Baza, baza i po bazie – Ameryka od środka

Mimo wielu ostrych, czasem niemal histerycznych głosów na ten temat, łącznie z narzekaniami, że Polska to członek NATO “klasy B”, z którym nikt się nie liczy, uważam, iż dobrze się w sumie stało, że amerykańskiej bazy rakietowej nie będzie w Polsce. Od samego początku plany jej budowy budziły wiele zastrzeżeń. Ze strony administracji Busha był to zawsze zamiar bardziej symboliczny niż dyktowany realnymi potrzebami strategicznymi, co dziś otwarcie przyznaje sekretarz obrony Gates. Natomiast polskie nadzieje na to, że ta zdawkowa obecność amerykańskiego sprzętu i personelu w kraju będzie dodatkową obroną przez zakusami Rosji, były dość iluzoryczne.

Istnieją znacznie lepsze metody skutecznego potwierdzania polskiej przynależności do zachodniej strefy wpływów. W Warszawie toczą się właśnie rozmowy na temat możliwości utworzenia w Polsce amerykańskiej bazy wojskowej. Jeśli do tego dojdzie, będzie to znacznie boleśniejszy cios dla rosyjskiego niedźwiedzia, niż celowanie z polskiego terytorium w potencjalne rakiety irańskie. I czyż nie jest dla Polski ważniejsze posiadanie nowoczesnego sprzętu obronnego – np. pocisków typu Patriot?

Strona polska może – jeśli tylko likwidację planów budowy bazy rakietowej mądrze wykorzysta – liczyć na dobrą, konstruktywną współpracę z Pentagonem oraz z dowództwem NATO w Europie (które, a propos, nigdy planów Busha nie darzyło sympatią). W interesie narodowym Polski leży przede wszystkim budowanie solidnej obronności kraju w kontekście jego przynależności do NATO i położenia geopolitycznego. Jeśli zatem administracja Obamy uważa, że przed zagrożeniami z Iranu nie trzeba się bronić w Polsce i Czechach, lecz np. w Turcji i na południu Europy, tym lepiej dla obu tych krajów, nie mówiąc już o tym, że w ten sposób znika jeden z najbardziej drażliwych tematów w polskich kontaktach z Rosją, które to kontakty – czy się to komuś podoba, czy też nie – pozostają ważne i muszą być utrzymywane, najlepiej na zasadach “chłodnej przyjaźni”.

Faktem jest to, że decyzja Obamy o rezygnacji z tarczy rakietowej została podjęta w dość niefortunnym terminie – tuż po obchodach 70. rocznicy napaści na Polskę przez Hitlera, bierności sojuszników zachodnich w obliczu tej inwazji i zdradzieckiego ataku stalinowskiej Rosji. U wielu Polaków mogą w związku z tym rodzić się niezbyt optymistyczne skojarzenia historyczne, podejrzenia o “ciche” układy USA z Rosją bez udziału Polski, itd. Zwracam jednak uwagę na dwie ważne rzeczy.

Po pierwsze, już w czasie kampanii wyborczej Barack Obama wyrażał swoje wątpliwości co do celowości umieszczania elementów tarczy rakietowej w Polsce i Czechach, a zaraz po dojściu do władzy stwierdził, iż nakaże dokładne przeanalizowanie tych planów. Losy tarczy były już wtedy w zasadzie przesądzone, niezależnie od licznych przepychanek politycznych w Polsce, w ramach których główne partie polityczne wzajemnie oskarżały się o “torpedowanie” lub “psucie” amerykańskich zamiarów. Nie jest to zatem decyzja nagła i niespodziewana lub wynikająca z jakichś dramatycznych, nowych uwarunkowań. Obama po prostu tarczy nie chciał, nakazał sporządzenie analizy, a następnie wykorzystał ją do podjęcia od dawna spodziewanej decyzji.

Po drugie, wszelkie porównywanie obecnej sytuacji Polski do tej, jaka istniała przed wybuchem II wojny światowej, jest – delikatnie mówiąc – niemądre. W dzisiejszej, znacznie zintegrowanej Europie, której Polska jest istotną dla Unii i NATO częścią, demagogiczne, panikarskie okrzyki o kolejnej zdradzie Zachodu, prorosyjskim “ciosie w plecy” i zawiedzionych nadziejach są po prostu śmieszne.
O tarczy rakietowej czas zapomnieć. Był to jeden z ulubionych pomysłów poprzedniej administracji, ale każda nowa ekipa w Białym Domu zwykle zdradza pomysły całkiem inne i ma pełne prawo do prób ich realizacji. Nie ma zatem z czego robić wielkiej tragedii.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*