Lechy i Czechy w USA

Erich rozpłakał się, słuchając przeboju o Jackowie. „Ja to muszę gdzieś dostać, to wszak kawał mojego żywota” – zawołał, mocno poruszony hipnotyczną opowieścią Funky Polaka o stacji benzynowej u zbiegu ulic Milwaukee i Belmont, o tęsknych telefonach do kraju, o rozterkach w sprawie powrotu i o innych urokach imigranckiego losu. Sytuacja była o tyle dziwna, że polski tekst wyciskał łzy z oczu Czechowi.

Ale może dziwniejszy jest fakt, że pół świata muszą nieraz przemierzyć i Czesi, i Polacy, żeby naprawdę poznać się nawzajem. Erich dotarł do Chicago wraz z falą czeskich „turystów” w drugiej połowie lat 90., kiedy to Amerykanie wydawali wizy praktycznie wszystkim Czechom.

Niejeden Polak w Wietrznym Mieście właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu ujrzał swych europejskich sąsiadów zza południowej miedzy. Przyjmowało się wtedy Czechów przeważnie z dużą dozą życzliwości, ciekawości i otwartości, często oferując pomoc w stawianiu pierwszych kroków na nowej ziemi.

Dla nowo przybyłych stanowiło to spore zaskoczenie, bo przed swym wyjazdem do USA niejednokrotnie słyszeli ostrzeżenie: „Uważajcie tam na Polaków!” Wielu wkrótce się przekonało, że trzeba raczej uważać na Czechów, bo ci znacznie częściej żerowali na swych rodakach, wykorzystując ich nieznajomość nowego kraju, brak języka i naiwność.

Zdarzało się wprawdzie, że jakiś polski kontraktor nie wypłacił czeskiemu pracownikowi pieniędzy, czy jakiś właściciel domu nie zwrócił depozytu za mieszkanie, ale tego rodzaju ludzie krzywdzili tak samo innych, bez względu na narodowość. Lecz to właśnie Czech zabrał kiedyś z lotniska około 40 swych rodaków i odstawił ich prosto do akordowej pracy na jeden z nowojorskich mostów, gdzie z radością przystąpili do skrobania starej farby po wypłaceniu swemu „dobrodziejowi” po 800 dolarów od osoby za znalezienie tak dobrego zatrudnienia.

Kiedy całą grupę kilka godzin później policja aresztowała za niszczenie mienia publicznego, nieszczęśnicy na próżno czekali na swego „pracodawcę”, który pojechał rzekomo załatwić wszystkim mieszkanie, zabierając ze sobą ponadto ich bagaże. A to, co przez parę lat, praktycznie bezkarnie choć na skalę masową, wyprawiał z Czechami pewien czeski oszust w Chicago, przechodziło po prostu ludzkie pojęcie.

Chicagowscy Polacy też szybko zostali nauczeni ostrożności przez przybyłych z Czech czy Moraw. Niejeden nawet słyszeć nie chciał o Czechach, gdy wynajmował mieszkanie, czy potrzebował pracowników. Po pierwszej fali polskiego entuzjazmu przyszła pora pewnych rozczarowań. Jednak z czasem wzajemne relacje uległy pewnej normalizacji i doszło do zrozumienia, iż „człowiek jest tylko człowiekiem, a świnia znajdzie się wszędzie, bez względu na narodowość”.

Może najciekawszą stroną polsko-czeskiego zbliżenia były kwestie językowe. „Można pęknąć ze śmiechu, kiedy się słucha, jak mówią Polacy” – twierdził niejeden Czech czy Czeszka. Chociaż zapewne nie ma żadnych dwóch innych języków na świecie, które byłyby tak do siebie podobne jak polszczyzna i czeszczyzna, fakt, że te same słowa mogą znaczyć coś innego lub zgoła przeciwnego, prowadzi do wielu zabawnych nieporozumień.

Nie mogły na przykład pojąć ekspedientki w polskich delikatesach, czemu pan Honza prosi o „czerstwy chleb”. Ten zaś, w swoim przekonaniu, prosił wszak o „świeży”. Ogromnym szokiem dla Czechów było natomiast częste użycie przez Polaków słowa „szukać”, gdyż tak samo wymawiane czeskie słowo, choć o lekko odmiennej pisowni, jest bardzo wulgarnym określeniem pewnej czynności o naturze seksualnej. Stąd „szukam przyjaciela, co mi rękę poda” z pieśni Czesława Niemena niejednego Czecha wprawiało w zdumienie.
Aczkolwiek, wraz z upływem czasu, zacierają się także takie niejasności językowe. Po paru latach pobytu w Ameryce większość przybyszów z Czech biegle włada językiem polskim, a i Polakom zdarza się, wprawdzie rzadziej, nauczyć się przynajmniej trochę czeskiego.

Nie słyszałem jednak, żeby któryś z naszych rozczulił się w trakcie słuchania nawet najbardziej wzruszającego czeskiego kawałka. Przeciętny Polak wybuchnie raczej gromkim śmiechem. I na tym właśnie polega przewaga nad większością z nas naszego „kamrada”, Ericha.

Darek Jakubowski
djakubowski@gmail.com

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*