Człowiek Roku 2017

Jest sercem chicagowskiego harcerstwa. Od zawsze wierna tym samym wartościom i zasadom. Patriotyzm wyniosła z domu, w którym polskość była krwiobiegiem pokoleń, a historia kraju nad Wisłą – fragmentem dziejów jej rodziny, której część po II wojnie światowej znalazła się najpierw w Anglii, a później w USA. Szary mundur harcerski założyła niemal od razu po przyjeździe do Chicago razem ze swoją mamą Wandą, siostrą Teresą i bratem Jackiem. W harcerstwie są jej dwie córki Kasia i Anusia, a także dwójka wnucząt. Są też setki innych, których wychowała na harcerzy. Otoczona niewymuszonym szacunkiem pokoleń, ciesząca się naturalnym autorytetem, budząca niekłamany podziw za postawę zawsze wierną harcerskiej przysiędze: druhna Barbara Chałko. Człowiek Roku „Dziennika Związkowego”.

 

W harcerstwie liczy się skromność

Rozmowa z druhną Barbarą Chałko, Człowiekiem Roku „Dziennika Związkowego”

Grzegorz Dziedzic: W jaki sposób powinienem zwracać się do harcerki?

Barbara Chałko: Per „druhno”. Jestem druhna Basia.

Należy dodać, że druhna w stopniu harcmistrza

– Harcmistrzyni to stopień, ale wystarczy „druhno”. W harcerstwie liczy się skromność.

W takim razie – druhno Basiu: mówi Pani znakomicie po polsku. To niezwykłe zważywszy na fakt, że nie urodziła się Pani ani nigdy nie mieszkała w Polsce

– Pierwszy raz pojechałam do Polski kiedy miałam 21 lat. Urodziłam się w miasteczku Banff, w północnej Szkocji. Rodzice znaleźli się tam po wojnie. Mój ojciec był oficerem I Dywizji Pancernej, która stacjonowała w okolicach Inverness, w Szkocji. Po wojnie mieszkaliśmy przez osiem lat pomiędzy Edynburgiem a Glasgow. Rodzice, zwłaszcza moja mamusia, bardzo chcieli wracać do Polski, ale z powodów politycznych podjęli decyzję o pozostaniu na emigracji. Pojawiła się okazja wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Do Chicago przyjechaliśmy w kwietniu 1956 roku. Miałam wtedy osiem lat. Do Ameryki przypłynęliśmy z dwoma kuframi dobytku. Pamiętam, że najbardziej było mi żal, że w Szkocji został mój rower.

Rower?

– Tak, był piękny, nowy, czerwony. Dostałam go na gwiazdkę.

Pochodzi Pani z rodziny o tradycjach wojskowych…

– Ojciec był zawodowym oficerem. Jako młody chłopak trafił do szkoły kadetów w Rawiczu, z czego bardzo się szczycił. Potem, po podchorążówce został oficerem artylerii w Poznaniu. Służył w I Dywizji Pancernej. Już w Chicago, w naszym domu gościł generał Maczek. Byłam małą dziewczynką, ale dobrze pamiętam, jak rozmawiali i wspominali wojenne historie. To wszystko zdecydowało o tym, kim jestem dzisiaj.

Często powtarza Pani, że tradycja i ciągłość są czynnikami, które najmocniej Panią ukształtowały

– To, kim jestem dzisiaj ja, kim są moje córki i wnuki – zawdzięczam moim rodzicom i moim przodkom. Rodzina mojej matki – Dzierżanowscy – byli bardzo patriotyczną, kresową rodziną. Pochodzili ze Lwowa. Mój dziadek, generał Kazimierz Dzierżanowski, przed pierwszą wojną służył w armii austriackiej, ale przeszedł do Armii Polskiej i walczył o niepodległość Polski w 1918 roku. Po I wojnie światowej został dowódcą Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie, a następnie dowódcą okręgu korpusu w Grodnie i dowódcą okręgu siódmego korpusu w Poznaniu. Druga wojna światowa zastała go we Lwowie, gdzie był w Komitecie Obrony Lwowa. Po aresztowaniu przez Rosjan został zamordowany w Kijowie. Wraz z innymi ofiarami mordu katyńskiego jest pochowany w Bykowni.

