Życie w cieniu zbrodni. Artur Plackowski: nie chcę do końca życia być mężem morderczyni

Życie w cieniu zbrodni. Artur Plackowski: nie chcę do końca życia być mężem morderczyni

Ta zbrodnia wstrząsnęła nie tylko polską grupą etniczną, ale całą lokalną społecznością. 30 października 2012 r. Elżbieta Plackowska zamordowała swojego 7-letniego syna i 5-letnią Oliwię Dworakowski, którą się opiekowała. Kobieta zadała synowi 70 ciosów nożem; dziewczynka miała ponad 50 ran kłutych. W przeddzień pierwszej rocznicy tragicznych wydarzeń, które rozegrały się w Naperville k. Chicago, rozmawiamy z mężem Polki, Arturem Plackowskim.

Wspomnienia

Mieszkanie Plackowskiego jest pełne zdjęć zamordowanego syna fot. arch. pryw.

Mieszkanie Plackowskiego jest pełne zdjęć zamordowanego syna fot. arch. pryw.

Plackowski mówi dużo i chaotycznie. Wątki się rwą i plączą. Jak sam przyznaje, to efekt tego, że tak naprawdę nie ma z kim otwarcie porozmawiać o tym, co wydarzyło się przed rokiem. A właściwie chciałby ciągle o tym mówić. – Szkoda, że nie umówiliśmy się u mnie w domu. Mam obrazy i zdjęcia Justina na wszystkich ścianach. Szklaną gablotę z jego czarnym pasem taekwondo. Teraz zamontowałem jeszcze lampkę nad ulubionym zdjęciem. Urnę z prochami Justina też mam w domu – opowiada i opisuje najbliższe plany oprawienia ulubionych zabawek i klocków należących do syna.

Ciągle mieszka w tym samym mieszkaniu w Naperville, które zajmował z żoną. Mimo że nie tu doszło do morderstwa (Polka zabiła dzieci w domu należącym do Marty Dworakowskiej), niełatwo było wrócić pod ten sam dach, który kojarzył się z rodzinną normalnością. Przyznaje, że przez pierwszych kilka tygodni razem ze starszym synem Mateuszem nie nocowali w swoich sypialniach. I nie dlatego, że się bali. – Jakoś tak nam raźniej było wspólnie spać w living-roomie – relacjonuje. Opowiada także o tym, że Mateusz namawia go do pozbycia się mieszkania i poszukania nowego lokum, mimo że ludzie na osiedlu bardzo go lubią. – Może nawet bardziej niż mnie. Czasem mam wrażenie, że obchodzą mnie, jak trędowatego. Przynajmniej Polacy; Amerykanie są pod tym względem inni – konstatuje.

Synowie

Artur Plackowski przed jednym z portretów Justina fot. arch. pryw.

Artur Plackowski przed jednym z portretów Justina fot. arch. pryw.

Osoba Mateusza, który 31 października kończy 21 lat, przewija się przez całą rozmowę. Ojciec podkreśla, że gdyby nie starszy syn, byłoby z nim dużo gorzej. Nie ukrywa, że w rok po tragedii jest ciężej niż bezpośrednio po niej. W powrocie do normalności pomaga mu też polskojęzyczna psycholog. To ona doradziła, by nie szukał na siłę nowych znajomości. Wcześniej lgnął do ludzi, ale oni szybko niecierpliwili się plątaniną słów, domniemań, przemyśleń i wspomnień. Te ostatnie towarzyszą mu szczególnie na co dzień.

Plackowski, który pracuje jako kierowca ciężarówki, przypomina trasy, w które zabierał Justina, parkingi, na których się zatrzymywali i gdzie wygrywał dla małego gumowe zabawki z automatu. – Ciągle jeżdżę tymi samymi drogami i wszystko kojarzy mi się na nich ze wspólnymi wyjazdami; są momenty, kiedy jest mi naprawdę ciężko pozbierać się do kupy – dodaje. Ale nie ma w tym szlochu, rozpaczy, nie ma łez, nie ma histerii. To raczej potok słów, wśród których na zmianę pojawiają się obaj synowie.

