Na żywca

Na żywca

Intensywność ostatnich dni i wydarzeń w połączeniu z rozchwianym przedwiośniem robi swoje. Niezdrowe emocje towarzyszące wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie to już przeszłość. Zbyt wiele się dzieje, żeby się nad wszystkim na dłużej zatrzymywać. Prawybory, Trump wchodzący na górne C absurdu, Hillary, której triumfalny uśmieszek z każdym dniem wyraźniej wykwita na ustach. W kraju awantura wieszakowa. Rząd wyciągnął z kapelusza dyżurny temat zastępczy, czyli aborcję. „Wiedz, że coś się dzieje” – nie sposób nie sypnąć w tym miejscu cytatem z księdza Natanka. Jeśli nisko latające jaskółki to oznaka nadchodzącej burzy, a wiosna to czas miłości – tak temat aborcji jest zawsze oznaką, że władza coś knuje.

Choć muszę rządowi uczciwie przyznać: w kwestii knucia ich przejrzystość jest godna pochwały. Żadnego spiskowania nie ma. Jasno, wyraźnie i z podniesionym czołem władza robi, co chce. Nie tracąc czasu i pieniędzy na kosztowne badania i statystyczne zawijańce, rząd bada opinię publiczną „na żywca”. Czyli rzuca temat i chłodno mierzy realną reakcję. Zakażemy aborcji – tyle i tyle ludzi wychodzi na ulicę, macha wieszakami, wychodzi w trakcie mszy z kościołów. Przywiążemy chłopa do ziemi, a ziemię opchniemy klerowi – rolnicy grzeją traktory i polerują widły. Trudno o lepszy probierz społecznych nastrojów niż taka naturalistyczna obserwacja. Nawet dialog społeczny nie jest potrzebny; po co pytać i dyskutować, łatwiej policzyć niezadowolonych demonstrantów.

Chwalę dalej – nieprawdziwy jest zarzut, jakoby Kaczyński podejmował decyzje bezrefleksyjnie, zaślepiony żądzą władzy. Kilka dni po ogólnokrajowym pomruku niezadowolenia rząd niespodziewanie spuszcza z tonu i łagodzi stanowisko w sprawie aborcji. Prezes przebąkuje coś o ochronie godności kobiet. Podobnie ze sprzedażą ziemi, ustawa zostaje wycofana z Senatu. To dobry znak, widać, że PiS zachował podstawowe instynkty i niespieszno im do konfrontacji z polskim chłopem i wkurzonymi Polkami. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy może świadkami drugiego Cudu nad Wisłą i premier Szydło opublikuje wyrok TK. Jest nadzieja!

A skoro już o nadziei i dobrych nowinach mowa, to śpieszę zawiadomić, że pogłoski o śmierci rock’n’rolla to zwykłe bujdy. W środę wieczorem Iggy Pop – chodzący relikt punkrockowego buntu zagrał w Chicago Theather taki koncert, że klękajcie narody. Zawsze chciałem zobaczyć go na żywo. Chudy, długowłosy, prezentujący wysuszony nagi tors. Jeden z ostatnich pełnokrwistych kultowych idoli. Jedyna dekoracja to litera „I” namalowana w poprzek sceny. Żadnych efektów specjalnych, choreografii, tancerek, żadnego cyrku. Bez szwadronu ochroniarzy i barierek ochronnych. Iggy darł się, ile matka natura dała, rzucał się po scenie, jakby miał epilepsję i 18, a nie 68(!) lat, wskakiwał z rozpędu w publiczność i rzucał statywem.

Bez strojenia głupich min, bez najmniejszego podlizywania się widzom. Prosto, głośno i na temat. Uczciwie, przez dwie godziny miotał się po scenie jak opętany szaman. I jak szaman wciągnął publiczność w rock’n’rollowy trans. Kiedy śpiewał: „włamię ci się do serca, wpełznę ci pod skórę”, wszyscy wiedzieliśmy, że to nie puste słowa. Rzeczywiście wpełzł. Wstałem dzisiaj rano półżywy i dalej go pod skórą czuję. Zawsze wiedziałem, że są rzeczy ważniejsze od polityki. Uczciwsze i wywołujące prawdziwe emocje. Krzyk i łzy. Przepływ energii. Ryk setek gardeł, wzniesione do góry ręce. Hałas, który oczyszcza i znosi ten sztuczny – bicie piany płynące z telewizorów, portali i gazet. „Dzisiaj wieczorem wszystko będzie dobrze” – śpiewał półnagi Iggy Pop, a publiczność jadła mu z ręki. Jest dobrze.

Iggy Pop

Na zdjęciu: Iggy Pop fot.Ferdy Damman/EPA

Categories: Dziedzic

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*