„Dziennik Związkowy” ma 106 lat!

„Dziennik Związkowy” ma 106 lat!

Dziś obchodzimy urodziny. Rezygnując z zamawiania tortu, na którym musiałoby się zmieścić 106 świeczek, dla uczczenia tej okazji poprosiliśmy byłego redaktora naczelnego, Jana Krawca, najstarszego z żyjących redaktorów naczelnych gazety, prowadzącego ją w latach 1968-1985, aby opowiedział czytelnikom, jak wyglądał dzień pracy w redakcji pod jego kierownictwem.

dziennik-na-1

fot.arch.

Zwróciliśmy się też z prośbą o wypowiedzi do Ewy Malcher, najmłodszej pracownicy redakcji, oraz do naszej archiwistki Krystyny Polańskiej.

– Objąłem stanowisko redaktora naczelnego 2 stycznia 1968 roku, po Karolu Piątkiewiczu, który piastował je od 1931 roku do przejścia na emeryturę – wspomina red. Jan Krawiec. – W redakcji, mieszczącej się wtedy na ulicy Division, pracowało sześć osób. Był to okres komunizmu i gazeta była instrumentem walki o wolność i niepodległość Polski. Walczyliśmy nie bronią, tylko słowem. Rozpoczynaliśmy pracę o wpół do szóstej rano. Maszyny do pisania mieliśmy starego typu, tak zwane ręczne. Dopiero znacznie później pisaliśmy na elektrycznych – dodaje.

Na pytanie, jak wyglądał codzienny rozkład pracy, nasz rozmówca odpowiada: – Robiliśmy dwie pozostawione na rano strony – pierwszą z ostatnimi wiadomościami i tę z przyjmowanymi rano nekrologami, na którą były przenoszone wiadomości z pierwszej strony. Zamykaliśmy je około godziny siódmej. Wtedy robiło się kopie tych stronic i były natychmiast zawożone do drukarni na Belmont. Za godzinę cały numer był gotowy i ciężarówki rozwoziły gazetę do kiosków w mieście i na przedmieściach.

– Nieraz – mówi Jan Krawiec z wyraźną satysfakcją – „biliśmy” Chicago Tribune, bo mieliśmy świeższe wiadomości, niż oni tego samego dnia. To miało szczególne znaczenie w przypadku wiadomości o Polsce.

Jako redaktor naczelny miałem bardzo dużo pracy, bo byłem obowiązkowy, uważałem że gazeta musi wyjść, choćby to było prawie niemożliwe, tak jak w styczniową sobotę 68 roku, kiedy przenosiliśmy się z Division na Cicero, do budynku ZNP. Akurat rozszalała się śnieżyca, jeszcze większa niż mieliśmy teraz. Ciężarówka z maszynami do pisania, papierem i innymi materiałami dojechała na Cicero, ale wrócić i zabrać resztę już nie mogła, bo ulice były zawalone śniegiem. Wiedziałem, że w poniedziałek „Dziennik Związkowy” musi wyjść. Mieszkałem niezbyt daleko, przyjechałem, dotarł ktoś z redakcji i niektórzy drukarze. Z wielkim trudem skleciliśmy numer i rano, z niewielkim opóźnieniem, numer był gotowy. Nie wszędzie mogliśmy go rozwieźć, ale w Chicago przy głównych ulicach, gdzie można było przejechać, to do godz. 10–11 w kioskach już był. Nie sprawiliśmy czytelnikom zawodu – z sentymentem wspomina były redaktor naczelny.

Ewa Malcher, najmłodsza wiekiem i stażem, pracownica „Dziennika Związkowego” wspomina swój pierwszy dzień na stanowisku grafika komputerowego jak „niebo i ziemia” w porównaniu z tym, jak bardzo musiał się trudzić red. Jan Krawiec.

− Pierwszego dnia zasiadłam za komputerem. Włączyłam potrzebne programy i jako że umiałam je obsługiwać, po prostu rozpoczęłam pracę – mówi Ewa. − Dziennik Związkowy to tytuł, który wszyscy w Chicago znają. Nawet jeśli ktoś naszej gazety nie czyta, to wie, że taka istniała, istnieje i miejmy nadzieję jeszcze przez długi czas będzie istnieć. Pozostałe tytuły polonijnej prasy nie cieszą się już taką popularnością. Z całą pewnością fakt, że gazeta wychodzi nieprzerwanie od 106 lat, jak żaden inny polskojęzyczny dziennik na świecie, przyczynia się w dużym stopniu do jej popularności – dodaje Ewa.

Według Ewy, która przygląda się nam przez pryzmat i młodego wieku, i krótkiego stażu, porównanie z innym polonijnym tytułem, gdzie niegdyś pracowała, wypada na korzyść „Dziennika Związkowego”. – Praca w dzienniku jest znakomicie zorganizowana. Każdy wie, czym się zajmuje, zna zakres swoich obowiązków, co ogromnie wpływa na poziom całego wydawnictwa. Inną zaletą jest fakt, że redakcja nie korzysta wyłącznie z przedruków agencyjnych zapewniając Polonii wiadomości z metropolii chicagowskiej, wiadomości o naszej polonijnej społeczności i codziennym życiu rodaków w Chicago. Przez to jest znacznie ciekawsza niż inne nie tylko gazety, ale i portale informacyjne w internecie – zapewnia.

− Lubię szelest papieru i mam nadzieję, że „Dziennik” jeszcze długo będzie wydawany w papierowym formacie. Mam nadzieję, że inni czytelnicy moją podobne zdanie – kończy Ewa.

Krystyna Polańska w naszej gazecie pracuje od 25 lat. M.in. jest opiekunką archiwum, które – jak sama przyznaje – „w środowisku polonijnym nie ma sobie równych”.

− Jesteśmy w posiadaniu wszystkich wydań „Dziennika” od chwili jego powstania w 1908 r. Wiele z nich to już pożółkłe, rozpadające się kartki, jednak szperanie po tych woluminach, to prawdziwa przyjemność, bo nigdy nie wiadomo, co można znaleźć. To prawdziwy „tajemniczy ogród” – mówi Krystyna Polańska.

Jednym z najnowszych „odkryć” Krystyny jest Kazimierz Majewski, którego rysunki na łamach gazety ukazywały się przed ponad 60 lat temu. Ich część znalazła się w tegorocznym kalendarzu wydanym przez naszą gazetę. Wkrótce będą się mogli z nimi zapoznać internauci.

− Żadne inne media polonijne nie mogą się poszczycić tak bogatym, a co najważniejsze, pełnym archiwum, co „Dziennik”. W archiwum można znaleźć najpiękniejsze karty z życia chicagowskiej Polonii w ciągu ostatniego stulecia. Mam nadzieję, że w następnych pokoleniach badacze będą z niego korzystać pełnymi garściami – zapewnia.

Urodzinowo – pozdrawiamy wszystkich naszych pracowników – obecnych i byłych, a przede wszystkim, kłaniamy się nisko naszym Czytelnikom. Dziękujemy, że jesteście Państwo z nami od 106 lat!

Krystyna Cygielska

Andrzej Kazimierczak

Categories: Chicago, Polonia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*