Adieu, Michele!

Z ogromnym smutkiem przyjąłem wiadomość, że reprezentująca w Kongresie stan Minnesota pani Michele Bachmann w roku 2014 nie stanie ponownie w szranki wyborcze, a zatem rezygnuje z dalszej kariery politycznej. Ubolewam nad tym, że nie będzie już więcej opowiadanych przez nią kosmicznych bzdur, że nie będzie się z czego pośmiać i że skończą się żarty o niej wygłaszane przez telewizyjnych komików.

Michele Bachmann fot. Wikipedia

Michele Bachmann fot. Wikipedia

Bachmann bez wątpienia wzniosła amerykańskie politykierstwo na szczyty głupoty, atakując wszystko i wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem obecnego prezydenta. Nigdy nie przejmowała się za bardzo faktami, co zyskało jej swoiste wyróżnienie: organizacja…, zajmująca się ocenianiem prawdomówności polityków, przyznała jej trzy nosy Pinocchio (kompletni kłamcy dostają cztery), gdyż tylko 7proc. tego, co Bachmann mówiła było zgodne z prawdą. Swoje brednie zawsze przeplatała takimi słowami jak “patriotyzm”, “konstytucja” i “tradycja”, w nadziei, że ludzie to kupią. No i kupowali, przynajmniej ci, którzy upatrywali w niej bohaterkę tzw. ruchu herbacianego. Prawdą jest jednak to, że Bachmann nigdy nie miała niczego istotnego do powiedzenia. W swoim czasie zrobiła wielki szum o to, że rząd federalny ogłosił, iż zamierza w budynkach publicznych stopniowo eliminować tradycyjne żarówki na korzyść nowego, bardziej oszczędnego oświetlenia. W jej oczach był to dramatyczny zamach na swobody obywatelskie, sprzeczny z duchem Ameryki oraz intencjami założycieli państwa, którzy zapewne o oświetleniu za bardzo nie myśleli, gdyż konstytucję pisali przy świecach. Wygłaszała idiotyczne tezy o tym, że Waszyngton lub Lincoln dzisiejszej Ameryki by nie poznali, bo “rząd federalny dyktuje szkołom, jakie mają podawać dzieciom na lunch ziemniaki”. Niestety śmieszność to nie jedyna i nie najważniejsza cecha działalności politycznej pani Bachmann. W swoim czasie zasłynęła również tym, że rozpętała bezprecedensową nagonkę na doradczynię Hillary Clinton, Humę Abedin, oskarżając ją o to, że współpracuje z radykalnym Bractwem Muzułmańskim, czyli że spiskuje przeciw USA. Oczywiście jak zwykle nie poparła to żadnymi faktami, lecz rzuciła na oślep w publiczny eter zwykłe, bezpodstawne oszczerstwo. Michele powiadomiła świat o swoim odejściu z Kongresu przez 8-minutowe, dziwne i chaotyczne wystąpienie, nagrane podobno w Rosji, gdzie pani poseł wtedy przebywała. W materiale tym zapewnia wielokrotnie, że nie weźmie w następnych wyborach udziału nie dlatego, że tym razem może przegrać (o mało nie przegrała w wyborach poprzednich, mimo że startowała w jednym z najbardziej republikańskich okręgów wyborczych Minnesoty), ani też dlatego, że FBI prowadzi śledztwo w sprawie finansów jej prezydenckiej kampanii wyborczej. Twierdzi, że nadal będzie “intensywnie działać” na arenie publicznej, choć nie zdradza jak i po co. Są tacy, którzy uważają, że Michele Bachmann tak naprawdę nosi się z zamiarem wystartowania ponownie w wyborach prezydenckich w roku 2016. Jeśli tak rzeczywiście jest, świadczyć to będzie o tym, iż rozstała się z jakimkolwiek poczuciem rzeczywistości. Nawet jej republikańscy koledzy w Kongresie odetchnęli z ulgą, bo nie będą już więcej kojarzeni z bezmyślnym radykalizmem jaki Bachmannn sobą reprezentuje i nie będą się z nią musieli spierać o kompletnie nieistotne sprawy. Michele ma, moi zdaniem bardzo podobne szanse na zostanie prezydentem USA jak ja, czyli żadne. Nie zostaje mi zatem nic innego tylko życzyć jej powodzenia.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*