Jeden procent, czyli kto?

Super grupa G8 nie zatrzyma się jednak w maju w Chicago. Najbogatsi wolą się schować przed resztą świata w zaciszu prezydenckich lasów w Camp David. Przyjrzyjmy się zatem dzisiaj filozoficznie, co to znaczy być najbogatszym. Jak to jest, gdy jest się w jakże wąskiej grupie tych, co posiadają niemal wszystko? Innymi słowy – kto należy do jednego procenta najbogatszych, przeciwko którym coraz więcej protestów na świecie kiełkuje i kiełkować będzie wraz z nadejściem wiosny roku feralnego dwa tysiące dwunastego.

 

Osady średniowieczne otoczone warownym murem musiały tętnić życiem tak samo jak dzisiejsze miasta. Pewnie, że nie było takiego ruchu, samochodów i nowoczesnych technologii, ale życie tętniło, tyle że inaczej. Wyobrażam sobie, że naokoło osiedlało się coraz więcej i więcej biedniejszych ludzi, którzy nie załapali się na życie za bezpiecznymi murami warownymi. Oni zabezpieczali sektor usług na rzecz zamku. Pewnie w środku, za murami, pod okiem kasztelana hierarchia też była od biednego, poprzez dwór na sam szczyt.

 

Przywołuję obrazek średniowiecznego zamku albowiem, gdy spoglądam na szikagowskie downtown, czyli tak zwane śródmieście, mam podobne skojarzenia. W downtown żyją najbogatsi w okolicy, a za niewidocznym murem rozciąga się cała reszta miasta, która te downtown obsługuje. Gdy zapytać cenzus, kto u nas zarabia powyżej 100.000 dolarów, w odpowiedzi wyskoczy downtown. Poza nim nie ma za wielu tych, którzy zarabiają powyżej stówki na rok. Wprawdzie kryzys poważnie zubożył przede wszystkim tych bogatszych i wielu z nich wyskoczyło z obiegu, niemniej bogatemu bieda w oczy tak szybko nie spojrzy, jedynie zagraża spadkiem standardu życia.

 

 

Kto należy do tego

słynnego jednego procentu?

 

 

Statystycznie rzecz ujmując jeden procent od 300 milionów Amerykanów oznaczałby 3 milionową elitę, której wiedzie się absolutnie najlepiej, otacza szczelny kordon 30 milionów, którym wiedzie się równie super i którzy kolaborują na rzecz 1% zarządzając ich mieniem. Reszta, czyli armia dwustu siedemdziesięciu milionów Amerykanów, to statystyczna masa, która już nic nie posiada, a jeśli nawet, to musi podzielić się między sobą marną resztką z pańskiego stołu.

 

Arystokracja – ta kasta radzi sobie najlepiej zaraz obok rodzin królewskich, które, w przeciwieństwie do zwykłych rodzin, cieszą się ogromnymi wpływami, bogactwem i władzą od wieków. Żyjemy w świecie republik i demokracji, ale to oznacza tylko tyle, że jesteśmy zarządzani w demokracji pośredniej przez przedstawicieli wybieranych do parlamentu i na prezydenta w wyborach, lecz wcale to nie tłumaczy stosunków własności. Koronowana rodzina Windsorów należy do najbogatszych w Europie od wieków, mimo że nie kieruje rządem, a decyzje w Zjednoczonym Królestwie przyklepuje demokratycznie wybrany parlament. Wystarczy, że są właścicielami sporej części Londynu.

 

Inne rodziny królewskie od Belgii, Hiszpanię po Norwegię również mają się wyśmienicie. Wszystkim polecam tę grupę społeczną, bo nie tylko masz zabezpieczoną przyszłość finansową na kilka pokoleń z góry, wychowano Cię na włościach, w zamku, a w miastach korzystasz z pałacu, w najgorszym razie z najdroższych hoteli. Dzieciom zapewniasz francuskie, rosyjskie czy chińskie wręcz guwernantki, by załapały kilka obcych języków, zanim wyślesz je do elitarnej szkoły, w której wychowują się przyszli prezydenci, dyplomaci, ministrowie czy wojskowi. Jak pokazuje przykład Williama Windsora – służba w brytyjskiej armii to zetknięcie z najnowszymi technologiami, w które wyposażone jest wojsko. Młody lata sobie teraz helikopterem nad Falklandami, jego ojciec też latał, ale dziadek – król – mógł równie dobrze zdobyć wojskowe szlify w marynarce wojennej na najnowszych lotniskowcach.

 

Perspektywy zawodowe dla arystokraty też nie byle jakie – można poświęcić się zarządzaniu własnym majątkiem, ale można przecież wynająć specjalistę (Nikodem Dyzma) i zrobić karierę w dyplomacji. Wtedy twój biznes jest rodzinną sprawą, a ty poświęcasz się dobru kraju. Państwo daje Ci zatem posadę, pozycję, często immunitet i władzę. Przecież, gdy ma się od wieków pieniądze, trzeba mieć też władzę, by wszystkiego nie stracić na rzecz silniejszego. Kariera w służbach specjalnych, czyli prywatnej armii służącej niejasnym interesom, o których obywatele niewiele wiedzą, to kolejny profit dla arystokraty.

