Niby-protest

Niby-protest

Nie sądziłem, że kiedykolwiek napiszę tekst krytykujący społeczne protesty. Protest, w jakiejkolwiek sprawie, to przecież jedna z podstaw demokracji, często skuteczna forma przeciwstawienia się niesprawiedliwości, wyzyskowi, wyrażenie oburzenia, głośne domaganie się zmian. Protesty ostatnio obrodziły, gdzie się człowiek nie ruszy, tam ktoś coś skanduje, wymachuje skleconym naprędce transparentem. Przeciwko PiS-owi, Trumpowi, KOD-owi. Nie ma znaczenia, przeciwko czemu protest jest skierowany. Ważne, że można, co wielokrotnie podkreślał rząd Prawa i Sprawiedliwości, odpierając zarzuty o montowanie dyktatury. Nikt protestujących nie pałuje, nie traktuje gazem łzawiącym, nie rozpędza armatkami wodnymi. Sielanka. Można powiedzieć, że protest stał się na tyle naturalnym narzędziem społecznej wypowiedzi, na tyle się opatrzył i spowszedniał, że przestaje być sensowny. Bo co komu po akcji, która nie działa? Nie powoduje kontry, najeżenia się władzy, zdecydowanych ruchów. Kiedyś to były protesty, można było dostać pałą po plecach, trafić na dołek, czy przejść przez ścieżkę zdrowia. Dziś – bardziej piknik, spacer po parku, okazja do spędzenia czasu ze znajomymi i łyknięcia świeżego powietrza.

Takie pokojowe happeningi, jak choćby marsze KOD-u w Polsce, choć barwne i budujące, nie spełniają, moim zdaniem, kryterium pełnowymiarowego protestu. Sytuacja jest patowa, bo władza nie reagując na krytykę, praktycznie ignorując pikietujących, wytrąca im oręż z rąk. To musi być dosyć frustrujące – brak uwagi to bolesny policzek i niegłupia strategia. Gdyby władza w jakikolwiek sposób utrudniała, rozganiała i wchodziła w interakcje, protesty byłyby realniejsze, a postulaty słyszalne. Ale ignorują, nabierają wody w usta, ewentualnie spoglądają z politowaniem. „Protestujcie, maszerujcie, i tak nic z tego nie wynika. Opatrzy się jak na Węgrzech, a wy zamienicie się w pokrzykujące kółko wzajemnej adoracji” – taka jest z grubsza filozofia władzy. Niestety wiele wskazuje, że jest to scenariusz wielce prawdopodobny.

Teraz coś z drugiej strony spektrum i wielkiej wody. Niedawno miałem okazję znaleźć się w środku studenckiego protestu na Uniwersytecie DePaul. Na spotkanie z kontrowersyjnym prawicowym dziennikarzem i celebrytą Milo Yiannopoulosem wtargnęła nieliczna grupa feministek, liberałów i działaczy ruchu Black Lives Matter. Protestujący wtargnęli na scenę uniwersyteckiej auli, przejęli mikrofony, do których zaczęli gwizdać sędziowskim gwizdkiem. Zrobił się nieprzyjemny chaos, a spotkanie wkrótce po rozpoczęciu zostało zakończone. Czy to był cel liberalnych hałaśników? Czy chodziło tylko i wyłącznie o sabotaż działań przeciwnika? Jeśli tak, to jest to strategia krótkowzroczna i skazana na niepowodzenie. Bo właściwie co się stało, co osiągnęli krzykacze? Nie wiem, tylko przypuszczam, przeciwko czemu tak naprawdę protestowali. Nie usłyszałem, jakie mieli kontrargumenty. Nie wyszedłem z tego przerwanego spotkania mądrzejszy ani o jotę, niczego nie zrozumiałem. Jedyne, co wyniosłem, to niesmak. To kolejny przykład kompletnie zmarnowanego protestu.

Na koniec szczypta optymizmu. W zeszłą sobotę wybrałem się do teatru. Awangardowego, czyli takiego jak lubię. Trap Door Theatre w Chicago to niezwykłe miejsce. Na 84 metrach kwadratowych mieści się scena i 45 foteli dla widzów, aktorzy grają praktycznie wśród publiczności. Efekt mocny i niemal intymny. Sztuka też nietuzinkowa, bo polskiej autorki Doroty Masłowskiej. Tytuł – „Między nami dobrze jest” („No Matter How Hard We Try”). Temat – Polska. Kraj na niby, kraj niby-zdarzeń i niby-marzeń, taka nibynóżka Europy. Niby-bohaterowie. Niby-świat. Niby-problemy.

Daleko sztuce Masłowskiej do słynnych już obrazoburczych dokonań dramaturgicznych, o których co jakiś czas robi się głośno przy okazji protestów środowisk radiomaryjnych. Rzeczywiście, żadnej pornografii, kopulacji, krwi, flaków i odchodów. W sumie, rzec można, grzeczna rzecz dla średnio wyrobionego widza. Ale jakby się uprzeć, to byłoby przeciwko czemu protestować, bo i flagi użyto, i godła, ponabijano się z PiS-u, z prezesa i prezydenta. Wychodziłem z teatru i instynktownie szukałem twarzy znanych z chicagowskich antykodowskich pikiet. Wystarczyłby jeden postawny oburzony, żeby zablokować wąskie przejście do teatru. Protest byłby jak złoto. Czyżby nie wiedzieli? Ciężko uwierzyć. Może po prostu nie ten kaliber przewiny, nie ma co się wygłupiać i wymachiwać różańcami. Czyli, okazuje się, że nie protestować też potrafimy. Jak dobrze.

Grzegorz Dziedzic

Na zdjęciu: Dorota Masłowska (w środku) w otoczeniu aktorów Trap Door Theatre fot.Krystyna Cygielska

Categories: Dziedzic

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*