Barbara Chałko przy zdjęciu z 1992 roku. Na zdjęciu (po lewej) z córkami i matką Wandą Kasprzycką (z d. Dzierżanowską)

Dziadek znał podobno generała Hallera

– Tak, przyjaźnili się z dziadkiem jeszcze we Lwowie. Mamusia pamiętała, jak generał Haller zachodził do ich domu. Nieraz siadała mu na kolanach. Mój dziadek i generał Haller byli ludźmi podobnego pokroju, wyznający te same wartości. Obaj bardzo wierzący, o podobnych poglądach.

Z kolei Pani pradziadek był powstańcem styczniowym

– Jest w naszej rodzinie piękny obraz, który nosi tytuł „Cztery pokolenia w służbie Ojczyzny”. Są na nim uwiecznieni moi przodkowie, którzy walczyli na przestrzeni dziejów – od armii napoleońskiej, przez powstania listopadowe i styczniowe, po obie wojny światowe. Ale historia sięga jeszcze dalej. Na górze Kahlenberg, skąd król Sobieski kierował wojskami w bitwie pod Wiedniem, znajduje się kaplica, a na niej, na ścianie namalowane są herby wszystkich polskich rycerzy, którzy brali udział w bitwie. Wśród nich znajduje się herb Dzierżanowskich – Grzymała. Mój przodek brał udział w bitwie pod Wiedniem.

Mówimy tu sporo o linii męskiej, ale to Pani matka odegrała w Pani życiu kluczową rolę

– Moja mamusia była sercem rodziny. Ojciec zawsze powtarzał „Pamiętajcie dzieci, że macie najlepszą matkę na świecie”. Jeszcze w Szkocji mamusia zapisała nas do polskiej szkoły w Edynburgu. Bardzo zależało jej, żebyśmy uczyli się języka polskiego i polskiej historii. Wyrośliśmy na opowieściach o królach, bitwach i wydarzeniach ważnych dla historii Polski. W Stanach Zjednoczonych mamusia przez 17 lat uczyła w polskiej szkole im. Tadeusza Kościuszki. Ja i rodzeństwo ukończyliśmy polskie szkoły w Chicago. Rodzice zabierali nas na wszystkie uroczystości patriotyczne. Od 1956 roku nie opuściliśmy ani jednej polonijnej Parady 3 Maja, a po paradzie uczestniczyliśmy zawsze w mszy za Ojczyznę w kościele Trójcy Swiętej.

14-letnia Barbara (z prawej) z rodziną po trzeciomajowej paradzie w Humboldt Park – rok 1962

Czy to mama zapisała Panią do harcerstwa?

– Tak, w harcerstwie jestem od 1956 roku. Harcerstwo było tą organizacją, która wychowywała dzieci w patriotyzmie i w poszanowaniu takich wartości, jakie mieli moi rodzice. Ja, moja siostra i córki jesteśmy instruktorkami. Do harcerstwa należą moje wnuki.

Jakie jest Pani pierwsze harcerskie wspomnienie?

– Pamiętam, jak składałam przyrzeczenie harcerskie. To było w Michigan, na obozie nad Big Portage Lake. Obóz prowadziła druhna z Detroit, harcmistrzyni Helena Chmielewska – urocza osoba, z którą przyjaźniłam się później przez wiele lat. Przyrzeczenie było bardzo uroczyste, w nocy, przy ognisku nad jeziorem. Pamiętam, że druhna Halszka powiedziała nam, żebyśmy znaleźli na plaży kamyk, a następnie wrzucili go do jeziora. Kamyk miał symbolizować nasze wady, których staramy się pozbyć. Bo w harcerstwie każdego dnia stajemy się lepszymi ludźmi. Do dziś dnia jestem przekonana, że wrzuciłam do jeziora za mały kamyczek, bo kilka wad jeszcze mi zostało. Powinnam była wybrać większy.
Pamiętam też dobrze zlot pod Monte Cassino w 1969 roku. To był pierwszy światowy zlot harcerski. Były na nim polskie grupy harcerskie z całego świata – z Europy i USA, z Kanady, z Australii i Argentyny. Zjazd odbył się jednocześnie ze zjazdem weteranów bitwy pod Monte Cassino. Pamiętam, że w obozie weszłam na drzewo, żeby zawiesić obozową flagę. Do dziś ogarnia mnie strach, kiedy pomyślę, jak wysoko na to drzewo się wdrapałam. Na tym zlocie był piękny obrzęd, staliśmy w ciszy ze świecami przy grobach poległych żołnierzy. To była jedna z wielu chwil w moim życiu, kiedy harcerstwo przeplatało się z wojskowością.

