Arabski Gdańsk

Ameryka od środka


Komentator dziennika “The New York Times”, Roger Cohen, porównał ostatnio sytuację w Tunezji z tym, co wydarzyło się w Gdańsku w sierpniu 1980 roku. Wtedy wyrzucenie z pracy Anny Walentynowicz sprowokowało nieśmiałe początkowe protesty, w których głównie chodziło o sprawy ekonomiczne: płace, warunki pracy, ceny, itd. Sytuacja szybko jednak się zmieniła i doszło do społecznej eksplozji, która stała się początkiem końca wschodnioeuropejskiego komunizmu. Innymi słowy, do rewolucji doszło w wyniku jednego, teoretycznie mało znaczącego wydarzenia.

 

W Tunezji młody absolwent uniwersytetu, Mohamed Bouazizi, cierpiał – jak wielu innych ludzi w tym kraju – z powodu bezrobocia. Żeby jakoś przeżyć, otworzył bez zezwolenia władz skromny stragan z owocami. Wkrótce zjawiła się policja, która stragan skonfiskowała, a handlarza pobiła. Zdesperowany młodzieniec poszedł na główny plac miasta, oblał się benzyną i dokonał aktu samospalenia. I to właśnie jego śmierć stała się zarzewiem niezwykłych wydarzeń w Tunezji, w wyniku których po raz pierwszy od niepamiętnych czasów arabski, despotyczny kacyk został przepędzony z kraju wraz z watahą jego co bardziej skorumpowanych kolesiów.

 

Czy będzie to istotnie “arabski Gdańsk”, który zapoczątkuje upadek pozostałych, neo-średniowiecznych rządów w krajach arabskich? Nikt nie jest tego w stanie przewidzieć. Jasne jest jednak to, że w Tunezji dokonała się rzecz ważna. Doszło tam do ogólnonarodowej rewolucji, napędzanej przez młodzież “uzbrojoną” w komputery i komórki oraz w serwisy typu Facebook i Twitter. Arabscy zamordyści w Egipcie, Arabii Saudyjskiej, Libii i w wielu innych krajach najwyraźniej nie docenili siły tych zupełnie nowych narzędzi, dostępnych niemal każdemu. Dziś zapewne drżą przed możliwością rozprzestrzenienia się “tunezyjskiej zarazy” na resztę regionu.

 

Ameryka od dawna już toleruje totalitarnych despotów bliskowschodnich, bo są oni rzekomo naszymi “sojusznikami w walce z terrorem”. Czas najwyższy, by postawę tę zrewidować. Na szczęście w obliczu rewolucji w Tunezji Biały Dom zachował się w miarę dobrze, bo okazał poparcie dla “demokratycznych aspiracji Tunezyjczyków”. Ciekaw jednak jestem, jaka by była reakcja Waszyngtonu, gdyby do podobnych wydarzeń doszło w skostniałym, feudalnym państwie Saudów.

 

Rewolta w Tunezji niesie ze sobą dość oczywiste niebezpieczeństwa. Może się na przykład okazać, że w chaosie i zamieszaniu do władzy dojdą radykalni islamiści, których organizacje są na razie nielegalne. Jednak prędzej czy później Biały Dom będzie musiał stawić czoła nowym realiom świata arabskiego. Jeśli demokratyzacja tej części świata wymagać będzie legalizacji swobodnego działania wszystkich nurtów politycznych, Ameryka powinna takiej perspektywie przyklasnąć, nawet jeśli niektóre z tych nurtów będą zdecydowanie antyamerykańskie.

 

W ostatecznym rozrachunku, ewentualna demokracja tunezyjska – niezależnie od jej kształtu – będzie tworem znacznie stabilniejszym i popularniejszym niż ta, którą Pentagon przywiózł czołgami ludności Iraku. Akt wyrzucenia Anny Walentynowicz z pracy dzieli od zburzenia muru berlińskiego 9 lat. Być może za następne 9 lat z obecnego anachronizmu arabskiego prawie nic nie zostanie. Oby.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*