Kwadratura koła. Skąd się wzięła przemoc w Chicago i co z nią zrobić

Kwadratura koła. Skąd się wzięła przemoc w Chicago i co z nią zrobić

Z czym kojarzy się Chicago? Z drapaczami chmur w śródmieściu, słynną fasolką w Parku Milenijnym i wyśmienitą pizzą. Niestety, również z przemocą, strzelaninami i krwawymi porachunkami gangów. Kilka dzielnic, zamieszkałych przez Afroamerykanów, to praktycznie „strefy wojny”, gdzie codziennie słychać strzały i giną ludzie. Przyczyny takiego stanu rzeczy są złożone; rozwiązania – jeszcze bardziej.

Przemoc w Chicago nie jest niczym nowym, towarzyszy miastu od początku jego istnienia. W ostatnich latach strzelaniny w południowych i zachodnich dzielnicach miasta nabrały dodatkowo wymiaru politycznego, a Chicago, przede wszystkim za sprawą prezydenta Donalda Trumpa, stało się synonimem chaosu i brutalnej przestępczości, jak również nieporadności lokalnych władz w jej zwalczaniu.

Ostatni weekend był wyjątkowo krwawy – postrzelone zostały 74 osoby, z czego 12 śmiertelnie. W pięciu weekendowych strzelaninach ranne lub zabite zostały przynajmniej cztery osoby, a w jednej, najpoważniejszej – aż osiem. Innymi słowy, trzymając się terminologii kryminalistycznej, podczas ubiegłego weekendu w Chicago doszło do sześciu masowych strzelanin w ciągu zaledwie trzech dni. Poziom przemocy znalazł oczywiście odbicie w mediach, ale medialne zainteresowanie nie było absolutnie bliskie temu, jakie obserwujemy przy okazji masowych strzelanin, do których dochodzi regularnie choćby w amerykańskich szkołach.

Nie widziałem, nie słyszałem, nie powiem

Niskiemu zainteresowaniu mediów i opinii publicznej towarzyszy niska wykrywalność sprawców, związana bezpośrednio z powszechnym brakiem współpracy ze strony mieszkańców dzielnic, w których do strzelanin dochodzi. Najbardziej niebezpieczne są dzielnice zamieszkane głównie przez Afroamerykanów: Austin, Garfield Park, Englewood i North Lawndale. Latynoska dzielnica Humboldt Park figuruje na piątym miejscu tej listy, a za nią są kolejne dzielnice zamieszkane przez Afroamerykanów. Ich mieszkańcy nie współpracują z policją, bo boją się zemsty narkotykowych gangów i nie ufają stróżom prawa oraz władzom miasta. W rezultacie, w południowych i zachodnich dzielnicach miasta obowiązuje zasada „niczego nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie powiem”, zapewniająca bezkarność i swobodę działania przestępcom. Brak zaufania do policji nie powstał z dnia na dzień, a raczej jest efektem dekad zaniedbań i nadużyć policyjnych uprawnień. Policja postrzegana jest przez mieszkańców Afroamerykańskich dzielnic jako wróg i intruz, skłonny raczej zaszkodzić niż pomóc. Nie oznacza to, że członkowie gangów cieszą się w tym środowisku szacunkiem i powszechną estymą. Oni również traktowani są jako wrogowie zbiorowości, ale w odróżnieniu od policjantów, są „swoi”, należą do społeczności. Poprawienie relacji policji z afroamerykańską społecznością jest zatem zadaniem niełatwym i obie strony zdają sobie sprawę, że długofalowym. Ciężko bowiem mówić o odzyskaniu zaufania w sytuacji, kiedy zaufania do policji nigdy w tych społecznościach nie było.

Chicagowska przemoc z użyciem broni palnej ma zatem twarz czarnoskórego młodego mężczyzny, najczęściej członka gangu, a w dodatku recydywisty, znanego wymiarowi sprawiedliwości i skazywanego w przeszłości za przestępstwa związane z narkotykami, posiadaniem i użyciem broni palnej oraz przemocą domową. Ofiary to w większości Afroamerykanie, młodzi mężczyźni w wieku 15-34 lat. Blisko 40 proc. z nich miało przeszłość kryminalną. Sprawcy i ofiary to najczęściej młodzi członkowie gangów – pochodzący z rozbitych rodzin, wychowani na popkulturowych wzorcach, głodni szybkiego zarobku i gangsterskiej sławy.

