Za kulisami wywiadu i kontrwywiadu PRL

– Jeden z twoich recenzentów pisze o tobie, iż nie wie czy przed transformacją był w Peerelu drugi pisarz, którego szuflada byłaby pełna maszynopisów tak jak twoja. I dodaje, że po 1989 r. otworzyłeś szufladę, wyciągnąłeś manuskrypty, teksty uzupełniłeś tu i ówdzie dobrym słowem.
Dodałeś nowo pozyskane informacje i zacząłeś wydawać. W taki sposób powstał monumentalny, liczący 15 książek cykl zat. Tajna Historia Polski. Tak powstało kilkadziesiąt innych pozycji, w większości poświęconych działalności służb specjalnych.
Nie mam wpływu na to, co piszą o mnie.

– W ostatnio wydanej książce (“Dwa strzały”, Ex libris, Warszawa 2005), w której, jak zwykle u ciebie, dokumenty i fakty są prawdziwe, wypowiedzi relantów (w ogromnej większości funkcjonariuszy służb specjalnych) oddane z maksymalną wiernością, a komentarze wolne, zadajesz cztery pytania: “Dlaczego miał zginąć Jan Paweł II? Dlaczego spacyfikowano “Solidarność”? Dlaczego strzelano do górników w kopalni “Wujek”? oraz, Dlaczego zamordowano ks. Popiełuszkę?”
Obowiązkiem pisarza jest stawianie pytań. Zmach na Jana Pawła II oraz strzały do “Solidarności” uważam za kluczowe dla ostatnich lat komunizmu. Jest na ten temat ogromna literatura, ale, jak dotąd, nikt nie chciał spojrzeć na te sprawy oczami tajnych służb. Usiłowałem to zrobić. Wyszło więcej pytań, niż odpowiedzi.

– A odpowiedzi na kluczowe pytania?
W “Dwu strzałach”, analizując upadek komunizmu światowego oraz ostatnią dekadę Peerelu z punktu widzenia tajnych służb, twierdzę, że odpowiedź na te pytania jest prosta jak konstrukcja sierpa i młota. Całe zło zaczęło się jednak znacznie wcześniej. Po wygranej wojnie (byliśmy sojusznikami zwycięzców, za to zapłaciliśmy sporą dawką krwi) Zachód oddał nas w pacht Stalinowi. Ten zaś zrobił co, zrobił.

– “Dwa strzały” pświęciłeś tajnym działaniom służb specjalnych w latach 80.
Uważam, że ludzie mają prawo wiedzieć, jak było. Do niedawna wszystko, co najciekawsze w najnowszej historii Polski skrywane było w archiwach służb specjalnych. Teraz w IPN. Ale z jawnością nadal nie jest najlepiej. Dlatego napisałem “Dwa strzały”. Udało mi się kiedyś zajrzeć za kulisy Firmy (służby specjalne obu resortów siłowych, MBP/MSW & MON), która zawsze szła na pasku Sowietów. Chciałem zwrócić uwagę na kilka spraw, niejasnych, którymi można manipulować.

– Nie będziemy jednak streszczać książki. Można ją nabyć w księgarniach w Chicago (Odeon). W kraju trwa nadal wojna na teczki…
Poszło o upowszechnioną przez red. B. Wildsteina listę, a raczej wykaz części zasobów archiwalnych, będących w posiadaniu IPN. Na liście, zwanej od nazwiska upowszechniacza listą Wildsteina, są nazwiska funkcjonariuszy służb specjalnych, ich agentów, figurantów wytypowanych na agentów oraz personalia Bogu ducha winnych osób. Ich jedyną winą było, że kiedyś tam wpadli w oko łowcom bezpieki. Ci zaś założyli w MSW figurantom bardziej lub mniej kompletną dokumentację uformowaną w tzw. teczki. A skoro założono to i przechowywano. A skoro przechowywano to i przekazano IPN. A skoro przekazano, to IPN wciągnął materiały na listę inwentarza. Tak jak niegdysiejsza Firma (której materiałami żywi się IPN) wciągała do inwentarza wszystko: popielniczki i spluwaczki; wycieraczki, wykałaczki… Bo Firma nigdy nie wiedziała, co do jakich kombinacji operacyjnych może się przydać.