Skoro mowa o Monte Cassino, to muszę zapytać o Pani związki ze słynnym Ref-Renem. Ma Pani prawa autorskie do jego twórczości, w tym do najsłynniejszej chyba żołnierskiej piosenki II wojny światowej „Czerwone maki na Monte Cassino”. Jak do tego doszło?

– Kiedy przyjechaliśmy do Chicago, działały tu cztery polskie teatry, w tym teatr Ref-Rena. Z rodzinami chodziliśmy na przedstawienia, a na wszystkich uroczystościach patriotycznych występowali artyści z teatru Ref-Rena. Feliks Konarski, czyli Ref-Ren, miał sentyment do harcerstwa i często do występów angażował harcerzy. Na scenie zadebiutowałam jako krasnoludek w przedstawieniu o Królewnie Śnieżce. Występowałam też w „Weselu”, a na rewiach Ref-Rena z koleżankami harcerkami śpiewałyśmy jako Ich Siedem – nasza lokalna odpowiedź na polskie Filipinki. Rodzina mojego męża jest spokrewniona z Konarskimi, czyli z Ref-Renem, widywaliśmy się na różnego rodzaju spotkaniach rodzinnych, był bliskim przyjacielem mojej matki. Przez ostatnie 15 lat prowadziłam Ref-Renowi administrację teatru. Było dla mnie dużym zaskoczeniem, gdy po jego śmierci w 1991 roku okazało się, że zapisał mi prawa autorskie i kompozytorskie do całej swojej twórczości. To dla mnie wielki zaszczyt. Po śmierci Ref-Rena chciałam zakończyć istnienie audycji „Czerwone maki”, którą prowadził. Za namową weteranów postanowiłam poprowadzić program przez kilka miesięcy. Te kilka miesięcy zamieniły się w dwadzieścia lat prowadzenia „Czerwonych maków”.

Porozmawiajmy o harcerstwie polonijnym…

– Nie lubię tego określenia. Jesteśmy harcerstwem. Kropka. Związek Harcerstwa Polskiego powstał w 1907 roku. W 1910 powstały drużyny we Lwowie. A w 1918 połączyły się drużyny pochodzące ze wszystkich zaborów. W 2018 roku będziemy obchodzić 100-lecie harcerstwa, jako organizacji.

Ilu harcerzy przewinęło się i działa obecnie przez polskie harcerstwo w Stanach Zjednoczonych?

– Trudno powiedzieć, ale oceniam, że w samym Chicago przez harcerstwo przeszło przynajmniej trzydzieści tysięcy Polaków. W tej chwili w Stanach Zjednoczonych jest dwa tysiące polskich harcerzy. Największy ośrodek to oczywiście Chicago, gdzie mamy dzisiaj blisko 600 harcerzy. Następnie Nowy Jork, Detroit, Filadelfia. Polscy harcerze działają w Seattle, w Denver i w Arizonie. Duża grupa istnieje w Kalifornii.

Druhno Basiu, co Pani zawdzięcza harcerstwu?

– Na pewno harcerstwu zawdzięczam to, że jestem dość zdyscyplinowana. Harcerstwo jest przede wszystkim organizacją wspólnotową, w której koleżanki i koledzy działają razem, idą jedną drogą, wspólnym szlakiem. To wspólnota wyjątkowa. Jesteśmy wychowani w duchu służby – Bogu, Polsce i bliźnim. Zdobywamy sprawności i stopnie harcerskie, ale – co najważniejsze – przeżywamy niesamowite przygody. Obozowe i zlotowe. A te przygody i przeżycia cementują przyjaźnie na całe życie. Jedną z moich najlepszych harcerskich przyjaciółek jest Jagoda Kaczorowska, córka prezydenta Kaczorowskiego, którą poznałam na zlocie pod Monte Cassino. Przyjaźnimy się do dzisiaj. Wraz z wieloma moimi przyjaciółkami z harcerstwa mamy niezmierną satysfakcję patrząc, jak związek rozwija się i wciąż żyje, jest prężny tak samo jak za naszej młodości. Dzisiaj w harcerstwie działają nasze dzieci i wnuki. To ludzie dumni ze swojej polskości, ze swojego pochodzenia. Tę dumę i ja zawdzięczam w dużej mierze harcerstwu. Pracuję w biurze skarbnika stanu Illinois i wszyscy u mnie w pracy wiedzą, że jestem Polką i harcerką. Swoją polskość i przynależność do harcerstwa podkreślam przy każdej okazji.

