Niedziela w Little Village pod znakiem gróźb deportacji

Niedziela w Little Village pod znakiem gróźb deportacji

W niedzielne przedpołudnie ulica 26 w dzielnicy Little Village na południowym zachodzie Chicago tylko na pozór sprawiała wrażenie ruchliwej. Kto dobrze zna tę okolicę, będącą drugim po Magnificent Mile najbardziej dochodowym dystryktem handlowym w mieście, ten wie, że w weekend tętni ona i wręcz kipi życiem. W pierwszym dniu zapowiadanych przez prezydenta Trumpa masowych aresztowań nieudokumentowanych imigrantów w dziesięciu amerykańskich miastach, w tym Chicago, największa w mieście meksykańska dzielnica wyglądała jednak nieco inaczej.

W Little Village w niedzielę Latynosi całymi rodzinami spotykają się na posiłku w restauracjach i na ulicznych stoiskach, w małych sklepikach poszukują rodzimych specjałów, a u chodnikowych sprzedawców odbierają towary niejednokrotnie specjalnie na weekend przywiezione z Meksyku. Po wysoce pożądane produkty, oprócz dwudziestej szóstej dostępne tylko za południową granicą, zjeżdżają Latynosi nawet z sąsiednich stanów. Zaś dla wielu miejscowych centrum życia towarzyskiego stanowi pralnia, gdzie żeby w niedzielę znaleźć wolną maszynę i możliwość poznania najnowszych plotek z życia celebrytów i sąsiadów, trzeba wybrać się naprawdę wcześnie.

I choć na pozór 14 lipca o 11 rano na ulicy dało się zauważyć samochody i przechodniów, miejscowi handlowcy bezspornie zauważają zmniejszenie liczby klientów i ruchu na ulicy. – Jak tak ma wyglądać cała niedziela, to lepiej chyba pójdę do domu – mówi sprzedawczyni w Cremeria La Ordena zapytana o wpływ zapowiedzi nalotów policji imigracyjnej ICE na ruch w interesie. – Ja tam się nie boję – dodaje stojąca przy ladzie klientka. – Ta łysa marchewka może mi gdzieś skoczyć. Chce mnie deportować, proszę bardzo. Wysłałam dość pieniędzy do Meksyku i mam tam dwa domy. Jestem przygotowana – dodaje. Sprzedawczyni ocenia spadek liczby klienteli w niedzielne przedpołudnie na ok. 70 proc., lecz przyznaje również, że wielu klientów robi podwójne zakupy dla tych, którzy woleli nie wychodzić z domu.

Guillermo, który co niedzielę przy 26. i Christiana sprzedaje oryginalne skórzane pasy, portfele i torebki, a także meksykańskie kapelusze ze stanu Jalisco, przyznaje, że o swój status imigracyjny jest spokojny, lecz o niedzielny utarg – mniej. – Normalnie o tej porze cała dwudziesta szósta jest wyłożona stoiskami, dziś na razie jestem ja i paru odważniejszych. Różnica jest ogromna – mówi.

Takiego samego zdania jest menedżer pralni przy 26 i Avers, który mówi, że rano zajętych było tylko sześć pralek, podczas gdy normalnie o tej porze nie ma żadnej wolnej. Spadek liczby swoich klientów, w obliczu obawy przed akcjami zatrzymań, oszacował na 75 procent.

Lokalni właściciele biznesów na 26th Street znają już impakt, jaki każdorazowo wywołują informacje, czy nawet zwykłe plotki o łapankach imigracyjnych. Po inauguracji prezydenta Trumpa w 2017 roku, gdy przez miasto przetoczyła się fala pogłosek o masowych deportacjach, ruch w niektórych biznesach spadł o połowę.

Do dwunastej w południe nie zarejestrowano w Little Village żadnej aktywności służb imigracyjnych. Niektórzy miejscowi uważali wręcz, że obawy są przesadzone, a zapowiedzi prezydenta Trumpa o masowych deportacjach są tylko pustym elementem jego kampanii wyborczej. Jedyna aktywność policji, jaką zaobserwowaliśmy w Little Village koło południa, dotyczyła wizyty w tej dzielnicy burmistrz Lori Lightfoot, senatora Dicka Durbina i kongresmena Chuya Garcii, którzy po południu mieli uspokajać tam strapionych mieszkańców i właścicieli biznesów.

tekst i zdjęcia: Joanna Marszałek

j.marszalek@zwiazkowy.com

Categories: Chicago, Reportaże

Comments

  1. Chris
    Chris 22 lipca, 2019, 20:27

    Logistycznie jest to niemozliwe bo wiezienia I „osrodki” zatrzyman sa przepelnione wiec nie ma gdzie umieszczac zatrzymanych .

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*