Zabójcze oszczędności. 35 lat od katastrofy lotu AA191

Zabójcze oszczędności. 35 lat od katastrofy lotu AA191

W niedzielę mija 35 rocznica największej w historii lotnictwa cywilnego katastrofy lotniczej w USA. Samolot American Airlines z Chicago do Los Angeles rozbił się w niespełna pół minuty po starcie. Zginęły 273 osoby. Przyczyną było szukanie oszczędności: zastosowanie niedopuszczalnej procedury obsługi technicznej, niezgodnej z zaleceniami producenta. Tragedia sprzed lat powinna być przestrogą dla linii lotniczych na prawo i lewo tnących koszty.

Niedbale zawieszona, poszarpana płachta z informacją o miejscu katastrofy

Niedbale zawieszona, poszarpana płachta z informacją o miejscu katastrofy

25 maja 1979 roku samolot linii American Airlines McDonnell Douglas DC-10, lot AA191, startował z lotniska O’Hare w Chicago tuż po godzinie 15. Miał lecieć do Los Angeles. Po 31 sekundach runął na pole w pobliżu osiedla domów kempingowych (ang. trailer park) Blackhawk Estates. Śmierć poniosło 271 pasażerów i członków załogi oraz dwóch mieszkańców osiedla.

Mieszkańcy nie pamiętają tragedii

Dziś Blackhawk Estates zamieszkuje głównie napływowa ludność latynoska. Większość nie zdaje sobie sprawy z tragedii sprzed lat. Nawet nie wie o istnieniu kamiennej tablicy z nazwiskami ofiar, wystawionej po 30 latach usilnych starań w Lake Park przy Touhy Avenue i Lee Street.

O miejscu pamięci zabitych nie wiedziała również Harriet Jablonowski, wieloletnia mieszkanka Blackhawks Estates, choć dobrze pamięta katastrofę. Odłamek skrzydła samolotu upadł koło jej lokum. Pokazuje dom, za którym zginął sąsiad siedzący w ciężarówce w momencie, gdy samolot runął na ziemię. Pamięta chmurę czarnego dymu, woń płonącego paliwa i niezliczoną ilość karetek pogotowia oraz pręty zatknięte przez strażaków znaczące liczbę ciał leżących w danym miejscu.

Na murku-pomniku pamięci ofiar katastrofy widnieje sporo polskich nazwisk

Na murku-pomniku pamięci ofiar katastrofy widnieje sporo polskich nazwisk

Dziś pamięć zawodzi, ale Jablonowski jest pewna, że w przeciwieństwie do innych mieszkańców nigdy nie przeżyła spotkania z duchami ofiar katastrofy. Ludzie opowiadali dziwne rzeczy, a to o wyraźnym pukaniu do drzwi lub okien, a to o prośbach nieznanych osób o szklankę wody lub pomoc w szukaniu bagażu i niemal natychmiastowym znikaniu tychże postaci. Policję zawiadamiano o światłach unoszących się nad miejscem katastrofy. Po jakimś czasie opowieści o zjawiskach paranormalnych ucichły, być może dlatego że po katastrofie większość wstrząśniętych nią mieszkańców wyprowadziła się z Blackhawks Estates. Pozostali tylko nieliczni.

Wysiłki uczniów i pomnik pamięci ofiar

Pomnik poświęcony pamięci ofiar powstał dzięki staraniom uczniów szóstej klasy ze szkoły Decatur Classical Academy, gdzie zastępcą dyrektora jest Kim Jockl. Jej rodzice zginęli w katastrofie. Wysiłki uczniów ostatecznie przyniosły rezultaty. Rodziny zabitych mają nareszcie zadbane miejsce, gdzie w ciszy i skupieniu mogą wspominać bliskich. Przez ponad 30 lat gromadzili się przy płocie ogradzającym miejsce tragedii, które do dziś oznaczone jest wyłącznie wiszącą poszarpaną płachtą.

"Gdy ktoś, kogo kochasz staje się wspomnieniem, wspomnienie staje się skarbem" − czytamy na tablicy pamiątkowej poświęconej załodze i pasażerom lotu 191

„Gdy ktoś, kogo kochasz staje się wspomnieniem, wspomnienie staje się skarbem” − czytamy na tablicy pamiątkowej poświęconej załodze i pasażerom lotu 191

Dlaczego zwlekano z wystawieniem pomnika

Wcześniej nikt nie chciał sfinansować pomnika. American Airlines, które ostatecznie przekazały na ten cel 20 tys. dol. zwlekały do momentu, gdy pamięć o tragedii przestała szokować. Po co miały wystawiać pomnik, który jest świadectwem ich własnych zaniedbań? Przypominanie ludziom o niebezpieczeństwie lotów nie leżało w interesie linii lotniczych ani producenta. Ustawodawcy, jak zwykle, stanęli po stronie korporacji i też powstrzymywali wszelkie próby uhonorowania ofiar.

Odpadł silnik

Pamiętnego dnia samolot obsługujący lot AA191 na trasie Chicago−Los Angeles wystartował z pasa 32R portu lotniczego O’Hare. Dzień był bezchmurny. „Po uniesieniu dziobu do skrzydła odpadł lewy silnik wraz z pylonem mocującym. Przeleciał nad skrzydłem i uderzył w pas. Piloci, nie widząc skrzydła z kabiny, założyli, że mają do czynienia jedynie z prostą awarią silnika. Kontynuowali start, stosując procedury startu asymetrycznego, które tak często ćwiczyli. Nie mogli wiedzieć o tym, że silnik urwał się, uderzył w skrzydło, uszkodził przewody elektryczne, a co gorsza hydrauliczne, co spowodowało spadek ciśnienia w instalacji, a w następstwie powolne zamykanie się klap na zewnętrznej części skrzydła. Doprowadziło to do znacznego zmniejszenia siły nośnej lewego skrzydła, a w rezultacie do katastrofy. W toku dochodzenia ustalono, że przerażająca tragedia była kulminacją błędnych założeń, cięć wydatków na obsługę techniczną oraz nieefektywnych przepisów” − czytamy w książce Davida Beaty pt. „Pilot. Naga Prawda” (przetłumaczonej na język polski).

Flight-4

Za tym domem zginął jeden z mieszkańców osiedla Blackhawk Estate

Zlekceważono zalecenia producenta

Nie jest tajemnicą, że linie lotnicze walczą o przeżycie i jak największe zyski. Pasażerowie domagają się niższych opłat za przelot, a to zmusza do poszukiwania oszczędności. Tak stało się i w tym wypadku. Przewoźnik uznał, że obsługa techniczna zgodnie z przepisami zawartymi w biuletynie serwisowym McDonnell-Douglas jest zbyt kosztowna, dlatego znaleziono metodę, by zaoszczędzić 200 roboczogodzin. Oszczędności te dosłownie okazały się zabójcze.

Firma American Airlines zapłaciła 500 tys. dol. kary za niewłaściwą konserwację samolotów.

Elżbieta Glinka

E.Glinka@zwiazkowy.com

Categories: Chicago, Zdaniem Glinki

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*