Zwykła kobieta światowego sukcesu

– Co pan powie o swojej siostrze jako o kobiecie?
Moja siostra Maria to przede wszystkim kobieta taka jak wszystkie. Żyje swoją rodziną, bliskimi w Polsce i problemami związanymi z codziennością. Prowadzi polski dom w Ameryce, troszczy się o naszą, starzejącą się niestety matką w Poznaniu, o młodszego brata i jego rodzinę. Typowa matka-Polka.
– Rozmawiamy przed Bożym Narodzeniem, zapytam więc o tradycję w domu siostry?

Siemionowowie są zdecydowanie tradycyjną, nawet konserwatywnie polską rodziną. Sami gotują obiady i razem do nich siadają, co w Ameryce praktycznie się nie zdarza. Jedzenie jest raz lepsze, raz gorsze, ale to już komentarz mojej córki, która lubi dobrze zjeść. Ja bym się już Marii kulinarną krytyką nie naraził. To ona zajmuje się w domu Wigilią i Wielkanocą. Przebieg tych świąt jest polski. Wiem, bo brałem w nich udział. Tradycja wigilijna ze wszechmiar jest zachowana nawet z rybą-unikatem, jakim jest w USA karp. Barszczem i zupą grzybową. Opłatkiem oczywiście i okazałą choinką. Podczas gdy szwagier Włodzimierz (rodowity poznaniak, ze znanej w tym mieście starej rodziny kupieckiej), specjalista inżynierii biomedycznej, zajmuje się choinką i świąteczną iluminacją domu, siostra – zakupami podchoinkowych prezentów. Kocha zakupy. Powiem nawet, że jest to trochę jej mania. Kupuje i nastepnie zwraca, lubi kupować nie tylko sobie, ale wszystkim. Zwykle najwięcej kupowała prezentów dla… mnie. Teraz dla mojej córki, z którą się bardzo zżyła, z wzajemnością zresztą. Tradycje polskiej gościnności Marii są powszechnie znane i wszyscy zbliżający się do stanu Ohio wiedzą, że znajdą nocleg i gościnę u Siemionowów, jak… amen w pacierzu.

– Czemu zadzięcza swój światowy sukces?
Swoim zdolnościom, konsekwencji, wyjątkowej pracowitości i umiejętności posiadania wizji. Nie zniechęca się z byle powodu, a przeszkody ją tylko mobilizują. Zawsze była dla mnie wzorem, który chciałem – niestety bezskutecznie! – osiągnąć… 
– Kiedy siostra ten sukces sobie… zaplanowała? 
To dobre określenie… Jej sukces na pewno nie jest dziełem przypadku, lecz prowadzonych od 20 lat wnikliwych badań opartych o głęboką wiedzę naukową i chirurgiczną perfekcję, a na końcu przeniesionych na żywego człowieka. Siostra wiedziała, że swoje plany zawodowe, bo niekoniecznie życiowe, musi związać z USA, jeśli ostateczny skutek jej pracy: przeszczep twarzy ludzkiej ma zaistnieć. W innych warunkach byłoby to zupełnie niemożliwe. Chociaż… jak przyglądałem się jej walce, to i w Ameryce nie było łatwe, a krótkowzroczność niektórych ośrodków (z litości nie wymieniam nazw), w których pracowała, zmusiła ją do rozpoczęcia swojej drogi od początku. Przeszła ją dzielnie…
– … a łatwo nie było.
Pozyskiwanie grantów na badania, ich uzasadnianie, zatrudnianie badaczy i ich utrzymanie było jej stałą walką. Co ważne – że poruszą wątek patriotyczny – wyszkoliła w warsztacie badawczym kilkudziesięciu naukowców – stażystów z Polski. Niektórzy nie wiedzą pewnie do dnia dzisiejszego, w jakiej szkole uczyli się badań naukowych. Przyjmuje ich zresztą i szkoli nadal…
– Pan był jednym z nich? Jakie ma pan wspomnienia tej przygody?
Byłem. Wykorzystałem znakomity amerykański warsztat badawczy do zrobienia pracy habilitacyjnej w zakresie mikrokrążenia, na które patrzy inaczej specjalista anestezjolog. Swój rozwój zawdzięczam siostrze w całości, gdyż to ona mobilizowała mnie do pisania publikacji i rozprawy habilitacyjnej. Byłem jej podwładnym i muszę obiektywnie powiedzieć, iż traktowanym na równi z innymi, wraz z obowiązkiem stosowania się do jednego (angielskiego) języka w pracy zawodowej. 
– W domu też?
W jej domu, który jest polski, wszyscy mówią tylko po polsku. Siostra i szwagier po polsku wychowali też syna, który jest moim imiennikiem i lekarzem, a przez sentyment dla Polski skończył studia medyczne w Poznaniu na „amerykańskim” medycznym wydziale. Teraz jest ortopedą mówiącym bez z jakiegokolwiek akcentu po polsku, pomimo tego iż opuścił nasz kraj mając siedem lat. To oczywista zasługa siostry i szwagra. 
– Czy siostra miewa w ogóle jakieś problemy, zmartwienia?
Maria ma problemy, jak każdy z nas, trochę z obawami dotyczącymi jej pomysłów i koncepcji, trochę z obawami dotyczącymi naszej matki w Polsce, jak i pewnie brata, który jest zbyt mało dynamiczny, jak na jej rozumienie świata. 
– Bowiem jest „tylko” profesorem, wybitnym anestezjologiem o europejskiej renomie, krajowym konsultantem w tej dziedzinie i podsekretarzem stanu w resorcie zdrowia. Może nich pan nie żartuje…
Pan nie zna mojej siostry… Jest typowym przykładem amerykańskiego porzekadła „Sky is the limit” („Niebo jest granicą”). Przy tym wszystkim posiada wyjątkową właściwość dzielenia się wiedzą i niezwykłe walory edukacyjne. Potrafi w wykładzie, także dla prostych ludzi, przekazać istotę zagadnienia w zrozumiały sposób. To duża sztuka. 
– Rozumiem, że starsza siostra ma zawsze rację…
Na ogół… Czasami musi to intensywnie udowadniać i wtedy się z nami kłóci. Jako młodszy brat mam w tym chyba najlepszy trening w rodzinie. Bywa jednak, że ustępuje przyznając się do błędu. Z przykrością stwierdzam, że na ogół ma rację. Normalna polska rodzina. Zwyczajne rodzeństwo, ze swoimi planami, troskami i sukcesami. 
– Czy ten sukces siostry dało się przewidzieć? Ile będzie miał teraz ojców?
Można było przewidzieć prędzej czy później. Niestety ulokować w czasie trudniej, gdyż nie wszystko zależało od niej nawet w USA. Jedno jest pewne, że ten sukces…nie ma wielu ojców, jak to zwykle bywa i jakby pewnie wielu dziś chciało! To sukces jej życia, jej mądrości i konsekwencji, także – choć w mniejszym stopniu – jej rodziny, tej najbliższej, i ludzi przychylnych. 
– Życzymy więc całej Waszej Rodzinie dobrych Świąt i szcześliwego Nowego Roku !
Zapewniam, że my życzymy tego samego wszystkim Polakom w Ameryce i waszym Czytelnikom! 
Rozmawiał: 
Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*