Przemijanie po imigrancku

Przemijanie  po imigrancku

Przełom października i listopada jest dla wszystkich czasem trudnym. Szczególnie dla imigrantów. Przynajmniej dla mnie zawsze był. Nawet teraz, gdy piszę te słowa gdzieś nad Wisłą.
Cykl pór roku nieuchronnie sprawia, że jesienią zaczynamy poważniej myśleć o tymczasowości własnej egzystencji. Tradycja sprawiła, że czas ten kojarzy się z pamięcią o tych, którzy odeszli do wieczności. Ze zniczami, grobami bliskich osób, cmentarzem. I naszą polską obrzędowością czczenia zmarłych.
Mamy to już chyba w genach – pójść w tych dniach na groby. Często odwiedzamy w USA cmentarze, na których nie mamy nikogo z bliskich.  Brak „naszych” grobów – trudno o boleśniejsze przypomnienie tego, że jesteśmy na tej ziemi nowi. Gdzieś tam za oceanem zostały mogiły najbliższych – pradziadków, dziadków i coraz częściej – rodziców.  W tych dniach chcemy oddać im to, co – jak czujemy – jesteśmy im winni. Zapalić świeczkę, położyć kwiaty, odmówić modlitwę. To najczęściej okazuje się niemożliwe. Namiastką tego stają się pieniądze przekazywane najbliższym w kraju – na wieniec, na znicze, na nowy pomnik… Bo poczucie rozdzielenia jest często trudniejsze do zniesienia niż rozłąka z żywymi, odczuwana podczas innych świąt.
Takie wspominanie zmarłych stało się elementem naszej narodowej tradycji i to niezależnie od wyznawanych przez nas światopoglądów.
Ten jesienny spleen potęguje dysonans między Halloween a naszymi obyczajami wspominania tych, którzy odeszli. Ten pierwszy stał się przede wszystkim skomercjalizowanym elementem popkultury, przyjmowany przez nasze, już urodzone w USA dzieci jako „oczywista oczywistość”.
Halloween wywołuje zrozumiałe opory wśród Polaków, choć i nad Wisłą komercja poczyniła ogromne postępy. Budowane na trawnikach domu cmentarzyki oraz pukanie do domów i domaganie się cukierków jest dla nas czymś kulturowo obcym. Zresztą i ten dawny obyczaj celtycki został kompletnie oderwany od źródeł. Nasz sposób na oswajanie śmierci i przemijania – słowiańskie dziady, stanowiące kulturowy odpowiednik Halloween – był też zupełnie inny. Zostały w pamięci relikty tych tradycji: na groby zanosiło się jedzenie i picie – zwyczaj ten jest praktykowany do dziś w niektórych miejscach na wschodzie Polski. Obyczajem związanym z kultem zmarłych było też palenie ognisk, początkowo na rozstajach dróg, wskazując kierunek wędrującym duszom, które przy ogniu mogły się ogrzać. Na przełomie XVI i XVII wieku zaczęto palić ogień na grobach. Dziś ustawiamy na nich świece i znicze.
W Ameryce o zmarłych zapomina się jednak szybko. Obce wydają się nawet cmentarze, pozbawione indywidualnych pomników, planowane tak, aby kosiarki do trawy mogły swobodnie czynić swoją powinność. Gdzie tu miejsce na znicze i chryzantemy, na charakterystyczny szelest i zapach liści pod stopami? – to wszystko co kojarzy się przecież z polskimi Zaduszkami. To dlatego budujemy tutaj własne nekropolie, że wspomnę tutaj chociażby o cmentarzu w Amerykańskiej Częstochowie.
Jedni nie widzą w Halloween  nic szkodliwego, z kolei inni, podobnie jak Kościół, krytykują ten zwyczaj za trywializację śmierci i przemijania. Choć z drugiej strony uroczystość Wszystkich Świętych, której wigilię obchodzimy w Halloween, powinna być przecież radosna, w odróżnieniu od Zaduszek – czasu zadumy i modlitwy za wszystkich, którzy przed nami odeszli. Komunistyczna propaganda zbiła te dwa dni w potworek o nazwie „święto zmarłych” i starała się włączyć w ten sposób obyczaj odwiedzania grobów w nową świecką obrzędowość. Ale dzięki temu jednak nawet w czasach PRL… 1 listopada był dniem wolnym od pracy.
Z krzykliwością Halloween chyba już nie wygramy. Jedyne co pozostaje, to próbować zachować proporcje i umiar. Choć korzenie Helloween są pogańskie, to nie znaczy jednak, iż dziecko, które weźmie w udział w zabawie, czy tradycyjnym “trick or treat”, zostanie opętane. Chodzi o to, aby się nie dać ogłupić halloweenową gorączką. W tych dniach oprócz żartów ze śmierci i przemijania potrzeba też zadumy i refleksji, a w przypadku wierzących – modlitwy. Odwiedźmy w ten weekend groby, zostawmy na nich kwiaty, zapalmy choćby symboliczną świeczkę. Zarówno na mogiłach naszych najbliższych, jak i tych, którzy walczyli o Polskę. A także tych zupełnie nieznanych i zapomnianych.
Reemigrantom też nie jest łatwo. W Amerykańskiej Częstochowie i innych nekropoliach Wschodniego Wybrzeża zostawiłem wielu przyjaciół. Zapalając znicze po mojej stronie oceanu będę o nich pamiętać. Cóż, może taki już los osób próbujących nowego życia z dala od rodzinnych stron: już do końca życia nie będziemy do końca u siebie.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”. Obecnie zastępca szefa Centrum Badań nad Bezpieczeństwem w Warszawie.

 

fot. BALAZS MOHAI/EPA-EFE/Shutterstock

Categories: Deptula

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*