Dziwni przyjaciele

Głośna w ostatnich dniach zrobiła się sprawa saudyjskiej kobiety, na której siedmiu mężczyzn dokonało zbiorowego gwałtu, a która przez sąd w Arabii Saudyjskiej skazana została na chłostę i kilkumiesięczne więzienie za “przebywanie w miejscu publicznym z mężczyzną, który nie był członkiem jej rodziny”. Gdy poszkodowana ośmieliła się opowiedzieć swoją historię zagranicznym mediom, wyrok został podwojony, a gdy zaprotestował jej prawnik, został również ukarany.

Ten kosmiczny idiotyzm miał miejsce w kraju, który jest od dawna uważany za “sojusznika” USA na Bliskim Wschodzie i z którego rządzącą rodziną królewską od lat utrzymuje przeróżne kontakty rodzina Bushów. Nie zmienia to jednak faktu, że Arabia Saudyjska jest neofeudalną, archaiczną oazą absolutnego, muzułmańskiego totalitaryzmu, w którym kobiety są “własnością” pozbawioną jakichkolwiek praw, i w którym dzieją się rzeczy będące od wieków niedopuszczalne w zachodniej cywilizacji. W imię “przyjacielskich stosunków” z miliarderami saudyjskimi, gwałcącymi codziennie wszelkie możliwe prawa człowieka, ale siedzącymi na wielkich złożach ropy naftowej, kolejne waszyngtońskie administracje gotowe są ignorować szokujące przypadki poniżania i gnębienia ludzi. Ameryka prawie nigdy nie protestuje, gdy dochodzi w Arabii Saudyjskiej do coraz to nowych, średniowiecznych występków władzy. I nie jest to tylko przywara obecnej ekipy – dokładnie tak samo było za rządów Cartera, Reagana, Clintona i pierwszego Busha.
Mogłoby się wydawać, że taki bulwersujący koniunkturalizm już tyle razy przysparzał Ameryce kłopotów, iż może wreszcie ktoś z nim zerwie. Jednak sprawa zgwałconej i skazanej na więzienie Saudyjki sugeruje, że nic takiego się nie stanie. Administracji bardziej zależy na tym, żeby jakiś roponośny kacyk pojawił się na spędzie bliskowschodnim w Annapolis, który niemal na pewno zakończy się czczymi deklaracjami, niż na pryncypialnym przywiązaniu do podstawowych zasad demokracji i poszanowania praw człowieka.
Arabia Saudyjska to beczka prochu, która prędzej czy później eksploduje. Czy Ameryka do samego końca wspierać będzie tamtejszych feudałów? Niemal na pewno tak. Przed laty podobną beczką prochu był rządzony przez zamordystycznego szacha Iran. Wtedy też między Teheranam i Waszyngtonem do ostatniej minuty wymieniano wzajemne zapewnienia o przyjaźni i poparciu. Wygodnie ignorowano w USA fakt, iż Irańczycy mieli na tyle dość swojego “najjaśniejszego pana”, że gotowi go byli zamienić nawet na inny, równie głupi radykalizm ajatollahów.
Obecnie mamy jeszcze innego “przyjaciela”, któremu nie wróżę zbyt wielu lat dalszych rządów. Generał Perwez Muszarraf wprowadził w Pakistanie stan wyjątkowy i aresztował tysiące umiarkowanych opozycjonistów, prawników i dziennikarzy, a amerykańskiemu wysłannikowi powiedział, że zrobił tak w celu “budowania demokracji”. Te idiotyczne tezy wywołały w Białym Domu tylko zdawkowe potępienie, a w autokrację pakistańską nadal pompowane będą miliardy dolarów amerykańskiej pomocy.
Reza Pahlavi, Perwez Muszarraf i król Abdullah – trzej wspaniali przyjaciele Ameryki, dla których dobra Waszyngton był i jest gotowy zrobić wszystko. Każdy z wymienionych nie poznałby demokracji, nawet gdyby się o nią potknął na ulicy. Szach został obalony przez rozwścieczonych podwładnych. Prędzej czy później jego losy podzielą pozostali dwaj władcy. Mimo to, Biały Dom, którego domniemaną misją jest szerzenie demokracji na całym świecie, woli nie zauważać faktu, iż są to przyjaciele bardzo dziwni, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę rodowód amerykańskiej wojny wyzwoleńczej i dotychczasowe tradycje Ameryki.
Zgwałcona i uwięziona kobieta w Arabii Saudyjskiej czy też pobity i wtrącony do aresztu prawnik w Pakistanie jakoś amerykańskim władzom nie przeszkadzają. Przeszkadzał natomiast Saddam Husajn, który – w ostatecznym rozrachunku – był mniej więcej tak samo żałośnie śmiesznym, anachronicznym i okrutnym pajacem jak saudyjska dynastia Fajsalów.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*