Demony przychodzą same

Lance Armstrong wreszcie przyznał, że wszystkie siedem tytułów Tour De France, zdobył na dopingu.

 

40-letni kolarz, który przez wiele lat był ikoną amerykańskiego sportu, przyznał m.in., że brał niedozwolone środki od połowy lat 90. aż do 2005 roku, kiedy po rekordowym, siódmym z rzędu zwycięstwie w Tour De France, najtrudniejszym wyścigu kolarskim, zakończył sportową karierę.

 

Nie miał w związku z tym żadnych wyrzutów sumienia ani wątpliwości – chciał zwyciężać za wszelką cenę i wszelkimi możliwymi metodami. „Gazeta” informuje, że z takim samym nastawieniem walczył wcześniej z rakiem jąder, który zdiagnozowano u niego w 1996 roku. Zatraciłem się w tym – byłem świrem, mówił w rozmowie ze słynną Oprah Winfrey. Nigdy nie wpadł w żadnym badaniu. Jednak coraz częściej pojawiały się opinie, że jego wyczyny są ponad naturalne możliwości ludzkiego organizmu. On zaprzeczał i wytaczał sprawy o zniesławienie. Pętla podejrzeń, wokół najwybitniejszego kolarza w historii sportu, zacieśniała się, aż wreszcie w zeszłym roku, amerykański urząd antydopingowy, po długim śledztwie ogłosił, że Armstrong był mózgiem „najbardziej wyrafinowanego, profesjonalnego i skutecznego spisku dopingowego w historii sportu”, (po tym też odebrano mu wszystkie tytuły).

 

„Byłem łobuzem, zawsze starałem się mieć nad wszystkim i wszystkimi dookoła kontrolę”.

 

Teraz natomiast, jak twierdzi, „dzwoni do skrzywdzonych i ich przeprasza”. Choć został zdemaskowany jako kłamca, choć będzie musiał zwrócić miliony od sponsorów, (sam wyszedł z taką inicjatywą), i tak pozostanie multimilionerem…

 

***

 

Ciekawa historia, dająca wiele do myślenia. Ktoś powie wariat, po co mu to, miał takie wspaniałe życie?

 

Patrząc jednak na ten osobliwy przypadek myślę, że należy podziwiać Armstronga, że mając wszystko staje przed publicznością i mówi, patrzcie na mnie – jestem kłamcą, ale chcę to zrzucić. Chcę poprzez publiczną spowiedź dotknąć dna – po to, by tu na ziemi, zacząć nowe życie – drugie, ale już bez tego kamienia.

 

My zwykli śmiertelnicy jesteśmy przyzwyczajeni korzystać z konfesjonałów, gdzie poprzez ciemną szybę nie widać twarzy, i im ciemniejszy konfesjonał tym lepiej. Mówimy grzechy, dostajemy rozgrzeszenie i radośnie idziemy do domu. Czasami, w wielkiej nabożności, maszerujemy przez kościół aby przyjąć komunię św. Ludzie patrzą i mówią, „no patrzcie, tak go atakują, a on taki pobożny”. Sprawa się wycisza, czas leczy rany, winny zaczyna o sobie myśleć lepiej… I w zasadzie wszystko gra. W zasadzie. Lecz ten robak winy gdzieś tam siedzi. Często zaczynamy atakować innych by, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, w ten sposób przykryć swoją winę. Samo życie. Pózniej boimy się śmierci i mówimy, że życie jest nic nie warte.

 

***

 

Wyznanie Lance Armstronga, to coraz bardziej popularna ostatnio, forma publicznej spowiedzi. Głupia? Może, lecz taka spowiedź rzuca światło na wiele spraw w ludzkiej psychice. Nieraz, w pogoni za sławą, pieniędzmi, wygodnym życiem, zatracamy się okłamując innych. Koleżance z pracy podkładamy świnię, Śpimy z żoną przyjaciela, sprzeniewierzamy ludzkie pieniądze. Czasem wymyślamy sobie cel, a cel uświęca środki. Jesteśmy jak hieny cmentarne. Trzeba żyć, mówimy, za wszelką cenę żyć.

 

Takich przykładów na świecie jest wiele, w naszym Chicago też, niestety…

 

* Wciąż szukamy swojego anioła, demony przychodzą same.

 

* Na góry wchodzimy nie po to, by pokonywać szczyty, ale po to by pokonywać własne słabości.

 

* Niech pamiętają bogaci, że gromadząc bogactwo można nic nie zyskać, a wszystko stracić.

 

* Nie zachodzi daleko ten, kto sam dla siebie jest celem, drogą i drogowskazem.

 

* Wszyscy kiedyś skończymy –

 

na …pogrzebie.

 

 

Marianna Dziś

mariannadzis@att.net

www.mariannadzis.blogspot.com

(847) 322-4740

 

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*