islamistą, skrytym Stalinem i medycznym komunistą, to może chociaż homoseksualistą, dzieciobójcą lub alkoholikiem. Czekam na dalsze rewelacje.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*