Brytyjski odwrót

Niedawno odbyło się pierwsze spotkanie prezydenta Busha z nowym premierem Wielkiej Brytanii Gordonem Brownem. Obaj przywódcy po rozmowach zapewnili zwyczajowo, że stosunki amerykańsko-brytyjskie są wspaniałe i że zmiana lokatora przy 10 Downing Street nie przyniesie ze sobą żadnych zasadniczych zmian. Jest to jednak tylko częściowa prawda, jako że zmiany już się pojawiły i są dość istotne.

Pod naciskiem coraz bardziej zdegustowanego elektoratu brytyjskiego, z Iraku wycofują się stopniowo żołnierze tego kraju. Nie jest to odwrót, który został oficjalnie ogłoszony, ale odbywa się już dziś, w miarę jak kolejne jednostki armii Wielkiej Brytanii przenoszą się z miasta Basra na jego obrzeża, by pełnić tymczasowo rolę “obserwatora”. Nikt nie ma jednak większych wątpliwości co do tego, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy ewakuacja Brytyjczyków z Iraku będzie całkowita, niezależnie od tego, co na ten temat myśli Biały Dom.
W gruncie rzeczy odwrót ten jest na tyle pośpieszny, iż Brytyjczycy nie zamierzają nawet rozpatrzyć wniosków o przyznanie azylu 91 irackim tłumaczom, którym po wycofaniu się wojska grozi niemal natychmiastowa śmierć z rąk przeróżnych bojówek, uważających ich za zdrajców. Fakt ten wzbudza w Wielkiej Brytanii pewną konsternację, ale jest dobitnym świadectwem tego, jak bardzo irackiego fiaska mają dość zarówno wyborcy, jak również ich rząd.

Gdy Brytyjczycy zakończą swoją obecność militarną w Iraku, upadną jednocześnie ostatnie pozory tego, iż wojna w tym kraju odbywa się z udziałem “międzynarodowej koalicji chętnych”. Od samego początku była to wojna amerykańska z niewielkim udziałem kilku innych nacji. Gdy zabraknie Brytyjczyków, reszta “koalicjantów”, w tym również kontyngent polski, będzie miała znaczenie niemal wyłącznie symboliczne (a propos, w imię czego Polacy nadal narażają swoje życie w Iraku — czyżby walczyli o zniesienie wiz?).
Wszystko to jest szczególnie wymowne wobec nadal toczącej się w Waszyngtonie dyskusji o rezultatach tzw. “surge”, czyli nowej strategii w Iraku, polegającej na zwiększeniu liczebności armii amerykańskiej w tym kraju i agresywnym “oczyszczaniu” coraz to nowych terenów z ekstremistycznej partyzanki. We wrześniu generał Petraeus ma złożyć raport, oceniający skutki tej nowej strategii. O ile jednak w USA nadal toczą się spory o to, jak raport ten będzie wyglądał, największy sojusznik Ameryki już doszedł — jak się wydaje — do wniosku, iż wojna jest niemożliwa do wygrania i trzeba się z tej matni jak najszybciej wycofać. Trudno jest wszak argumentować, że Brytyjczycy wycofują się dlatego, iż odnieśli w Iraku wielki sukces i nie mają tam już nic do roboty.

Premier Brown — w przeciwieństwie do swojego poprzednika, Blaira — nie ma zamiaru popełniać politycznego samobójstwa. Musi oczywiście utrzymywać z Waszyngtonem dobre stosunki, ale unikać będzie jak ognia wszelkich poczynań, które zapewniłyby mu odziedziczenie przezwiska, jakim obarczono Blaira. Poprzedni premier, nazywany przez własnych wyborców “pudlem Busha”, odszedł w polityczne zapomnienie w niezbyt efektowny sposób. Mimo że w Wielkiej Brytanii zdziałał bardzo wiele i cieszył się początkowo sporym poparciem, jego lata u władze napiętnowane zostały nieodwracalnie upartym popieraniem amerykańskiej “przygody” w Iraku. Gordon Brown, jak twierdzą nieoficjalnie wtajemniczeni, chciałby przejść do historii bez tego rodzaju obciążeń. Tym samym, za jego zdawkowymi zapewnieniami o tradycyjnej przyjaźni amerykańsko-brytyjskiej kryje się też twarde i proste przesłanie — dalsze kontynuowanie wojny w Iraku jest bez sensu. Podobnie uważa — zgodnie z najnowszymi sondażami — ponad 80% Brytyjczyków. O ile jednak Brown doskonale rozumie te sentymenty, prezydent Bush systematycznie je ignoruje, twierdząc coraz częściej, że “historia przyzna mu rację”.
Śmiem wątpić . . .
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*