Kompromitująca frekwencja i cynizm

Wybory do Parlamentu Europejskiego pod ciężarem nadciągającego kryzysu okazały się mało atrakcyjne dla zniewolonych przez telewizję „entuzjastów” UE. Widocznie polskie media komercyjne nie wydały polecenia do udziału w wyborach, bo telewidz pozostał w domu przykuty do fotela. Klęską była nieobecność na wyborach ludzi młodych. Niska frekwencja fałszuje wynik wyborów. Polacy głosujący na emigracji są w tej samej wirówce kryzysu i walka o przetrwanie okazuje się ważniejsza niż powinności obywatelskie.
Tylko rząd i szefowie dwóch wiodących ugrupowań, czyli Platformy i PiS, wyrazili publicznie zadowolenie z wyników tych wyborów.

Jest to zastanawiający paradoks. W czasach PRL-u, towarzysz Edward Gierek wyrażał publicznie zadowolenie z frekwencji wyborczej zbliżonej do 98 procent. W czasach obecnych jego syn Adam Gierek, który wszedł do Parlamentu Europejskiego z listy SLD jest zadowolony, że 25 procentowa frekwencja umożliwiła mu karierę i zarobki posła. Tamten rząd PRL i ten rząd RP przyjmowały i przyjmują rozbieżne informacje za dobrą monetę. Ciekawe, jaki musiałby być wynik, aby poruszyć cyniczne główki polityków tamtej i tej dekady?

A przecież w innych państwach Unii Europejskiej frekwencja wyborcza była zdecydowanie wyższa. W Holandii do wyborów poszło około 60 procent. Średnia europejska była powyżej 40 procent.

Wybory nie są i nie będą nigdy doskonałym sposobem „przesiewania” naszych przedstawicieli, ale trzeba próbować doskonalić ten system, a nie udawać mądralę, którego nie dotyczą powszechnie praktykowane metody uprawiania demokracji.

A ta demokracja bywa i w Europie niezwykle „egzotyczna”. Jak nas informuje PAP, „Kandydujący w wyborach do parlamentu Europejskiego Silvio Berlusconi otrzymał 2,7 miliona głosów. Premier Włoch nie pojedzie jednak do Strasburga, lecz odstąpi swoje mandaty pięciu nie wybranym kandydatom swoje partii Lud Wolności”. Jak wiemy, w wyborach do wszelakich władz bardzo ważne znaczenie ma popularność telewizyjna kandydata. Już wielokrotnie zdarzało się, że wyborcy kojarzyli samo nazwisko kandydującego z osobą znaną lub członkiem jego rodziny i taki kandydat wygrywał. Metoda ta jest również praktykowana w Polsce przez władze wszystkich partii politycznych.

Do Parlamentu Europejskiego z ramienia PO wszedł Jarosław Wałęsa, syn Lecha Wałęsy. Gdyby pan Jarosław nazywał się inaczej i nie miał sławnego tatusia, to z pewnością jego droga do Parlamentu byłaby dłuższa. Okazuje się, że tatuś nowego parlamentarzysty miał towarzyszom z PRL za złe, że tamten system był skorumpowany przez układy rodzinne, ale po latach sumienie wiotczeje pod wpływem pełnionej władzy i pokus finansowych tego świata.
Ciekawostką wyborów jest również lokalny rekord frekwencji, jaki padł w Podkowie Leśnej. Jak donosi Gazeta.pl., w Podkowie Leśnej pod Warszawą do urn poszła ponad połowa uprawnionych do głosowania, a w Sopocie ponad 45 procent. Tam gdzie mieszkają ludzie korzystający z przywilejów i pozycji finansowej, jakie daje im nowa władza, tam garną się do urn jak do kropielnicy, pragnąc zachować staus quo i odgonić złe duchy od miejsca, w którym mieszkają.

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie informacja zamieszczona w Gazeta.pl., Wstrząsający tytuł: ”Sabotaż rządu. Ogołocą PKO BP z pieniędzy”. Fragmentu tej notatki: Nie dalej jak tydzień temu wiceminister skarbu przyznał, że państwo, mające w PKO BP pakiet 51 procent akcji, będzie chciało wziąć dywidendę w takiej wysokości, która nie naruszy interesów spółki. I co? Dziś rano zarząd PKO BP ogłosił, że zarekomenduje wypłatę prawie ubiegłorocznego zysku. Do kasy państwa trafi – 1,45 miliarda złotych.To zakrawa na sabotaż. Polski rząd jest prawdopodobnie jedynym na świecie, który z premedytacją drenuje własny bank z kapitału. Gdy rządy w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, czy Włoszech robią wszystko, by wzmocnić kapitałowo swoje banki, polski minister skarbu zabiera z PKO BP pieniądze, które mogłyby pójść na kredyty dla firm i zwykłych ludzi. I to w sytuacji, gdy akcja kredytowa we wszystkich bankach hamuje, dusząc gospodarkę” – koniec cytatu z Gazeta.pl.
Przecieramy oczy ze zdumienia, co się stało z Gazetą.pl. Skąd ten wybuch niepokoju u redaktora tej internacjonalistycznej gazety? Logika podpowiada nam, że w Polsce aż 85 procent kapitału jest pod kontrolą obcych banków, więc te 85 procent jest zdecydowanie ważniejsze, niż 15 procent będące pod kontrolą polskich banków. Jednak zarzuty o sabotaż, a takiej użyto argumentacji, dotyczą tylko tego jednego banku PKO BP, a nie tych, którzy kontrolują 85 procent kapitału, czyli obcych banków. Z tekstu wynika, że one „hamują akcje kredytową”, więc zarzut o „sabotaż” powinien być skierowany do tych banków, które kontrolują przerażającą większość kapitału.

Redaktor Gazety.pl. informuje nas o wielkości dywidendy, jakie chce odzyskać właściciel tego jednego banku, którym jest rząd Polski. My jesteśmy ciekawi, jakie dywidendy wzięli właściciele tych banków, którzy kontrolują 85 procent kapitału na polskim rynku. Jednak o tym redaktorzy Gazety.pl. nie wspominają.

Tamci biorą dywidendy, a bank PKO BP ma według Gazety.pl sam ożywiać polską gospodarkę. To jest właśnie wykładnia nowej ekonomi korporacyjnej.

10 czerwca 2009
www.wojciechborkowski.com

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*