 

U ich boku dobrze się dzieje bankom. Ale oczy bankierów nie są już zwrócone na detalicznego klienta, jakim jest mega bogaty arystokrata. Oni wolą udzielać pożyczek całym państwom i siadać do stołu negocjacyjnego z rządami. Nie ma lepszego klienta od państwa. Rodzina Rotszyldów, uchodząca za naj, naj, najbogatszą na świecie, to od wieków bankierzy brytyjskiej rodziny królewskiej. Jeśli wierzyć pogłoskom krążącym po internecie, ich majątek szacuje się na 500 amerykańskich trylionów dolarów, choć coroczne rankingi, z np. Forbes500 nigdy o nich nie wspominają. Są tacy, co uważają, że tak zwany 1% to w rzeczywistości o wiele mniej – kilka tysięcy osób. Jeśli aplikować tę tezę do Stanów Zjednoczonych, wyszłoby, że kraj jest w ręku 0.02 populacji. Czyli pięćdziesięciokrotnie mniej niż podejrzany jeden procent.

 

W Ameryce w międzyczasie wyrosły też inne twory, czasem większe i potężniejsze niż całe państwa. To korporacje. Dochód takiego Apple’a porównywany jest z dochodem całej Polski. Właściciele tych molochów mają w garści cały świat. Zarządzają nimi wynajęci ludzie pełniący funkcje CEO z wielomilionowymi pensjami i bonusami. Za kolejne miliony wynajmują pracowników na stanowiska średniego szczebla z roczną pensją w okolicy miliona dolarów czy euro. To oni, plus miliony ludzi sukcesu na świecie, tworzą kordon bardzo zadowolonych z życia dziesięciu procent, który otacza ten promil populacji posiadający pełnię władzy i bogactwa.

 

Gorzej z pozostałymi 90 procentami. Powiększył się rozdział pomiędzy coraz bogatszą elitą, a przymierającą głodem połową świata. Margines tych, co żyją poniżej progu ubóstwa, przesunął się ostatnio w stronę połowy z 7 miliardowej ludzkości. Wygląda to trochę tak, jak gdyby 300-milionowa Unia Europejska i 300-milionowe Stany Zjednoczone, z 200-milionową Australią (co daje razem 10% ludzkości) zagrabiło cały świat dla siebie, skazując Azję, Amerykę Płd., Afrykę na niewolniczy byt, a połowę ludzkości wręcz na głód.

 

Mamy też inne wszechpotężne elity, poza klasycznymi ośrodkami władzy, bankierami, arystokracją, od której zaczęliśmy dzisiejszy wywód. Spójrzmy na ostatnie doświadczenia krajów arabskich. One wskazują, że nic się nie dzieje bez służb specjalnych i zgody wojska, które żeruje na strukturze państwa, stanowiąc wśród różnych korporacji jedno z najsilniejszych lobby. Armia, jak i współczesne związki wyznaniowe, to dodatkowy jeden procent najpotężniejszych inaczej, gdzie bogactwo to raczej rząd dusz liczony w miliardach z własnymi uniwersytetami, mediami, a nawet własnym krajem jak Watykan w rękach Kościoła Katolickiego.

 

Słynna piramida z jednodolarówki, ze wszystko widzącym okiem na czubku, jest doskonałą ilustracją bogactwa na świecie. Moje podejrzenia, że skupia się ono nawet nie w 1%, lecz w zdecydowanie mniejszej grupie, ilustrują następujące dane statystyczne.

 

W latach 1948 – 79 – średni wzrost dochodu wyniósł $20.822. 10% najbogatszych wzbogaciło się o 33%, podczas gdy pozostałe 90% zanotowało 67% wzrostu dochodów na przestrzeni 50 lat.

 

Dane pomiędzy rokiem 2000 a 2007 pokazują średni wzrost dochodów o 1,460 dolarów, niemniej cały wzrost przypadł na tylko 10% najbogatszych, z czego 75 procent tortu trafiło do 1% najbogatszych. Pozostałe 9% z 10% najbogatszych musiało zadowolić się ćwiartką z pańskiego stołu. Niestety, dla nas, pozostałych przy życiu 90 procent populacji nie zostało nic(!), a wręcz przeciwnie, wszyscy zbiednieliśmy. Tym bardziej że ta brutalna statystyka, którą cytuję, nie obejmuje najgorętszego okresu, który zaczął się wraz z kryzysem w 2008 i trwa do dziś, gdy te różnice jeszcze bardziej się zaogniły.

 

Cóż nam zatem zostaje? Nic nie stoi na przeszkodzie, by zbudować nowy wspaniały świat, oparty na zupełnie innym paradygmacie, który wychodzi z założenia, że mamy wiedzę i technologie wystarczające, by poprawić byt ludzkości. Jesteśmy coraz lepiej wykształceni, mamy wszystkie przesłanki, aby świat stał się piękniejszy, bezpieczniejszy, bardziej sprawiedliwy i nowoczesny.

 

Jan Wiktor Soroko

PS. moje operacje statystyczne przedstawione są na zaokrąglonych liczbach, tak by ułatwić szacunki i uogólnić ich wyniki, nie bacząc na to, że np. Australia ma 22,343.203 a nie 20mln obywateli.

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*