Nowa lekcja czytania

Nowa lekcja czytania

Fake news to termin, który przebojem wdarł się do naszej świadomości. Większość wymyślanych informacji wydaje się całkowicie niewinna, jeśli nie licząc chęci generowania klików, a co za tym idzie – zarabiania pieniędzy. Są też i takie, jak wyemitowane podczas konferencji w jednym z ośrodków Donalda Trumpa topornie przerobione wideo, na którym prezydent z zimną krwią morduje swoich politycznych przeciwników i przedstawicieli mediów. Konia z rzędem temu, kto byłby w stanie powiedzieć, czemu to wszystko ma służyć.

Nieprawdziwe informacje istniały od zawsze. Propagandę, czy dezinformację wymyślono na długo przed krwawym XX stuleciem, w którym – jak się wydawało – doprowadzono je do perfekcji.

Tylko że wtedy nie było jeszcze internetu i mediów społecznościowych. Dziś żyjemy w takim zalewie informacji, że nie jesteśmy w stanie oddzielać ziarna od plew. To zmiana ilościowa i jakościowa zarazem. W epoce błyskawicznego przekazu jesteśmy dosłownie bombardowani informacją. Co jest prawdą, a co fałszem? Tego często nie są w stanie odróżnić nawet fachowcy. Gorzej – dziś nawet trudno się zorientować, czy daną informację napisał żywy dziennikarz, czy wygenerowały ją komputerowe boty. Jak twierdzą eksperci fake newsy stają się coraz doskonalsze i coraz bardziej wiarygodne. Właśnie te wiarygodne kłamstwa potrafią wyrządzać najwięcej szkód. Trudno je usunąć z Internetu, jeszcze trudniej – z naszej świadomości. Do tego dochodzi czynnik prędkości dystrybucji i zasięgu takiej pseudoinformacji. Jak wskazują różne badania, dzięki mediom społecznościowym fake newsy rozprzestrzeniają się nawet do sześciu razy szybciej niż prawdziwe informacje. Głównie w powodu swojej atrakcyjności. Bo taki fake news jest z reguły ciekawszy niż rzeczywistość.

To już nie są żarty. Ta forma kłamstwa i celowej manipulacji zbiera ogromne żniwo. Wystarczy popatrzeć na rankingi topowych fake newsów z ubiegłego roku. W Indiach furorę zrobił film, na którym widać ludzi, którzy porywają z ulic dzieci. Nagranie okazało się fałszywką, jak na ironię  wyprodukowaną ze spotu kampanii społecznej, który ostrzega przed uprowadzeniami nieletnich. Hinduska wersja stereotypu o czarnej wołdze wywołała psychozę. Życie straciło co najmniej 30 osób, ofiar masowych linczów i zabójstw niewinnych ludzi posądzonych o zagrażanie bezpieczeństwu dzieci. Inne fake newsy z ubiegłego roku to rzekome groźby Baracka Obamy wobec Donalda Trumpa, sobowtór zastępujący Melanię Trump u boku prezydenta, czy – bardzo popularne – uśmiercanie różnych osób, papieża Benedykta XVI nie wyłączając. Nie będę przytaczać polskich przykładów, bo każdy z nich wywołałby kolejną burzę wśród zwolenników różnych politycznych opcji.

Widać to przede wszystkim w czasach kampanii wyborczych praktycznie na całym świecie. Znamienne przykłady to chociażby referendum w sprawie brexitu, czy wybory prezydenckie w USA, oba z 2016 roku. Tam wypuszczanie fake newsów było na porządku dziennym. Także polska przestrzeń medialna zalana jest fake newsami zwłaszcza w gorących okresach politycznych. A tych ostatnio nie brakowało, bo przecież w ciągu roku Polacy trzykrotnie szli do urn wyborczych. Polska przestrzeń

Gdy czytam o czymś na granicy prawdopodobieństwa, staram się pamiętać, jakie intencje mogą przyświecać autorom jakiejś mniejszej lub mniejszej sensacji. Ale ten osobisty aparat krytyki nie zawsze wystarcza. Psychologowie społeczni mówią o tzw. efekcie przesypiania. Zawsze zostają w nas odpryski informacji – pamiętamy coś bez szczegółów, wypychając z pamięci informacje o źródle takiego “newsa”.

Fake newsy są także znakomitym narzędziem dywersji, nie tylko wewnętrznej, ale i międzynarodowej. Pozostają bowiem w świadomości czytających i oglądających. Nie brak nawet socjologów społecznych ostrzegających, że kolejna wojna światowa może rozpocząć się od wiarygodnych fake newsów w postaci np. spreparowanych przemówień przywódców państw.

Niestety, media społecznościowe zwalniają nas od wymogu czytania dłuższych tekstów ze zrozumieniem, głębszej refleksji i przemyśleń. Tu królują emocje, najlepiej te wyrażane natychmiast – w postaci lajków, uśmiechniętych buziek, słoneczek, czy emotikonów symbolizujących płacz lub gniew. To pod ich wpływem powielamy często i podajemy dalej to, co przeczytamy lub obejrzymy.

W nasze błyskawiczne reakcje wkrada się też coraz częściej zwątpienie w wiarygodność jakichkolwiek źródeł informacji. To właśnie dlatego umiejętność rozumienia podstawowych mechanizmów rządzących mediami społecznościowymi staje się powoli koniecznością, tak samo ważną jak umiejętność samego czytania i pisania. Bez tego będziemy jak baranki prowadzone we mgle. Jeśli nie na rzeź, to na ostre strzyżenie.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”. Obecnie zastępca szefa Centrum Badań nad Bezpieczeństwem w Warszawie.

 

fot.GettyImages

Categories: Deptula

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*