Niezmiennie nie życzę

Niezmiennie nie życzę

Ze świątecznymi życzeniami jeszcze jakoś sobie radzę. Złożę, wysłucham, opłatkiem się przełamię. Noworoczne, będące kalką tych sprzed paru dni, tracą świeżość i autentyzm. Drażni mnie przymus sylwestrowych pląsów, a noworoczne postanowienia mam gdzieś.

Zabierałem się do noworocznego felietonu jak pies do jeża. „Ki czort?” – myślałem, wpatrując się w ekran komputera, a w głowie oprócz pustki kołatała mi jeno myśl o potencjalnym istnieniu resztek świątecznego piernika. Czyżby dopadła mnie felietonowa niemoc? O Nowym Roku nie potrafię napisać? Potrafię przecież skrobnąć pięć tysięcy znaków choćby o stole w jadalni, ba, o worku cementu ze dwie strony klepnąć. Nagle mnie oświeciło – nie lubię tego sztucznego okresu niby-przejścia z jego hedonistyczno-przygłupim rytuałem – dlatego ciężko mi się do pisania zmusić. Z sylwestrowych planów mam raczej antyplany. Na imprezę się nie wybieram, w pijanych bachanaliach udziału nie biorę. Sylwestrową noc traktuję jak grypę żołądka, trzeba to jakoś przetrwać. Całe szczęście mieszkam pod Chicago, a nie w Tarnowie czy innym Radomiu, i żadna Doda czy inna gwiazduchna nie będzie zmarznięta zawodzić na rynku zakłócając ciszę. Spokój, kanapa i koc.

Podobnie mam z noworocznymi postanowieniami. Tym, którzy z okazji 1 stycznia 2015 r. postanawiają: nie palić, schudnąć, nie kląć, zdrowo się odżywiać i chodzić na siłownię – życzę powodzenia i gorzko śmieję się z rychło nadchodzącej klęski. To nie tak, nie tędy droga. Wiem, wiem, ja też, jak i każdy mam takiego znajomego, który ma takiego wujka, który się nagle, z dnia na dzień wyzbył brzydkich przyzwyczajeń, nałogów i wad. Zwyczajnie i trwale się noworocznie chłop ogarnął. Istnieją takie przypadki. Z reguły jednak większość z nas, czyli normalnych ludzi, pomysł o noworocznej zmianie zarzuca gdzieś koło trzeciego tygodnia. Tyle czasu trwa, znane wszystkim bywalcom klubów fitness, styczniowe oblężenie siłowni. Gdzieś koło dwudziestego stycznia posiłek o trzeciej nad ranem okazuje się znowu najlepszym z możliwych pomysłów.

I tak do następnego Sylwestra. Pic na wodę, fotomontaż, moi drodzy. Prawdziwą zmianę, której efekt jest wymierny i trwały, trzeba zaplanować. Nie wystarczy, nawet w najlepszej wierze, w sylwestrowym uniesieniu powiedzieć sobie: „Od jutra nie żrę w środku nocy” albo „Rzucam palenie”. Zmianę trzeba generować, zadbać o rozpisany plan, ramy czasowe, wsparcie społeczne i sposoby wzmacniania motywacji. Zmiana jest procesem! Nie noworoczną fanaberią pozostawiającą nas po paru tygodniach z poczuciem winy i wstydu. O procesie zmiany napisano opasłe tomiszcza, a samopomocowe poradniki oferują cały wachlarz filozofii i strategii, od bzdur straszliwych po naukowo potwierdzone metody. Nie będę czytelnika zanudzał teorią zmiany, wystarczy wybrać się do księgarni lub słowo „zmiana” wpisać w wyszukiwarkę internetową.

Jednak kilka podstawowych zasad solidnej zmiany warto znać. Po pierwsze: nie od Nowego Roku, nawet nie od dzisiaj, a od już. Jeśli planujesz rzucić palenie, po prostu nie zapal następnego papierosa. Masz problem z jedzeniem pączków – nie jedz ich od teraz. Zmiana zawsze odbywa się tu i teraz. W innym wypadku nawyk zmienisz na świętego Dygdy. Podpowiedź druga: poinformuj otoczenie o swojej zmianie. W dobie mediów społecznościowych to trywialne zadanie. Wystarczy napisać deklarację i wcisnąć „enter”. Inna sprawa, że twoi facebookowi znajomi po trzech godzinach zapomną, o co ci chodziło. Dobrze jest o swoich postanowieniach poinformować bliskich – kogoś, na czyjej opinii ci zależy. W końcu – co ci szkodzi – poproś ich o pomoc. Zmiana przecież nie jest procesem łatwym.

Oprócz wyczerpującego się zapału w utrzymaniu efektów zmiany – czyli niepalenia, niejedzenia, czytania codziennie przynajmniej dwóch stron książki, nie mówienia „k…wa” w każdym zdaniu – głównym winowajcą kolejnej porażki na froncie o lepszego, chudszego, zdrowszego mnie, są moje przekonania na własny temat. To te wszystkie: nie dam rady, i tak nie uda mi się tego skończyć, ten typ tak ma, w mojej rodzinie to norma. Większość tych jadowitych mentalnych wirusów jest z nami zawsze i wszędzie. Tak bardzo jesteśmy do nich przyzwyczajeni, że przestaliśmy je zauważać; są obecne jak paznokcie czy włosy (ewentualnie ich brak). Tymczasem to właśnie te wredne hasełka rozbrzmiewające w naszych głowach sprowadzą nas znowu do punktu wyjścia i z politowaniem poklepią nas po plecach: „Co się łamiesz? Zaczniesz od przyszłego roku”.

Tradycyjnie, nie podejmuję żadnych noworocznych postanowień, a na siłownię pójdę, gdy się znowu wyludni. Życie, choć to truizm, jest zaskakująco zmienne samo w sobie. Buddyści twierdzą, że zmieniamy się 70 razy na sekundę, wtórują im fizycy kwantowi, według których właśnie nieustająca zmiana jest najtrwalszym aspektem rzeczywistości. Póki co mam inne zmartwienia na głowie, jak choćby skończyć budowę szopy za domem. Jako, że nie rusza mnie kalendarzowa zmiana, zamiast życzyć sobie czegokolwiek, pozostanę przy nieżyczeniach. Polarnego mrozu, śniegu po pas, wielokilometrowych korków, nudnej pracy, otoczenia idiotów, śmieciowego jedzenia, wypadających dysków, przekonania o własnej nieomylności, fanatyzmu w formie wszelakiej, samotności i beznadziei – tego sobie i Państwu serdecznie nie życzę.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

fot.Anthony Anex/EPA

Categories: Dziedzic

Comments

  1. Bacha
    Bacha 2 stycznia, 2015, 00:35

    W pełni popieram Twój punkt widzenia. Nie ukrywam, że jeszcze kilka lat temu – jak większość – robiłam postanowienia noworoczne lub postanowienia typu „od jutra…”, które oczywiście choć powzięte z zapałem i determinacją, zwykle „umierały śmiercią naturalną” już po kilku tygodniach. Tak jak piszesz – zmiana to proces – i do zmiany trzeba po prostu dojrzeć i znaleźć właściwy na nią moment.
    Pozdrawiam
    B.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*