Skąd się bierze przemoc?

Czym różni się Chicago od innych wielkich amerykańskich miast i co stanowi główną przyczynę nieprzerwanej ulicznej przemocy? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Tym bardziej, że przyczyny przestępczości w czarnych dzielnicach identyfikowane są często na podstawie mitów i przekonań związanych ze światopoglądem i poglądami politycznymi. Zdaniem liberałów za fatalną sytuację w Chicago odpowiada łagodne prawo regulujące dostępność broni palnej, segregacja rasowa, słaby poziom edukacji w etnicznych dzielnicach oraz panująca w nich bieda. Konserwatyści winą za chaos na chicagowskich ulicach obarczają zbyt łagodne taktyki policyjne, brak zaangażowania sił federalnych, kulturę gangsterską oraz ekonomię biednych dzielnic, opartą w dużej mierze na szarej strefie i handlu narkotykami. Także – rozpad struktury społecznej, a co za tym idzie, wartości cementujących społeczność, decydujących o poziomie bezpieczeństwa.

Argumenty obydwu stron są tylko częściowo uzasadnione. Chicago ma bowiem jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących posiadania broni palnej, a wydatki na edukację, również w etnicznych dzielnicach, od wielu lat utrzymują się na względnie stałym poziomie. Policyjne taktyki kontroli i zatrzymań nie są w Chicago wyjątkowo łagodne, a przykład Nowego Jorku, który w 2011 r. złagodził policyjne metody, pokazuje, że nie przełożyło się to na wzrost przestępczości. Prawdą jest jednak, że poziom segregacji rasowej jest w Chicago wśród najwyższych w USA, a zachodnie i południowe dzielnice miasta to siedliska skoncentrowanego ubóstwa.

W Chicago poziom przestępczości jest wprost proporcjonalny do poziomu brutalnej przestępczości. Nie jest to bynajmniej zjawisko nowe. W wydanym po raz pierwszy w 1927 r. obszernym opracowaniu na temat chicagowskich gangów i ulicznej przemocy pt. „Gang, studium 1313 chicagowskich gangów”, socjolog z Uniwersytetu Chicagowskiego, Frederic M. Thrasher pisał: „Większość gangów w Chicago to gangi polskie, co łatwo wytłumaczyć faktem, że populacja Polaków w Chicago o 150 tys. przewyższa każdą, oprócz Niemców, grupę społeczną”. Thrasher opisywał polską społeczność jako chorobliwie nieufną, nie asymilującą się z amerykańskim społeczeństwem, pozostającą w społecznej i terytorialnej izolacji od reszty miasta. Ówczesne polskie dzielnice, takie jak słynne Polskie Śródmieście na północy miasta, Back of the Yards – przy dystrykcie mięsnym, czy The Bush – przy dystrykcie stalowym na południu – były najbiedniejszymi, a co za tym idzie – najbardziej niebezpiecznymi i pełnymi przemocy dzielnicami Chicago. Polskie gangi były najczęściej kilku lub kilkunastoosobowymi grupami chłopców lub młodych mężczyzn, zamieszkałych na tym samym kwartale ulic i rywalizującymi, często brutalnie i krwawo, z innymi grupami – o wpływy, pieniądze i specyficznie pojmowany honor. Brzmi znajomo, prawda? Sto lat później pozostające w społecznej i ekonomicznej izolacji części miasta zamieszkane są przez Afroamerykanów, ale związek pomiędzy biedą a przemocą pozostaje niemal identyczny.

W dzielnicach wykluczonych ekonomicznie normami są patologie: alkoholizm i narkomania, życiowa bezradność idąca w parze z roszczeniową postawą wobec instytucji miejskich, stanowych i federalnych, brak wzorców modelowych w rozbitych rodzinach. Kultura gangsterska oferuje alternatywy – poczucie więzi i lojalność wewnątrz gangu oraz łatwy i szybki zarobek na handlu narkotykami i obrocie nielegalną bronią. Ceną są codzienne ofiary śmiertelne. W Chicago statystycznie co 2 godz. i 53 minuty postrzelony jest człowiek, a średnio co 14 godzin i 52 minuty ktoś ginie od kul.

