Dyskusja o niczym

W czasie ostatnIej (mam nadzieję) telewizyjnej debaty Hillary Clinton z Barackiem Obamą prowadzący dyskusję prezenterzy pierwsze 40 minut poświęcili tak ważkim dla kraju problemom, jak noszenie flagi amerykańskiej w klapie marynarki, popijanie whisky piwem, przypisywanie zgorzknienia wyborcom oraz utrzymywanie znajomości z nikomu dziś nieznanymi radykałami z lat 60.

Innymi słowy, znaczna część debaty została zdominowana przez totalne głupoty, które nie mają nic wspólnego z tym, co konkretnie zamierzają zrobić kandydaci i gdy jeden z nich wprowadzi się ewentualnie do Białego Domu.

Przedwyborcze debaty bywają często nudne, za bardzo ukartowane i sztywne. Być może dlatego Charlie Gibson i George Stephanopoulos, którzy zadawali pytania, postanowili dyskusję “ożywić”. Zrobili to jednak w dość bezsensowny sposób, bo pierwsza część debaty przypominała bardziej telewizyjną wersję prasowego brukowca. Zgorzknienie i zmęczenie można było wyczuć znacznie bardziej w słowach wypowiadanych przez kandydatów niż w małomiasteczkowej Pennsylvanii

Trzeba mieć nadzieję, że Partia Demokratyczna wyłoni wreszcie ostatecznego kandydata, bo obecny stan rzeczy staje się nie do zniesienia. W miarę jak zbliżamy się do kolejnej porcji prawyborów, narasta zawzięta wrogość obu obozów, a to coraz częściej powoduje kłótnie o sprawy, które – dla większości wyborców – nie mają większego znaczenia.

Jeśli pani Clinton miała nadzieję, iż zepchnie Obamę na boczne tory przez wytykanie mu dość egzotycznych przywar i kontaktów z “ciemnymi typami”, plan ten nie został zrealizowany. Jeśli natomiast Obama usiłował przedstawić się w roli człowieka, który jest “ponad to wszystko” i nie wdaje się w głupie przepychanki, również poniósł porażkę.

W ten oto sposób debata ta była przegraną dla wszystkich. Wyborcy nie dowiedzieli się z niej niczego istotnego, a Hillary i Barack przysporzyli sobie wiele dodatkowych, negatywnych “punktów”. O ile Obama postrzegany jest nadal pozytywnie przez większość elektoratu (ale i on stracił nieco w sondażach), o tyle negatywne odczucia w stosunku do pani Clinton osiągnęły rekordowy poziom i – szczerze mówiąc – wcale się temu nie dziwię.

Amerykańscy wyborcy, z natury rzeczy, nie lubią słuchać negatywów, narzekań i wzajemnego wytykania sobie poślednich wad. W tym sensie senator McCain jest na razie jedynym “wygranym”, mimo fatalnej wojny, którą popiera, i mimo kiepskiego stanu gospodarki USA, na czym republikański kandydat – jak sam przyznaje – nie bardzo się zna.

Zbliżamy się z wolna do ostatecznej walki o fotel prezydenta, a obecna kampania wydaje się dziś wiecznością. Zaczęło się od bardzo wielu kandydatów i sporej rozmaitości poglądów na przeróżne sprawy. Dziś jest już tylko trójka “finalistów”, których tendencje do dyskutowania o niczym zdają się być niepohamowane.

John McCain zaproponował letnią amnestię podatkową przy sprzedaży benzyny, co wydaje się być próbą opatrzenia ogromnej rany mikroskopijnym plastrem. Jest to jednak przynajmniej jakaś konkretna propozycja. Po stronie demokratycznej od pewnego czaso dominuje wzajemne obwinianie się o bzdurne, częstu w znacznej mierze urojone błędy i gafy, co w zasadzie eliminuje możliwość prezentacji jakiegokolwiek konkretnego programu.

Szkoda, że do tej nieco karczemnej wizji politykierstwa przyłączyli się gospodarze ostatniej debaty telewizyjnej. Niektóre z zadawanych przez nich pytań były po prostu otwartym nawoływaniem do dalszego pogrążania się we wzajemnych oskarżeniach. Okazuje się, że o kontrowersyjnym pastorze w Chicago i wyimaginowanych snajperach w Bośni można rozprawiać w nieskończoność i do znudzenia. A prawdziwe problemy kraju pozostają gdzieś na zupełnym uboczu.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*