Goło i na stojąco

Ameryka od środka


Agencja TSA, która od paru lat dba o to, żebyśmy na pokładzie samolotów pasażerskich nie atakowali załogi miniaturowymi butelkami szamponów do włosów, w swej niezmierzonej mądrości postanowiła “zliberalizować” niektóre restrykcje i pozwalać na zabieranie w lotnicze podróże… pewnych rodzajów noży. Popieram jak najbardziej liberalizację, tym bardziej, że korzystanie z awiacji cywilnej coraz bardziej przypomina katorgę, ale jeśli już zezwalać na pakowanie czegoś do toreb i walizek, to dlaczego akurat noże?

 

Jacyś biurokraci doszli do wniosku, że scyzoryk w kieszeni przeciętnego pasażera jest znacznie mniej groźny niż dezodoranty, szampony, kosmetyki, itd. Nie wspomnę już o zakazie zabierania na pokład własnej butelki wody, co wynika wyłącznie stąd, że trzeba ludzi zmuszać do kupowania za trzy dolary H2O oferowane przez linie lotnicze. Zakazane jest też zabieranie ze sobą przyrządzonych w domu kanapek, które – jak powszechnie wiadomo – są groźną bronią masowego rażenia.

 

Jeśli można mieć przy sobie nóż, który jak by na to nie patrzeć jest narzędziem z natury rzeczy niebezpiecznym, to równie dobrze uzasadnione jest pozwolenie ludziom na loty z pistoletami i granatami w garści. Trudno w związku tym dociec, o co dokładnie TSA chodzi i kto tę głupawkę wymyślił. Szef tej organizacji, John Pistole (a propos, chyba powinien sobie zmienić nazwisko), powiedział w obronie ogłoszonej wcześniej “liberalizacji”, że przeszukiwanie ludzi na lotniskach pod kątem posiadania noży “rozprasza pracowników i nie pozwala im na skuteczne wykrywanie realnych zagrożeń”. Należy w związku z tym rozumieć, że noże nie stanowią realnego zagrożenia, choć jeszcze do niedawna stanowiły – może się stępiły? Natomiast wszystkie inne pozycje zakazane przez TSA pozostają niezwykle groźne. Przypominam, że na liście tych pozycji znajdują się m. in. zapalniczki, zapałki, zabawki w kształcie broni palnej, cokolwiek w aerozolu, świeczki, narzędzia, kije golfowe, kije do hokeja oraz kijki narciarskie. To oczywiście tylko drobna część wszystkiego tego, co TSA uważa – w przeciwieństwie do noży – za poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów pasażerskich i na co musi polować z największą uwagą, ignorując jednocześnie ostre przyrządy do harakiri.

 

Wszystko to jest niestety smutnym komentarzem do tego, jak dalece terroryści zdołali nas zepchnąć na pozycje nieszczęsnych, zniewolonych “towarów”, których podniebne podróżowanie jest znacznie mniej przyjemne od leczenia kanałowego u dentysty. Kiedyś wyraziłem już pogląd, przy którym obstaję, że jak tak dalej pójdzie, w przyszłości nie będziemy latali żadnymi tam Dreamlinerami (jeśli dojdzie do ich wskrzeszenia), lecz tramwajami, w których nie będzie żadnych foteli, a każdy będzie stał na golasa (bo tak najbezpieczniej), trzymając się wiszącej z sufitu kadłuba wajchy.

 

Dodatkowym plusem tego rodzaju rozwiązania będzie to, że do takiego powietrznego tramwaju można będzie załadować znacznie więcej sardynek, tj. pasażerów. Faktem jest to, że stanie przez 8 godzin na trasie Chicago-Warszawa o tzw. “suchym pysku” jest dość męczące, ale czego się nie robi dla bezpieczeństwa?

 

Na razie jednak pewne oznaki rozsądku nadal się pojawiają. Zamiary TSA zostały ostro skrytykowane przez związki zawodowe reprezentujące pilotów i stewardesy, a w Kongresie mają się na ten temat odbyć przesłuchania, w trakcie których – mam nadzieję – ktoś pokaże, jakie szkody można zrobić nawet bardzo krótkim nożem.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*