Byle do niedzieli

Byle do niedzieli

Bardzo się cieszę, że już w niedzielę wybory, bo to oznacza koniec kampanii wyborczej, która zadomowiła się w mediach i głowach Polaków na zdecydowanie zbyt długo. Osobiście mam dość i jestem przekonany, że w odczuciu tym nie jestem odosobniony. Dość bicia piany, dość obrzucania się błotem, dość pustych obietnic, których już mało kto słucha.

PiS te wybory wygra, bo wmówił narodowi, że niesie realną zmianę, tak ekonomiczną, jak obyczajową. Pięćset złotych na dziecko to nie w kij dmuchał, wcześniejsza emerytura też niczego sobie. I w końcu przestaną panoszyć się gendery, zboki różnego rodzaju i tęczowi pseudoartyści. Władza stawia na normalność, czytaj – na nudę i przeciętność w sosie narodowej symboliki. Tylko że Polak nudy nie znosi, władza zapewni zatem pochody z racami, capstrzyki ku czci i transmisje zebrań kolejnych komisji śledczych.

Ja się w sumie cieszę, że PiS te wybory wygra. Raz, że w demokratycznych wyborach, a nie przez jakiś szwindel. To już coś. Dwa, że zmiany są dobre, a postęp należy generować. Niech pokażą, co potrafią, niech udowodnią, że rzeczywiście stawiają dobro kraju przed partyjnym interesem. Głosy o nadchodzącym uwstecznieniu to takie strachy na lachy. Nie da się uwstecznić uwstecznionych. Tak jak żadna władza nie powstrzyma oddolnych zmian w myśleniu o polityce, które w czasie ostatnich kampanii zamieniły się w słyszalne głosy. Nawet lekkie przykręcenie śruby niedającym się nabrać na wizje powszechnego pisowskiego dobrobytu i wolności środowiskom wyzwoli u tychże nieco uśpione pokłady kreatywnego sprzeciwu.

Dla mnie, faceta, którego ominęła zawierucha walki z komuną, wizja czterech albo ośmiu lat władzy PiS to czysta frajda. Będzie wesoło, że hej! Powstaną niezależne pisma, może nawet bibuła powróci, internet uginał się będzie od memów i komentarzy. Na ulice powrócą happeningi w rodzaju purnonsensowej Pomarańczowej Alternatywy. Polacy znowu powrócą do pisania i czytania między wierszami, do tradycji obywatelskiego sprzeciwu, do obnażania obciachu i hucpy. Bo Polacy to świetny naród, nie dadzą sobie w kaszę dmuchać, nikt, żaden prezes ani biskup z papieżem im nie wmówi, w co mają wierzyć i kogo słuchać. Taka to już rogata polska dusza.

Naprawdę nie ma się czego bać, będziemy mieć władzę taką, na jaką zasłużyliśmy. Przecież PiS nie pojawił się wczoraj. Niedzielne zwycięstwo (bo nie ma innej możliwości) to jedynie postawienie kropki nad i, wisienka na torcie. To efekt przyzwyczajenia się Polaków do kumoterstwa i śliskości polityków, do tych samych twarzy w różnych politycznych konfiguracjach, wypowiadających puste słowa, nie biorąc za nie praktycznie żadnej odpowiedzialności. To niestety oznaka silnego zabetonowania sceny politycznej, choć pojawiają się niosące nadzieję pęknięcia, i to po obu stronach politycznej barykady.

Czy tylko ja tak miałem, że oglądając wtorkową debatę, na sam widok kandydatów zebrało mi się na mdłości? Nie sądzę, są nas miliony. Te miliony pójdą w niedzielę do urn zagłosować po raz kolejny na mniejsze zło. Znowu, z uporem maniaka, z obrzydzeniem do samego siebie, bo przecież po ostatnim razie obiecywaliśmy sobie, że na mniejsze zło już nigdy głosować nie będziemy. Debata była kiepska. Panie Kopacz i Szydło skaczące sobie do gardeł to żenada w formie czystej, podwójny symbol upadku współczesnego polskiego dyskursu politycznego. Korwin Mikke – nie mogę już na niego patrzeć, a słuchać przestałem po dwudziestych urodzinach, Kukiz – do niego czuję nić sympatii, bo jego antysystemowość jakoś mnie rusza, ale ze swoją wiedzą powinien zostać przy rock’n’rollu. Nowacka, jej nawet mi szkoda, bo to miła osoba i w przeciwieństwie do pani Ogórek nie nadaje się na marionetkę cynika Millera. Petru, sprawny, ale bez polotu, poza tym komu potrzebny w neoliberalnym państwie kolejny neoliberał? Piechociński zdecydowanie marnuje się w kanapowym PSL. Jedynym kandydatem, który mówił z sensem był, o zgrozo, ten z najmniejszym poparciem, Adam Zandberg z miejsko-lewicowej partii Razem. Nie będę się w tym miejscu ośmieszał, pisząc o nowym powiewie świeżości, ale na tle umęczonych starych wyjadaczy i dyżurnych krzykaczy brzmiał naprawdę dobrze. Nie muszę się zgadzać ze wszystkimi postulatami partii Razem, ale podoba mi się ich brak kompleksów i oddolna energia. No i mają najlepszy slogan – „Inna polityka jest możliwa”. Od siebie dodam, że wręcz konieczna.

Grzegorz Dziedzic

fot.Adam Warżawa/PAP

 

Categories: Dziedzic

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*