Dobrostan

Dobrostan

Mam kolegę, który nie ogląda telewizji, nie słucha radia, a nawet wypisał się z Facebooka. Na własne życzenie jest odcięty od rwącego strumienia złych wieści. Jako że nie mogę sobie na taki luksus pozwolić, w dbałości o higieną psychiczną stosuję metodę robienia sobie dobrze. Pielęgnuję dobrostan.

Zaczęło się w niedzielę rano. Najpierw z Niną, moją dziesięcioletnią rezolutną córką obejrzeliśmy w internecie walkę, w której Joanna Jędrzejczyk zdobyła mistrzostwo UFC. Dla tych, którzy ostatnie lata spędzili w lesie pod kamieniem wyjaśniam – to najlepsza na świecie federacja MMA – mieszanych sportów walki. Zawodnicy walczą w ośmiokątnych klatkach i nie jest to sport dla maminsynków ani grzecznych dziewczynek. Oglądaliśmy, jak nasza mistrzyni muay thai (boksu tajskiego) demoluje dotychczasową posiadaczkę pasa i w pięknym stylu, przez nokaut – jej go odbiera. Aśka biła tamtą w łeb, a ja z każdym ciosem byłem coraz bardziej wzruszony, ona ją sierpowym, a ja prawie w ryk, ona jej z łokcia, a mi się oczy szklą. Tak mam, że capstrzyki i pieśni patriotyczne wywołują we mnie senność lub zakłopotanie, a tutaj wyszła ze mnie polska duma. Jak już było po wszystkim, a Jędrzejczyk po angielsku podziękowała za doping i zapowiedziała, że nikt jej tego pasa nie odbierze – musiałem wyrównać oddech, żeby przy dziecku nie zacząć chlipać.

Włączyłem telewizję; w Polsacie jak zawsze leciały jakieś bzdury, ale w “Faktach” akurat pokazywali krótką transmisję z polskiej nocy NBA, którą w ubiegła sobotę w Waszyngtonie urządził Marcin Gortat – najbardziej znany obecnie Polak w Stanach Zjednoczonych. Było biało-czerwono, były wdzięczne i powabne gdyńskie cheerleaderki, poważni, ale nie pompatyczni polscy weterani z Afganistanu, a po wygranym meczu Gortat spotkał się z fanami. Da się? Pewnie, że się da. Wystarczy, że za organizację takiego przedsięwzięcia wezmą się ludzie, którzy swoje polskie kompleksy pogubili, jak Nina mleczne zęby. Obyło się bez patosu, bez histerii, bez buczenia, bez polityki i bez wiochy. Znowu się wzruszyłem, po czym wyłączyłem telewizor i do wieczora nie zajrzałem nawet na Onet. Wiedziałem, że limit dobrych wieści pewnie się wyczerpał, że zaraz pokażą kolejną dekapitację zakładników. Postanowiłem więc samodzielnie kontynuować dobrą passę, jako że dzień był młody.

Pojechałem do księgarni, po drożdżowe rogaliki do polskich delikatesów, a potem do biblioteki po kolejną porcję klasycznych filmów sience fiction, które ostatnio obsesyjnie oglądamy z Niną leżąc razem na kanapie pod jednym kocem. Potem na rowery, bo Karolina wróciła już z pracy, wegetariańskie chili, “Kontakt” z Judy Foster i już do wieczora – “Radio Armagedon” Żulczyka – opowieść o tym, że każdy porządny młody człowiek przechodzi przez fazę, w której chce zostać terrorystą. Jeszcze drobne porządki wkoło domu, omówienie z żoną ambitnych planów zagospodarowania przestrzennego naszych skromnych “terenów zielonych”, kupowanie jedzenia. Czyli same niezmiernie ważne małe sprawy. Małe rzeczy, które podnoszą poziom szczęścia.

W poniedziałek rano wróciłem do bełkotu i rzeczy podobno ważnych: telewizja, polonijne radio, którego słuchanie skłania mnie do podejrzewania się o skłonności masochistyczne – zwłaszcza, gdy świadomie wybieram pomiędzy rechoczącym seksizmem a ponurą panaroidalną bigoterią. Telewizja, serwisy informacyjne, internet, media społecznościowe, telefon. Cały ten informacyjny zgiełk. Przesilenie informacyjne spotęgowało przesilenie wiosenne w środę. Zamach w Tunisie, jedna strzelanina w Arizonie, druga w Goeteborgu. Trupy, dużo trupów. Z jednej strony bandyci, którym się wydaje, że szerzą prawdę bożą, z drugiej neonazista z karabinem realizujący swoją wizję rasowego porządku. Do tego Putin, wybory w Polsce, wybory w Chicago. W Legionowie i Fergusson biedota z getta leje się z policją.

Codziennie otrzepuję się ze złych wieści jak mokry pies. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę fatalizmu i samospełniających się przepowiedni; złość i gniew uzależniają jak wódka i papierosy. Nie pomaga tempo życia, ta ciągła gonitwa w “amerykańskim raju dla nienormalnych”. Aby zachować jako takie zdrowie i równowagę psychiczną potrzebne jest codzienne działanie w celu robienia sobie dobrze. Mi dobrze robi przytulanie, telefon do przyjaciela, poranna kawa z Karoliną, uśmiechanie się. Pomagają pomarańcze, mleczna czekolada, chleb z twarogiem i miodem na śniadanie. Słone paluszki. Dobrze robi pisanie felietonów i leżenie pod kocem. Opowiadanie o swoim dniu i śmianie się ze śniadaniowej telewizji. Nina, która jeszcze codziennie wciska się między rodziców pod kołdrę, Emil, który jeszcze przychodzi pogadać, a nawet zdarzy mu się posłuchać tego, co mówię. Dobrze robi budowanie szopy za domem i zapach ziemi na wiosnę. Stwierdzenia rozpoczynające się od “ja”, tłusty bit w słuchawkach i świadome oddychanie. Nie trzeba wiele, żeby poczuć szczęście.

Grzegorz Dziedzic

fot.nuzree /pixabay.com

Categories: Dziedzic

Comments

  1. Basia
    Basia 28 marca, 2015, 15:20

    Swietny kometarz, czytam panskie artykuly co tydzien,a z ostatnim zgadzam sie w 100 procentach….dlaczego nie zauwazamy dobrych stron zycia, dlaczego ekscytuje nas smierc, katastrofy, bomby czy klotnie polityczne…jedynym wyjsciem jest nieczytanie, nieogladanie , niezauwazanie wiadomosci…a przeciez wiosna za pasem, a pies chce na spacer- I to jest prawdziwe zycie, a nie to co ktos napisal na Facebooku czy Onecie, pozdrawiam…

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*