Anonimowi Ludzie

Anonimowi Ludzie

Polityczne przepychanki, przynajmniej w Polsce, na chwilę ustały, dobra zmiana na moment przyhamowała swój walec, retoryka złagodniała, a w całym kraju zapanowało radosne uniesienie. Zdjęcia i relacje napływające z odbywających się w Krakowie Światowych Dni Młodzieży rzeczywiście chwytają za serce. Kraina łagodności. Wspólny śpiew i taniec, modlitwa i zaduma. Na chwilę, bo nie mam w tym miejscu żadnych złudzeń, Kościół papieża Franciszka przyćmił w Polsce Kościół ojca Rydzyka. Młodzież pośpiewa, potańczy i pojedzie, a z nią papież Franciszek, którego i tak połowa Polaków uważa za lewaka i farbowanego lisa. Ale nie o tym.

Atmosfera wymaga, abym i ja zawiesił szyderę na kołku. Nie będę pisał o Światowych Dniach Młodzieży, bo nie mam ku temu kwalifikacji, z religią od dawna mi nie po drodze. Ale ze wspólnotowością jak najbardziej tak. A przecież o wspólnotę, przy okazji krakowskich uroczystości, przede wszystkim chodzi, o radość płynącą z bycia razem.

Nasuwa mi się smutna refleksja. To tragiczne, że do chwilowego poczucia wspólnoty potrzebna jest organizacja tak wielkiego przedsięwzięcia jak ŚDM. Tak wielkiego wysiłku logistycznego, organizacyjnego i medialnego. Potwierdza to niestety tezę o postępującym zaniku społecznych więzi. Jeszcze kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat temu ludzie żyli w mikrospołecznościach. Te istnieją jeszcze na wsiach, ale i tam relacje międzyludzkie słabną. Natomiast w miastach – tragedia. Znamy może imię najbliższego sąsiada, ale ludzie mieszkający po drugiej stronie ulicy to już obcy. Większość osób, które na co dzień obserwuję nie potrafi stworzyć choćby trzy-, czy pięcioosobowej wspólnoty. Jesteśmy coraz bardziej sami, omamieni substytutami, które wspólnoty udają. Media społecznościowe, wszystkie te Twittery i Facebooki, tekstowanie zamiast rozmowy, samotność przed telewizorem i laptopem. Wiem, że to znak czasów, ale najlepszy portal społecznościowy nie zastąpi kontaktu z drugim człowiekiem, przepływu energii, którego właśnie doświadczają uczestnicy ŚDM. W tym samym celu spotykają się zresztą wszelkie grupy: i narodowcy na swoich marszach, i kodziarze na swoich demonstracjach. W obu przypadkach poczucie wspólnotowości jest silne, ale ludzie spotykają się tam głównie, aby być przeciw wspólnemu wrogowi, a to z miejsca generuje tarcia – niechęć, nienawiść, atak. Na muzułmanów, gejów, pisiorów, oszołomów. Nieważne kto jest wrogiem, taka wspólnotowość ma krótkie nóżki, bo w swej definicji zawiera wykluczenie przeciwnika. Nie sposób zatem w naszej (polskiej czy amerykańskiej, wszystko jedno) rzeczywistości zbudować wspólnoty, tak ją pojmując, podsycając pretensje, zaszłości, podgrzewając urazy. Czy oznacza to, że jesteśmy skazani na wpędzający w depresję marsz w kierunku hiperindywidualizmu, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie? Czy razem możemy być tylko, żeby się nawzajem zagryzać?

Przykład płynie z najmniej spodziewanej strony. Być może niektórzy w tym miejscu uznają, że bredzę albo ze świętym oburzeniem skończą czytać wpół zdania, ale moim zdaniem wspólnotowości możemy uczyć się od popularnych i w Polsce i w Stanach grup samopomocowych wyrosłych ze wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Istniejący od ponad 80 lat ogólnoświatowy ruch pokazuje jak być razem i efektywnie się wspierać pomimo różnic światopoglądowych, genderowych, ekonomicznych i każdych innych. Nigdy nie spotkałem bardziej demokratycznej i zjednoczonej wspólnoty. Kluczem do sukcesu AA wydaje się otwartość na każdego, wspólnota doświadczeń, a przede wszystkim stojąca w mianowniku działania ruchu – uczciwość. Wiele razy słyszałem od członków AA, że są wdzięczni za fakt, że są alkoholikami. Bez sensu, prawda? Oczywiście nie za kace, trzęsawki i pijackie ciągi, ale za wspólnotę właśnie. Osoby spoza ruchu, które mają okazję obserwować i posmakować zażyłości i autentyczności więzi wewnątrz AA, nie kryją zazdrości. Każdy chciałby do podobnej wspólnoty należeć, korzystać z jej dobrodziejstw: poczucia bezpieczeństwa i możliwości uzyskania pomocy w dosłownie wszystkim na jedno naciśnięcie przycisku „call” w swojej komórce. Nic dziwnego, że pisarz i wizjoner Aldous Huxley nazwał twórcę AA Williama Wilsona „największym architektem społecznym XX wieku”.

Równo za tydzień w radiu 1490 AM odbędzie się radioton na rzecz Światełka – miejsca w Chicago, w którym spotykają się Polacy doświadczeni przez tragedię uzależnienia. Bezpośrednio lub przez posiadanie uzależnionego w rodzinie. W radiotonie chodzi rzecz jasna o zebranie pieniędzy, aby Światełko mogło istnieć. Ale nie tylko, ważna jest idea gotowości niesienia sobie wzajemnie pomocy i wsparcia. Kto wie, może dożyjemy w końcu powstania ruchu Anonimowych Ludzi. Opartego na wzajemnym szacunku i uczciwości. Niemożliwe? Ta poprzeczka wisi o wiele niżej, niż się wydaje.

Grzegorz Dziedzic

fot.Swiatelko.com/Facebook

Categories: Dziedzic

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*