Druhna Basia w swoim żywiole – podczas harcerskiego ogniska

Na indywidualnym poziomie harcerstwo umożliwia samodoskonalenie, stawanie się lepszym człowiekiem. Na poziomie społecznym buduje więzi i wrażliwość na potrzeby bliźniego. Istnieje też poziom tożsamościowy, dotyczący wartości i przekazywania tradycji. Jak ważny jest on dla Polaków tutaj, na obczyźnie?

– To ciekawe, że użył pan słowa „obczyzna”. Kiedy przypłynęliśmy do Ameryki, mówiliśmy, że jesteśmy „na obczyźnie”. Moje córki urodziły się w Stanach Zjednoczonych i są tutaj „u siebie”. Obie mówią po polsku. Podobnie jak moje wnuki, które wiedzą, że z babcią nie porozumieją się po angielsku. Dla nas najważniejsze jest to, że człowiek, który przeszedł przez harcerstwo jest świadom swoich polskich korzeni i jest z nich dumny. Harcerz to także człowiek wrażliwy na potrzeby drugiego człowieka, na biedę i nieszczęście. Ale też szanujący otoczenie i przyrodę, bo wiele harcerskich sprawności związanych jest z naturą. Uczymy naszych podopiecznych szacunku do wartości, historii i otaczającego świata. Ale zawsze podkreślam, że harcerstwo jest przede wszystkim przygodą, a nie szkołą.

Czy można powiedzieć, że harcerstwo jest stylem życia?

– Absolutnie tak. Jest ruchem, którego zasady wsiąkają w człowieka głęboko. Zawsze, kiedy wkładam harcerski mundur, jakoś wewnętrznie się prostuję. To symbol, który zobowiązuje do przestrzegania pewnych zasad, do życia według ustalonych standardów. Ludzie oczekują od harcerzy więcej, ten mundur zobowiązuje.

Czy widzi druhna przełożenie harcerskich wartości na życie młodych Polaków w Chicago?

– Widzę, choć trzeba pamiętać, że to wciąż są dzieci, które popełniają błędy, a rozrabianie jest ich prawem. Nastolatki nie są idealne, ale to wspaniałe dzieci i mam dla tych młodych harcerzy wiele podziwu, bo przecież harcerzem nikt nie zostaje na siłę, na przekór sobie. Wpływ harcerstwa z reguły uwidacznia się w latach późniejszych, kiedy harcerze idą na studia, do pracy. Wtedy harcerstwo procentuje.

Dyscyplina i edukacja są oczywiście ważne, ale we współczesny cyfrowym świecie przed młodymi ludźmi stają nowe wyzwania. Psychologowie biją na alarm, że w dobie komunikacji przez media społecznościowe, u młodych zanikają umiejętności społeczne. Czy harcerstwo jest receptą na te braki?

– Tego nie wiem, ale przed każdą zbiórką wszystkie telefony komórkowe lądują w koszyku przy wejściu. Już dziesięciolatki mają własne komórki i tablety. Młode pokolenie harcerzy to ludzie niezwykle sprawni technologicznie i trzeba te zdolności wykorzystywać i zagospodarować. Jednocześnie zwracamy uwagę, aby uczyli się współpracy, rozmowy. To wyzwanie dla naszych instruktorów. Sprawności wciąż się zmieniają, do tradycyjnych dochodzą nowe. Harcerstwo musi być żywe, musi się zmieniać i wychodzić naprzeciw potrzebom kolejnych pokoleń. Nie sprzeciwiamy się technologii, ale podkreślamy, że najważniejszy jest żywy kontakt z drugim człowiekiem i wspólne dążenie do celów. Rozmowa „na żywo” wymaga większego zaangażowania, bo angażuje emocje. Na zbiórkach staramy się, choćby na te dwie godziny w tygodniu, odciągnąć dzieci od ekranów telefonów i tabletów, i nauczyć je współdziałania. Staramy się też wyszukiwać w otaczającym świecie pozytywne aspekty. Dzięki temu harcerze w pozytywny sposób oddziałują na swoje bezpośrednie otoczenie. Jeśli w okresie od czterech do osiemnastu lat wpoimy młodemu człowiekowi harcerskie wartości, to one będą miały wpływ na życie tych ludzi. Harcerstwo ma przyszłość.

