Klęska, ale zwycięstwo

Klęska, ale zwycięstwo

Sąd Najwyższy USA wydał decyzję w sprawie sieci sklepów Hobby Loby, która to decyzja teoretycznie jest sukcesem przeciwników tzw. Obamacare, ponieważ stanowi, że niektóre firmy i organizacje mogą odmówić włączania antykoncepcji do planów opieki zdrowotnej. Sprawa jest oczywiście ważka dla kobiet, ale w gruncie rzeczy bez znaczenia dla Obamacare.

fot.Yoon S. Byun/POOL/PAP/EPA

fot.Yoon S. Byun/POOL/PAP/EPA

Począwszy od marca tego roku, gdy okazało się, iż Amerykanie masowo kupują medyczne polisy ubezpieczeniowe w ramach tzw. healthcare exchanges, w miarę jasne stało się to, że – wbrew apokaliptycznym prognostykom przeciwników reform systemu ubezpieczeń – ustawa Obamy ma się bardzo dobrze. W szczególności, co więksi panikarze twierdzili, że zainteresowanie Obamacare będzie tak małe, iż wszystko padnie na twarz już na samym początku. Nie padło. Potem, gdy okazało się, że zainteresowanie jest „wielomilionowe”, krakano, że ci, którzy się zapisali, nie będą płacić. A jednak płacą. Na koniec były też przewidywania, iż ludzie stosunkowo młodzi, od których uczestnictwa w tym programie zależy jego sukces, zignorują to wszystko, gdyż nie mają żadnej podniety, by się czymś takim interesować. Tymczasem 30 proc. wykupujących polisy to osoby w wieku poniżej 25 lat.

W obliczu tego oczywistego sukcesu wytoczony został argument, że ustawa Obamy nie zwiększy liczby osób objętych w USA ubezpieczeniem medycznym, gdyż mniej więcej tyle samo ludzi straci to ubezpieczenie w wyniku reform. Nie straciło. Liczba osób nie posiadających ubezpieczenia spadła o kilka milionów. Na koniec, niemal z rozpaczy, wytoczono też argumenty o tym, iż w wyniku Obamacare koszty opieki medycznej dramatycznie wzrosną, podobnie zresztą jak ceny przeciętnej polisy ubezpieczeniowej. Nic z tego – jest taniej, a obiektywne prognostyki zapowiadają dalszy spadek cen.

Nic zatem dziwnego, że w obliczu tych faktów walka o to, by Obamacare unieważnić lub jakoś rozmydlić nagle zeszła z pierwszych stron gazet, a liczni politycy, którzy chcieli z tej sprawy zrobić zasadniczy element kampanii wyborczej pod koniec tego roku, jakoś stulili uszy po sobie i coraz rzadziej o tego rodzaju problematyce wspominają. Nie znaczy to oczywiście, że doszło do jakiejś totalnej kapitulacji wrogów Obamacare, lecz z każdym upływającym dniem i z każdym nowym faktem dotyczącym implementacji tego programu szanse na jego likwidację stają się coraz bardziej odległą mrzonką, nie mówiąc już o tym, że jest to sprawa coraz mniej „apetyczna” dla polityków. W związku z tym decyzje Sądu Najwyższego, dotyczące poszczególnych aspektów ustawy, nie są w stanie w żaden sposób zmienić oczywistego faktu, że na razie jest to po prostu sukces.

Było to do przewidzenia. Bądź co bądź, Obamacare niewiele różni się od podobnego systemu, wprowadzonego w życie przed laty w stanie Massachusetts, zresztą pod patronatem republikańskiego gubernatora. Niewiele też różni się od systemów opieki zdrowotnej w kilku innych krajach, np. w Szwajcarii, gdzie 80 proc. obywateli wyraża swoje zadowolenie z dostępu do opieki lekarskiej i zasad płacenia za tego rodzaju usługi.

U nas miała to być jednak totalna klęska. Tyle, że katastroficzne przewidywania były i są czysto polityczne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nadal możliwe jest to, że przejęcie w listopadzie przez republikanów kontroli nad Senatem spowoduje kolejne, być może skuteczniejsze ataki na Obamacare. Z drugiej strony, bardzo wątpię, że do tego dojdzie – sprawy zabrnęły za daleko, by się z nich wycofać.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*