Irackie fiasko

Irackie fiasko

Miało być pięknie i efektownie. Gdy przed laty George W. Bush wyruszał na wojnę z Irakiem, zapewniał – zarówno osobiście, jak również przez swoje polityczne „megafony”, że Sadam Husajn zostanie obalony, a jego wielkie zapasy broni masowego rażenia – zlikwidowane. Zaraz potem w Iraku miała zapanować demokracja, która rozlać się miała niczym dobrotliwa zaraza po wszystkich krajach arabskich.

Fotografia archiwalna z 2003 roku: Irakijczycy świętują na obalonym pomniku Saddama Husseina w Bagdadzie fot.Maurizio Gambarini/EPA

Fotografia archiwalna z 2003 roku: Irakijczycy świętują na obalonym pomniku Saddama Husseina w Bagdadzie fot.Maurizio Gambarini/EPA

Z tej idyllicznej wizji irackiej przyszłości zrealizowano tylko jeden element – Husajna rzeczywiście nie ma. Jednak żadnej broni masowego rażenia nigdy nie znaleziono, a demokracja w Iraku, od samego początku chwiejna, właśnie chyli się ku kompletnemu rozkładowi, co było od samego początku do przewidzenia. Nikt się też ową demokracją nie zaraził – tzw. „arabska wiosna” z Irakiem nie miała nic wspólnego, nie mówiąc już o tym, że jej skutkiem zdaje się być ustanowienie bardzo słabych rządów w wielu krajach oraz żałosnej dyktatury w Egipcie.

W czasie wieloletniej wojny w Iraku, którą spółka Bush-Cheney sprzedała nam jako nieodzowną i bardzo ważną, a która okazała się być fatalnym w skutkach posunięciem, zginęło ponad 4 tysiące młodych Amerykanów, a Waszyngton wydał na ten bezsensowny konflikt setki miliardów dolarów. Dziś dwa duże miasta Iraku, Mosul i Tikrit, znajdują się w rękach bojowników organizacji o nazwie Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie (ISIL), która jest rzekomo zbyt radykalna i mordercza nawet dla al-Kaidy. Ludzie ci grożą teraz atakiem na Bagdad. Jest to o tyle wykonalne, że iracka armia, którą Amerykanie przez wiele lat szkolili za ciężkie pieniądze, wydaje się być niezdolna do stawiania jakiegokolwiek oporu. Żołnierze w Mosulu po prostu uciekli, a ich lojalność wobec kraju zdaje się istnieć tylko do pierwszego strzału na polu walki.

Trudno sobie wyobrazić, by Irak w swoim obecnym stanie był zdolny do przetrwania. Mniej trudno jest natomiast przewidzieć skutki ewentualnego przejęcia kontroli nad tym krajem przez ISIL. Jest to formacja, której marzy się panarabski kalifat, którego zaczątkiem mają być Syria i Irak. Chodzi o stworzenie arcykonserwatywnego imperium muzułmańskiego zdominowanego przez prawo szariatu.

Wszystko to jest pośrednio tragicznym skutkiem szaleńczego kroku, jakim był amerykański atak na Irak w roku 2003. Wojenny, niszczycielski chaos jaki zapanował w tym kraju po teoretycznym „zwycięstwie” Ameryki, był idealną wylęgarnią przeróżnych organizacji ekstremistycznych, skutecznie żerujących na wielowiekowych podziałach etnicznych i religijnych. Dziś coraz bardziej prawdopodobne jest to, że Irak stanie się nową Somalią – krajem w zasadzie pozbawionym centralnego rządu i targanym nieustannymi konfliktami zbrojnymi. Niestety, nie ma w tym niczego zaskakującego – od dawna wiadomo, że budowanie na siłę demokracji w krainach odległych nam kulturowo niemal zawsze kończy się klęską i przynosi nieprzewidywalne skutki.

Jak wynika z niepotwierdzonych informacji, iracki premier Nouri al Maliki, zapewne przerażony rebelią ISIL-u, poprosił Biały Dom o dokonanie nalotów bombowych na pozycje terrorystów, ale spotkał się rzekomo z odmową. I bardzo dobrze. Ameryka nigdy nie powinna być ostatnią deską ratunku dla rządów i społeczeństw, które nie są w stanie ustać na własnych nogach. Ten sam Maliki zapewniał jeszcze przed rokiem, że jego armia oraz siły bezpieczeństwa są w stanie zapanować skutecznie nad sytuacją w kraju. Teraz wiadomo już, iż amerykańskie miliardy oraz ofiary w ludziach nie przyniosły absolutnie nic, a zwykli Irakijczycy mogą się spodziewać wyłącznie dalszego rozlewu krwi i cierpień.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*