– Co można ustalić na podstawie listy Wildsteina?
Na podstawie listy, bez dodatkowych informacji, nie można ustalić nic konkretnego o danej osobie. W żadnym wypadku nie można posądzać kogokolwiek o jakąkolwiek działalność agenturalną. Wprawdzie nie można także wydać certyfikatu niewinności, ale w cywilizowanym społeczeństwie człowiek nie powinien mieć obowiązku udowadniania, iż nie jest wielbłądem. Trzeba być głupkiem, aby na podstawie faktu, że czyjeś nazwisko znalazło się na takim wykazie czuć się pokrzywdzonym. Trzeba być świnią, aby na podstawie faktu, że czyjeś nazwisko znalazło się na takim wykazie, oskarżać tę osobę o agenturalność.

– Czy IPN, przygotowując taką listę, postąpił zgodnie z prawem?
Postąpił zgodnie z logiką i zasadami archiwistyki. Bez inwentarza materiałów nie jest możliwa praca Instytutu. Dyskusyjna jest natomiast sprawa dostępności listy. Do IPN nie przychodzi się jak do biblioteki lub zwykłej czytelni, aby poczytać, postudiować, znaleźć potrzebne informacje, wybrać jakieś ciekawostki itp. Do Instytutu przychodzi się w konkretnym celu. Naukowym, dziennikarskim, osobistym.
W takim wypadku dysponuje się niezbędnymi danymi pozwalającymi poprosić o konkretne materiały i nie ma najmniejszej potrzeby wertowania wykazów zasobów archiwalnych Instytutu. Przeglądania setek tysięcy nazwisk. Takie wykazy są potrzebne, są niezbędne jedynie pracownikom placówki obsługującym klientów. Inną natomiast sprawą jest fakt upublicznienia listy przez B. Wildsteina od lat domagającego się powszechnej lustracji, tropiącego agentów rozpracowujących opozycję demokratyczną, której dziennikarz był niebanalnym uczestnikiem. Uważam, że jako dziennikarz Wildstein miał nie tylko prawo, ale i obowiązek zrobić to, co zrobił.

– No i zaczęło się.
Wildsteiny tropią agentów. Ogary wildsteinów. Z boku rozlega się chichot inżynierów dusz ze służb specjalnych. Intelektualiści, jak zwykle, mają dylematy moralne do rozstrzygnięcia. Dają ciała albo ogłaszają kolejne listy wzywające do opamiętania. Lud ma igrzyska. Jest wesoło. Ulubioną mandalę człowieka udomowionego – obraz kontrolny telewizora – zastąpiły internetowe informacje dotyczące lustracji, różnych list itp. Informacji rozpowszechnianych przez internet nie można ocenzurować. Można je natomiast dowolnie i bezkarnie fałszować.

Tylko czekać jak rozgrywka przeniesie się za ocean. Wiem, że będzie o czym rozprawiać. Internet stał się biczem Bożym na rządzących, i nie tylko. Jest dobrym, ba, znakomitym instrumentem w rękach dezinformatorów i dezintegratorów ze służb specjalnych najróżniejszych proweniencji. Tymczasem tak już w życiu bywa, że nieszczęście wielu, nawet najszlachetniejszych naprawiaczy świata, polega na tym, że oni w najczarniejszych snach nie dopuszczają do siebie myśli, iż mogą być manipulowani. Im to dedykuję historyjkę opartą na motywach Kruka. Była Teczka. Zawsze rodziła niezwykłe i przepiękne owoce. Lecz najpiękniejszym i najbardziej niezwykłym owocem Teczki był Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Potem Teczkę zniszczono i zniszczono także ZSRR. lecz pojawił się ktoś, kto stwarza nową Teczkę, a ona rodzi przepiękne i niezwykłe owoce.
– Z teczkami zazwyczaj kojarzy się agentów. Tak powstaje problem lustracji.
Agentom przypisuje się całe zło. Posądzeni o agenturalność wpadają w rozpacz (nie zawsze słusznie). Mało kto bierze pod uwagę, że nie istnieje nic takiego jak doskonały agent. Podobnie jak nie istnieje nic takiego, jak doskonała rozpacz.

– A więc? Lustrować czy nie lustrować?
To nie jest pytanie. przecież cywilizowane kraje już dawno znalazły dobrą formułę. Robią to nie pytając gawiedzi o zdanie. Wniosek jest prosty. Oczywiście, że lustrować. Ale mądrze. Odpowiadając na pytania: Kiedy? Kto? Kogo? I w jakim celu upaprał lub został upaprany w działania mogące stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa? Lustracja ma bowiem sens jedynie wtedy i tylko wtedy, gdy służy bezpieczeństwu państwa. Nigdy zemście czy igrzyskom. Dlatego powinna mieć odpowiednie umocowanie prawne i cywilizowaną formę.