Czy jako osoba tak mocno zaangażowana w życie polonijnej społeczności ma druhna poczucie misji?

– Nie wiem, czy można nazwać to misją, ale jako instruktorka powinnam świecić przykładem. W harcerstwie liczy się „my”. Mówimy „róbmy”, „działajmy”. Wspólnie, razem. Nie ma lepszych i gorszych. Uczymy wzajemnego szacunku. Ja jestem już starsza, więc na tyle, na ile mogę, staram się przekazać młodszym radość życia, oddanie sprawom ważnym. Od siebie wymagam, żeby być na harcerskich i patriotycznych uroczystościach. W harcerstwie liczą się czyny, nie słowa. Swoim postępowaniem mogę dać przykład innym.

Czy można powiedzieć, że harcerstwo jest rodziną?

– Z pewnością to taka bardzo poszerzona rodzina. W harcerstwie są dzieci i młodzież, ale w Kołach Przyjaciół Harcerstwa zrzeszamy rodziców, bez pomocy i zaangażowanie których harcerstwo nie mogłoby istnieć. Tak jak w rodzinie, tak w harcerstwie najważniejsza jest ciągłość. Ja jestem przedstawicielką harcerstwa powojennego, tego, które powstało w 1949, ale jesteśmy kontynuatorami tego, co zaczęło się w Chicago w 1916 roku, kiedy założyciel harcerstwa lwowskiego Andrzej Małkowski przyjechał do Chicago, by współpracować z Sokołem i Związkiem Narodowym Polskim. Powstały drużyny związkowe, a do harcerstwa należały dziesiątki tysięcy Polaków mieszkających w Chicago. Ja z mojego dzieciństwa pamiętam jeszcze instruktorów harcerstwa związkowego, na przykład druha Edwarda Mokwę, czy druhnę Helenę Grajewską. Harcerzem był też prezes Związku Narodowego Polskiego Alojzy Mazewski. Gdyby nie działalność tych pierwszych chicagowskich harcerzy, mojemu pokoleniu trudniej byłoby działać i rozwijać się. Dzisiaj oddajemy hołd tym, którzy byli przed nami. Jesteśmy spadkobiercami i kontynuatorami tradycji polskiej wojskowości. Żołnierze mieli hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”, a my na naszej lilijce mamy „Ojczyzna, Nauka, Cnota”. To wszystko się łączy.

2018 będzie rokiem ważnych rocznic – 100-lecia odzyskania niepodległości, ale także 100-lecia harcerstwa jako organizacji. Jaki był wkład harcerstwa w odzyskanie przez Polskę niepodległości?

– Od samego początku istnienia harcerstwa powstające drużyny były oddziałami paramilitarnymi, bo wiadomo było, że niepodległości nie da odzyskać się bez walki. Do legendy przeszły Orlęta Lwowskie, udział jednostek harcerskich w Bitwie Warszawskiej. W okresie międzywojennym harcerstwo skupiało się na wychowaniu obywatelskim tysięcy Polaków. Niepodległość była świeża, a patriotyzm gorący. Po wybuchu II wojny światowej dorośli już harcerze poszli do wojska albo weszli w skład Armii Krajowej. Wszyscy pamiętamy, kim byli i czego dokonali członkowie Szarych Szeregów. Duch patriotyzmu i poczucie misji były zawsze u harcerzy bardzo mocno zakorzenione. Już po wojnie naszą misją w Chicago było podkreślanie, że Polska ma prawo do samostanowienia i niepodległości. To było na pierwszym planie. Braliśmy udział w akademiach katyńskich, czy z okazji 11 listopada. W Polsce po 1945 roku istniały podziemne jednostki niezależnego harcerstwa i nasi instruktorzy mieli z nimi kontakty. To harcerstwo kontynuowało patriotyczne tradycje, odcinając się od komunistycznego „czerwonego” harcerstwa. Wolność i niepodległość Polski zawsze były w harcerstwie tematami przewodnimi.

