Felieton Głaczyńskiego: NBA pod choinką

Nie trzeba nikogo przekonywać, jak ważnym elementem amerykańskiej tożsamości narodowej jest sport. Ogromnym zainteresowaniem cieszy się najbardziej kojarzony z USA futbol, ale dla urzędującego prezydenta sportem numer jeden jest koszykówka. Po trwającym 149 długich dni lokaucie Barack Obama i miliony fanów NBA na całym świecie 25 grudnia pod choinką, a właściwie na ekranie telewizora, znajdą w końcu swój ulubiony sportowy produkt.

Gdy lokaut przedłużał się i istniało poważne zagrożenie odwołania całego sezonu prezydent, nie po raz pierwszy w kadencji zabrał głoś w dyskusji na temat związany z koszykówką. Śmiało można stwierdzić, że Obama to prezydent-sportowiec. Nie ogranicza się do zwyczajowego podejmowania zwycięskiego zespołu w Białym Domu. Komentuje najważniejsze wydarzenia jak chociażby ubiegłoroczny transfer supergwiazdy LeBrona Jamesa do Miami Heat. Wiernie kibicuje Washington Wizards i Chicago Bulls. Organizuje towarzyskie mecze z udziałem największych gwiazd – obecnych i byłych. Odnosi podczas gry kontuzje. Co jednak najważniejsze, jako polityk potrafi wykorzystać swoją sportową pasję w budowaniu pozytywnego wizerunku. Gdy trzeba, jeszcze w roli senatora, nakręci klip wspierający futbolistów Bears z Chicago. Jako prezydent zorganizuje mecz, z którego dochód wesprze finanse kampanii. Hitem kampanii już wkrótce mogą okazać się zaprezentowane niedawno koszulki stylizowane na te rodem z NBA z nazwiskiem Obama i numerem 44. Obraz wyluzowanego miłośnika koszykówki może się podobać wyborcom. Zwłaszcza, kiedy widzą jak na godziny przed ogłoszeniem wyników wyborów spokojnie rzuca do kosza ze współpracownikami. Sprawiając wrażenie będącego nieco poza tym całym zamieszaniem. Być może już wtedy przeczuwał, że kilka miesięcy później będzie rzucał, ale na specjalnym boisku przy Białym Domu?

Pojedynkiem New York Knicks z Boston Celtics rozpocznie się nowy sezon NBA, ligi wyjątkowej w skali całego świata. Czy dla fana koszykówki może być coś równie atrakcyjnego jak bożonarodzeniowe popołudnie w towarzystwie najlepszych z najlepszych w tej dziedzinie sportu? Nie może! Wiedzą to wszyscy, którzy odetchnęli z ulgą na wieść o końcu sporu pomiędzy zawodnikami i właścicielami klubów. Jak cenny jest to biznes niech świadczą liczby. Wielkie kontrakty największych gwiazd to w sumie na ich kontach prawie 400 milionów dolarów miesięcznie. Przychody klubów ze sprzedaży biletów, zyski sprzedawców przekąsek, gigantyczne umowy sponsorskie. To wszystko składa się na czteromiliardowy zysk, o który przez czas lokautu kłócił się związek graczy z właścicielami. Lokaut to oprócz problemu dla miliarderów zarządzających drużynami i mistrzów parkietu, także kłopot tysięcy zwykłych ludzi pracujących na co dzień na to, by towar jakim jest NBA, zarabiał na siebie. Brak meczów to dla nich również brak wypłat.

Po najlepszym od wielu lat zarówno pod względem sportowym jak i marketingowym sezonie 2010/2011 NBA powraca w skróconej wersji. Sporo pracy zarówno przed zawodnikami jak i klubowymi menadżerami. Czy odzyskanie zaufania tak wielu sympatyków będzie tylko formalnością, bo hasło „I love this game” to idea bardziej istotna, niż miesiące niepewności i kilkadziesiąt odwołanych pojedynków? Pozostaje wierzyć, że główni aktorzy widowiska i ich pracodawcy zapomną już o swoich miliardach i skupią się na tym, w czym osiągnęli mistrzostwo. Warto by mimochodem zdali sobie sprawę jak niezwykle ważnym elementem całego zamieszania są zwykli sympatycy koszykówki. Choć przez całe życie nie zarobią tyle ile zawodnicy zgarniają w ciągu roku to pragną być częścią widowiska kryjącego się pod nazwą NBA. Nie tylko od święta.

Maciej Głaczyński

 

Maciej Głaczyński – student Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W latach 2007-2010 relacjonował przebieg najważniejszych wydarzeń siatkarskich w kraju. (spotkania ligowe, mecze reprezentacji, europejskie puchary). Pasjonat historii polityki zagranicznej USA.

Categories: Felietony

Comments

  1. Brian
    Brian 25 grudnia, 2011, 10:58

    Zawsze byłem za LA Lakers, ale teraz nie sądze żeby doszli nawet do półfinału. Faworyt: Miami Heat

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*