Patroszenie niegdysiejszego magazyniera za to, że sto lat temu przekazał bezpiece informację na temat faceta, który skręcił (ukradł) kilka par rękawic BHP nie ma żadnego sensu. W dodatku magazynier zapewne łże twierdząc, że ubecy, a raczej esbecy, aby go złamać przystawiali mu lufy pistoletów do głowy. To bajki z tysiąca i jednej nocy. Aby upolować jakąś kreaturę, szczególnie po roku 1956 nie było potrzeby sięgania po tak brutalne metody. Przeważnie wystarczała obietnica sypnięcia nieco grosza bądź przymknięcia oczu na prawdziwe lub sfingowane machlojki figuranta.

– Inaczej oczywiście było w wypadku “Ludzi Wielkich”.
Niezłomnych po prostu zabijano. Jedną z największych postaci zlikwidowanych z pomocą sądu (który, biorąc sfałszowane przez bezpiekę materiały za dobrą monetę, wydał wyrok śmierci po skandalicznie przeprowadzonym procesie) był gen. August Emil Fieldorf. Jedną z ostatnich tego typu osób, zamordowaną w sposób absolutnie barbarzyński przez funkcjonariuszy służb specjalnych, był natomiast ks. Jerzy Popiełuszko. W międzyczasie (ale i później) unieszkodliwiono lub jedynie zmasakrowano fizycznie bądź psychicznie tysiące osób.

Tymi ludźmi trzeba się zająć. Ujawnić prawdziwą wiedzę historyczną. Oddać sprawiedliwość represjonowanym. Wysłuchiwanie martyrologicznych wynurzeń różnych urojonych aktywistów, dawanie wiary przez sądy lustracyjne takim osbom jak wspomniany wyżej magazynier lub lustrowany przez wiele lat, chyba najsławniejszy agent Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego (AWO), angażowanie setek ludzi, mnożenie kosztów, chwytanie się różnych kruczków prawnych, aby sprostać zamówieniom politycznym, jest działaniem nie tyle jałowym co niemoralnym. Odciąga od spraw zasadniczych. A przecież lustracja to przede wszystkim problem moralności.

– Były i są w najnowszej historii Polski dramatyczne momenty związane ze stykiem zwykłych ludzi z tajnymi służbami.
Są to sprawy okryte cieniem niepamięci, schowane za gryfami tajności. W większości dotyczy to osób z dalszych szeregów opozycjonistów. Mam tu m.in. na uwadze postępowanie funkcjonariuszy, którzy w łowczym zapale nie wahali się np. sięgać po zbrodnicze metody polegające na wyrywaniu niemowląt z rąk matek i grożeniu, że jeżeli nie zgodzą się na współpracę, dzieci zostaną oddane do Milicyjnej Izby Dziecka. I takie kobiety stawia się dziś pod pręgierzem opinii publicznej jako agentki! Tymczasem generałów, akceptujących zbójeckie metody stosowane przez służby specjalne (W. Jaruzelski) lub je wręcz zalecających (Czy. Kiszczak) czci się jako reformatorów, którzy zmajstrowali Okrągły Stół i bezkrwawo raczyli oddać władzę narodowi.

Nikt także nie interesuje się szerzej tymi funkcjonariuszami, którzy w pościgu za awansami, medalami, nagrodami byli gotowi wykonać każde, nawet najbardziej łajdackie polecenie przełożonych. Nikt nie wspomina wybitnych specjalistów Firmy od zabezpieczania własnych interesów… Zadziwiająco szybko zapominamy o partyjnych i resortowych bonzach, którzy dla ordynarnej prywaty (a nie ze względów politycznych), np. aby zdobyć czyjeś mieszkanie, metodami operacyjnymi zmuszali ludzi do emigracji. Taki los spotkał m.in. mojego przyjaciela, Andrzeja Partuma, jednego z najoryginalniejszych awangardowych twórców drugiej połowy XX wieku. Pewien funkcjonariusz, chcąc powiększyć swoje mieszkanie, upatrzył sobie Partumowe lokum. I dopiął swego. Partum został “skasowany” metodami właściwymi dla służb specjalnych. Co prawda artysta zrobił kiedyś wała z samego przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego, ale było to działanie artystyczne, nie polityczne. Partum miał bowiem politykę głęboko w czterech literach. Jego nieszczęście polegało na tym, że był sąsiadem owego funkcjonariusza.