Cztery pokolenia harcerskiej rodziny. Barbara Chałko pierwsza z prawej

Jest Pani harcerką, matką, babcią, pracuje Pani w biurze skarbnika stanowego. Która z tych ról wybija się ponad inne?

– W tej chwili zdecydowanie babcia. Im człowiek jest starszy, tym bardziej docenia rodzinę. Ogromnie kocham moje córki, ale obecnie najważniejsze dla mnie są moje wnuki. Mam nadzieję, że będę w stanie im coś zostawić i będę w nich obecna. Stanę się ich cząstką.

Czym zajmuje się druhna Barbara Chałko, kiedy nie prowadzi zbiórek i zlotów?

– Nie mam zbyt wiele wolnego czasu. Niedawno przydarzyła mi się taka sytuacja, że musiałam wziąć w pracy zaległy urlop. Wzięłam wolne i okazało się, że nie mam pojęcia, co zrobić z wolnym czasem. Moje wakacje to zawsze były obozy, zloty i harcerskie zjazdy. Kiedy mam wolną chwilę, lubię pójść na spacer. Czasem obejrzę film, lubię dobrą książkę. Ale najbardziej lubię przyrodę, uwielbiam pracować w moim ogródku. Lubię spotykać się z ludźmi. Nie potrafię natomiast odpoczywać.

Poprzez przyznanie druhnie tytułu Człowieka Roku „Dziennika Związkowego” chcieliśmy wyróżnić całe polskie harcerstwo w Chicago. Podczas rozmów z przedstawicielami harcerskiego środowiska wszyscy mówili jednak, że centralną postacią tego ruchu jest druhna Barbara Chałko. Jak to się Pani udaje, że przy tak dużym zaangażowaniu w działalność społeczną, unika Pani rozgłosu i nie szuka poklasku?

– To bardzo miłe, ale czuję się zmieszana, bo w harcerstwie nie jestem po to, żeby zbierać laury. Nie szukam oklasków ani rozgłosu, ale mimo woli jestem w chicagowskim harcerstwie na pierwszym planie. Może dlatego, że lubię przebywać wśród ludzi i z nimi rozmawiać. Przez 15 lat byłam przewodniczącą chicagowskiego obwodu. Moim zadaniem było reprezentować harcerstwo na zewnątrz, przypominać o naszym istnieniu i być wszędzie tam, gdzie trzeba. Każdy z nas ma własne talenty i zdolności. Ja dobrze czuję się stojąc na czele. Jeśli mogę zrobić coś, dzięki czemu harcerstwo może istnieć i się rozwijać, to to robię.

Tytułu Człowieka Roku „Dziennika Związkowego” nie można kupić, nie otrzymują go politycy ani celebryci. To tytuł, na który trzeba sobie zapracować. Co dla druhny oznacza otrzymanie tego wyróżnienia?

– Byłam bardzo mile zaskoczona. Zdecydowałam się przyjąć ten tytuł, ale nie dla siebie. Dla harcerstwa, dla całego ruchu, który jest bardzo ważną częścią mojego życia, dla którego mam wiele serca. Ten tytuł przypomina mi też, ile mam lat. Mam też nadzieję, że dzięki temu wyróżnieniu czytelnicy będą pamiętać, że harcerstwo istnieje w Chicago od 70 lat. Że to organizacja pozytywna, wychowująca młodzież w duchu patriotyzmu i w poszanowaniu wartości. Tytuł Człowieka Roku uważam za uznanie pracy wszystkich harcerzy, tych, którzy działają dzisiaj i wszystkich, którzy byli przed nami i odeszli na wieczną wartę. Owoce ich pracy są widoczne dziś i mam nadzieję, że będą widoczne jeszcze przez wiele lat.

Serdecznie gratuluję i dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: z arch. Barbary Chałko, Dariusz Lachowski

  • DSC_5701
  • DSC_5657
  • DSC_5651
  • DSC_5598
  • DSC_5597
  • DSC_4593
  • DSC_4579
  • DSC_4590
  • DSC_4579
  • DSC_4545
  • DSC_4515
  • 1
  • DSC_4500
  • DSC_4420
Categories: Człowiek Roku, Polonia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*