Chicagowski węzeł gordyjski

Podobnie jak przyczyny, rozwiązania kwestii ulicznej przemocy są złożone. Zaostrzenie policyjnych taktyk przy jednoczesnym budowaniu relacji i zaufania pomiędzy policją a lokalnymi afroamerykańskimi społecznościami, stanowią pierwsze wyzwanie. Rozwiązaniem byłoby rekrutowanie policjantów wśród mieszkańców danej dzielnicy, ludzi, którzy znają problemy mieszkańców i ich samych, w związku z czym potrafią przełamać barierę strachu i nieufności. Kolejne wyzwanie to stworzenie bazy ekonomicznej, miejsc pracy i poprawa warunków bytowych Afroamerykanów, bo tylko to da młodym mieszkańcom wykluczonych dzielnic perspektywy i osłabi kulturę gangsterską. Tutaj przeszkód jest wiele: brak zainteresowania inwestorów, brak środków w budżecie na rewitalizację zaniedbanych dzielnic – z jednej strony; słaby poziom kompetencji zawodowych, niski kapitał społeczny i często występująca roszczeniowa postawa mieszkańców biednych dzielnic – z drugiej. Należy zmierzyć się z najistotniejszymi problemami społecznymi – uzależnieniami, brakiem poszanowania wspólnej własności i skutkami dezintegracji rodzin. Kluczowe jest surowe karanie recydywistów i ich długoletnia izolacja od społeczeństwa. Nie wspominając o skutecznej resocjalizacji więźniów, ale to temat na osobny artykuł.

Wybierając policyjne taktyki wystarczy sięgnąć do rozwiązań zaimplementowanych przez inne miasta, które borykały się z problemem ulicznej przestępczości. Flagowym przykładem jest Nowy Jork, który w latach 90. ubiegłego wieku nie mógł poradzić sobie z problemem przestępczości i szalejącej przemocy. Ówczesny burmistrz Rudy Giuliani zwiększył kompetencje policjantów, ale równocześnie postawił na budowanie pozytywnych relacji pomiędzy policją a społecznością i, co bardzo ważne, zainwestował w rozwój ekonomiczny oraz poprawę jakości życia najbiedniejszych mieszkańców miasta, przeznaczając na odbudowę zdewastowanych dzielnic i tworzenie miejsc pracy miliard dolarów.

Ktokolwiek w Chicago podąży śladami Giulianiego i rozwiąże problem ulicznej przemocy, przejdzie do historii. Niestety, nikogo takiego nie widać na chicagowskim politycznym i społecznym horyzoncie. Za nami wyjątkowo krwawy weekend, przed nami zapewne kolejne eskalacje przemocy, która tak bardzo wpisała się w codzienność miasta, że nikt nie wierzy już w jakiekolwiek skuteczne rozwiązania. Do wojny, która codziennie toczy się kilka lub kilkanaście mil od naszych bezpiecznych domów, zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

fot.Tannen Maury/EPA/REX/Shutterstock

  • grafika2
  • grafika1
  • grafika3
Categories: Chicago, Z miasta

Comments

  1. dosmucacz
    dosmucacz 13 sierpnia, 2018, 18:55

    „Elity” chicagowskie liczą, że problem przestępczości sam się rozwiąże. Temu celowi ma służyć tzw. reforma CPD, czyli praktycznie dalsze ograniczenia w działalności policji. Jeżeli ktoś uważa, że w Chicago problemem jest policja to jest idiotą albo cynikiem i to drugie określenie jest dla mnie bardziej prawdopodobne, ale niestety takie są „elity” w Chicago i w IL.

    Reply this comment
  2. RP
    RP 14 sierpnia, 2018, 04:03

    Problem przestepczosci sie nie rozwiaze… Bedzie jeszcze gorzej, bo Policjanci sa scigani jak tylko uzyja broni. Kazdy Policjant woli nie slyszec radia niz jechac ryzykowac zycie tylko poto zeby potem stracic prace I wyladowac w wiezeniu. Podziekujcie Demokratom.
    Za caly ten balagan oczywiscie placi klasa srednia, bo bogaci I korporacje juz dawno stad uciekly z placeniem podatkow, za co tez mozecie podziekowac Demokratom.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*