Kupa na wydmach

Kupa na wydmach

Święto Niepodległości lubię z kilku powodów. Głównym jest położenie mojego domu, na tyle dogodne względem pobliskiego parku, że fajerwerki możemy oglądać, wypoczywając na leżakach na trawniku przed domem. I chociaż w huku i hałasie czuję się zagubiony jak pies sąsiada, to doceniam rozmiary zaangażowania mierzone decybelami i z roku na rok coraz bardziej fantastyczną kolorystyką sztucznych ogni. Jakby się dobrze zastanowić, to takie wielkie kolorowe bum to ładny sposób wyrażenia radości z niepodległości i narodowej dumy.

Jako że recesja podobno się skończyła, ludzie zaczęli znowu płacić podatki i chodzić na zakupy – sztuczne ognie były w tym roku długie i intensywne jak tegoroczne letnie opady. Dość, że 20 minut eksplozji zaspokoiło moje patriotyczne potrzeby na kolejny rok, w związku z czym nie wybrałem się na trwający rozbrzmiewający rockowymi hitami festyn ani na przechodzącą przez centrum nazajutrz uroczystą paradę. Zamiast tego pojechaliśmy na plażę, w kiedyś dość sekretne, a obecnie coraz powszechniej znane i uczęszczane, również przez Polaków, miejsce. I choć kąpiel jest tam zabroniona, to klify, wydmy, malownicze zatoczki i dzika plaża stanowią o uroku nadjeziornego zakątka. Przeszliśmy trzy mile, a jako że wakacje spędzamy bezdzietnie, mieliśmy okazję do luźnej wymiany myśli i poglądów. Zwyczajowo zaczęliśmy od przedyskutowania temperatury wody i postawieniu kilku hipotez dotyczących pochodzenia drewnianych bali zalegających na plaży. Im dalej szliśmy, tym tematy stawały się coraz bardziej abstrakcyjne.

W pewnym momencie przechodziliśmy przez wydmy. I wtedy poczułem brak. Nagle wróciły do mnie wszystkie wakacje w Międzyzdrojach, Mrzeżynie i Dębkach, wszystkie wypady do Mielna i wczasy w Świnoujściu. Moje doświadczenie chwili było niepełne. Brakowało chmar biedronek i – przede wszystkim – charakterystycznego smrodku polskich nadmorskich wydm. Na tej wydmie na jeziorem Michigan nie przykucnął żaden plażowicz, żadna amatorka słonecznych kąpieli nie udała się tam za potrzebą. I choć lata całe nie byłem na polskiej plaży i być może ten felieton jest jedynie paszkwilem, a smród pozostał jedynie historyczny, przyszło mi do głowy, że niezałatwianie się na wydmach świadczy nie tyle o kulturze osobistej, co poziomie ukształtowania świadomości obywatelskiej. Bo przecież dbały i świadomy obywatel nie będzie zanieczyszczał wspólnej własności. Jej poszanowanie stanowi bowiem sedno patriotyzmu i świadczy o wysokim poziomie świadomości wspólnotowej. Nasze to moje przecież, wspólne – choć nie prywatne, posiadane – chociaż nie własne. W porównaniu z zapamiętanym z ojczyzny wyuczonym brakiem poszanowania dla państwowej własności, ba – anarchistycznymi tendencjami do występowaniu przeciwko państwowości w imię sarmacko zrozumiałemu poczuciu niezależności – tak, czyste wydmy to dla mnie od soboty nowy symbol poszanowania własności wspólnej.

Socjolog Jan Sowa w świetnej, wydanej niedawno książce pt. „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”, kreśli wizję Polski jako przestrzeni wspólnej, za którą odpowiedzialność biorą obywatele. Rzeczpospolita, jak tłumaczy Sowa, w swojej definicji to wspólne dobro zawiera: pospolity to dostępny, ale i wymagające zbiorowej odpowiedzialności. Książka, choć niegruba, jest pełna pomysłów i rewolucyjnie patriotyczna, choć konserwatystów przyprawi o migotanie zastawek. Zainteresowanych proponowaną przez Sowę „trzecią drogą” rozwoju Polski odsyłam do lektury, dodając, że właśnie o poszanowanie wspólnej własności chodzi. Symbolika, pompatyczność, pomniki i marsze pełnią funkcje rytualno-jednoczące, natomiast kluczem do budowania wspólnoty są proste codzienne gesty, które dbałość o tę wspólnotę wyrażają. Proste, ale niełatwe, bo wymagające wysiłku. Niezałatwianie się na wspólnych wydmach jest jednym z nich. Sprzątanie po psie, niewyrzucanie niedopałków na ulicę, segregowanie śmieci też. Idźmy dalej: płacenie podatków, nienadużywanie pomocy społecznej, zwyczajna uczciwość wobec instytucji. Jeszcze uśmiech i dobre słowo na co dzień, nawet na siłę i udawane, ten small talk, z którego często szydzimy, że sztuczny i na siłę – pełni funkcje usprawniające funkcjonowanie wspólnoty.

Ktoś powie, że to banialuki i nie do zrobienia w drapieżnym neoliberalnym kapitalizmie. Nieprawda, w Polsce jest trudniej, bo państwo człowiekowi wilkiem, ale w Stanach jest łatwiej. Polacy tych zachowań się uczą, przesiąkają troską o wspólnotę i szanują dobro wspólne. Myślę, że jest być z czego dumnym. Dlatego segreguję śmieci, choć wiem, że i tak zostaną wyrzucone na wysypisku jak leci. Nie robię tego bowiem z przymusu, a z własnej woli, żeby czuć, że dbam, że mi zależy. Że choć to pozornie nieistotne – dokładam swoją cegiełkę i porządkuję dążącą do entropii rzeczywistość. Abraham Maslov tworząc swoją słynną piramidę potrzeb, zwrócił uwagę na prostą zależność: że dopóki podstawowe potrzeby człowieka nie zostaną zaspokojone – nie będzie się zajmował potrzebami wyższego rzędu. W Stanach Polonii żyje się dobrze, godnie i wygodnie. Mamy prace, mieszkania, domy, samochody, pełne lodówki. Z reguły żyjemy w bezpiecznych dzielnicach, nasze dzieci chodzą do dobrych szkół. W tych warunkach dążenie do potrzeb dotyczących samorealizacji i rozwoju jest naturalne, a potrzeba życia w harmonijnym społeczeństwie opartym na wzajemnym szacunku i współpracy dochodzi do głosu. Naprawdę się cieszę, że nie sikamy na wydmach. Tak trzymać!

Grzegorz Dziedzic

fot.pixabay.com

Categories: Dziedzic

Comments

  1. Noy
    Noy 16 lipca, 2015, 15:35

    To mi się podoba

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*