Jeden i drugi są także częścią opowieści o codzienności rodziny, w której nie brakowało konfliktów: „wie pani, jak w każdym małżeństwie”. Plackowski mówi, że dużo pracował, że w domu był tylko w weekendy, że żona była ciągle w biegu. Zaskakuje jednak stwierdzeniem: „Gdyby to wszystko się nie wydarzyło, chciałbym mieć tą samą żonę. Ona naprawdę wspaniale wychowała dzieci”. Jednak teraz „nie ma opcji na utrzymanie tego związku”.

Przyznaje także, że podczas awantur chłopcy coraz częściej stawali w jego obronie. A fakt, iż Mateusz wstawił się za nim podczas ostatniej kłótni, był powodem wyrzucenia go przez matkę z domu na dzień przez zbrodnią.

Co się stało przed rokiem?

Z nieuporządkowanej relacji Plackowskiego dotyczącej stanu emocjonalnego żony w ostatnich tygodniach przed zbrodnią wyłania się obraz kobiety z jednej strony przeżywającej niedawną śmierć ojca w Polsce (ciało ojca Plackowskiej znaleziono po kilku dniach od zgonu w mieszkaniu w Białymstoku), wpływ przyjaciółki, pół Indianki, do której domu tuż po dokonaniu zbrodni pojechała morderczyni, a z drugiej strony przejętej ciągłą nieobecnością męża w domu i sięgającą po – może najważniejszy w tej historii – alkohol. – Nie mogę powiedzieć, że żona była alkoholiczką, ale znajdowałem pochowane butelki. Czasem, kiedy dzwoniłem z trasy o 7 wieczorem, słyszałem, że była już podpita – opowiada. Dodaje także, że po śmierci ojca zrobiła się bardzo religijna, zaczęła chodzić do kościoła. Zresztą tuż przed zabiciem dzieci, najpierw pojechała się pomodlić, a syna zamordowała, „by wypędzić z niego szatana”.

Szukanie normalności

Plackowski pytany o to, jak wyobraża sobie przyszłość, bez zastanowienia odpowiada, że nie ma planów. Uzależnia dużo od Mateusza i pomocy mu w wejściu w dorosłość, którą właśnie zaczyna. Mówi o urządzeniu synowi 21 urodzin, które przypadają dokładnie w dzień po tragicznej rocznicy, o tym, że nie będą one huczne, ale będą świętowaniem normalności. Starszy brat jednak ciągle pamięta o Justinie i jego dziecięcych fascynacjach. – Mateusz zamierza wytatuować sobie na klatce piersiowej logo Batmana z cieniem Justina, bo mały uwielbiał tego bohatera – opowiada i natychmiast przywołuje wspomnienie sprzed ponad roku, kiedy trener taekwondo zapytał Justina, czy lubi Mateusza, na co 6-latek miał odpowiedzieć: „Nie, nie lubię. Ja Mateusza kocham”.

45-letni mężczyzna bez oporów mówi też o tym, że chciałby ułożyć sobie jeszcze życie, ale nie zamierza szukać nikogo dla zdobycia zielonej karty. – Wierzę w prawdziwą miłość. Nie ukrywam też, że to, iż jestem sam, na pewno nie pomaga.

Najpierw jednak musi się rozwieść, a z tym chce czekać do wyroku, którego termin jest na razie sprawą odległą. Dostaje regularnie powiadomienia o pojawieniu się Elżbiety w sądzie, ale w pełni świadomie tam nie jeździ: „bo co ja jej mogę pomóc”. Przyznaje też, że żona pisze listy do Mateusza. – On je czyta i płacze, ale widzieć jej nie chce. Pewnie się boi, ja zresztą też. Może nie jesteśmy na to jeszcze gotowi – zastanawia się głośno.

Plackowski od roku nie odwiedził żony w więzieniu. Telefonicznie rozmawiali kilka razy, ale nigdy nie usłyszał od niej odpowiedzi, dlaczego to zrobiła. Uznał więc, że ten kontakt nie ma sensu. – Co z tego, że do mnie dzwoni i mi mówi, że mnie kocha? Co z tego?…

Elżbieta Plackowska czeka na rozpoczęcie procesu w więzieniu przejściowym w Wheaton k. Chicago

Małgorzata Błaszczuk

Categories: Chicago

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*