– Są to, mimo wszystko, sprawy drobne.
Niestety, nie mam dobrego pomysłu na ich skwitowanie. A, chociażby dla higieny psychicznej trzeba to zrobić. I tu upatruję wielkiej roli IPN. Instytut dochował się już dużej grupy młodych, zdolnych, uczciwych, nieskażonych przeszłością naukowców. Może lepiej zostawić im te sprawy. Nie popędzać. Nie dezorganizować roboty doraźnymi akcjami o wyraźnym politycznym zabarwieniu. Wierzę, że specjaliści zrobią to znacznie lepiej, niż najuczciwsi amatorzy z ulicy. Ipeenowcy przebadają materiały archiwalne, opracują, opiszą i ogłoszą. Tak jak to zrobili chociażby w sprawie Jedwabnego.
Przecież z punktu widzenia prawa, większość spraw znajdujących się w zasobach archiwalnych IPN już dawno uległa przedawnieniu. Jednak świństwa, z punktu widzenia moralności, przedawnieniu nie ulegają.

Tu obowiązują inne procedury. Tu działa karząca ręka historii. Ona wskaże nie tylko funkcjonariuszy służb specjalnych. Do Liber chamorum wcześniej lub później trafią także aparatczycy, sędziowie, prokuratorzy i wszyscy ci, którzy na to zasłużyli. Także za czyny popełniane nie tylko w Peerelu, ale i w III RP.

– Jednak obok tych problemów, mogących bez większej szkody poczekać na wyjaśnienie, są niestety także sprawy poważniejsze.
Stawką w nich jest bezpieczeństwo państwa. Tu jakakolwiek zwłoka byłaby przestępstwem. Kłopot polega na tym, że informacji o naprawdę groźnych dla bezpieczeństwa państwa grach wywiadów, w tym także o szczególnie niebezpiecznych agentach, próżno dziś szukać w zasobach archiwalnych IPN. Nie znaczy to, że spraw tych nie można wykryć, a agentów zdemaskować. Można. I na pewno trzeba to uczynić. Jest to jednak robota bardziej dla służb specjalnych niż dla, nawet najuczciwszych, historyków z IPN.

Głosząc od lat tezę, że obowiązująca ustawa lustracyjna jest przedsięwzięciem spartaczonym, staram się wskazać na niebezpieczeństwa wynikające z możliwości wzięcia spraw w swoje ręce przez społeczeństwo. To zdezorientowanemu, ale rozentuzjazmowanemu ludowi (na szczęście nie całemu) marzy się lustracja wszechogarniająca, powszechna, totalna, w której będzie można ubić własne interesy. Najczęściej sprowadzające się do skasowania prywatnych, rzeczywistych lub urojonych wrogów. Na liście Wildsteina są obcobrzmiące nazwiska. Niektórym reżimom ani w głowie jakiekolwiek sprawdzania. Winien? Nie winien? Co za różnica. Są takie kraje, w których wystarczy podejrzenie, aby pozbawić delikwenta głowy.

– Historia świata zna wiele różnych akcji, bezpodstawnego inkryminowania nie tylko poszczególnych osób, ale także całych grup, a nawet narodów.
Najbardziej powszechna to tzw. rewolucja kulturalna w Chinach. Oczywiście, sytuacja w Polsce, czyli w Kraju Pieroga i Zalewajki jest daleka od tego, co się przed laty wydarzyło w Kraju Środka. Tam polowano na zupełnie inne cele. Podobna jest jedynie metodologia rozbudzania emocji społecznych. Rozjuszania ludzi. Na szczęście elity polityczne III RP, które od 16 lat nie mogą załatwić tak prostej sprawy jak zadbanie o bezpieczeństwo kraju, dostały solidnego kopa w cztery litery.

Kopa wymierzył Wildstein rozpowszechniając listę zasobów archiwalnych IPN. B. Wildstein ma szansę odegrać rolę współczesnego Savonaroli. Dziennikarz postępuje jak Mojżesz, który wiedział, że aby osiągnąć swój cel, musi zgładzić większą ilość ludzi. Zwolennicy proponowanych przez Wildsteina rozwiązań są gotowi nosić go na rękach. Ogary chętnie urwałyby mu łeb. Już szykują stos. Żurnalista może być pewny, że kiedy stos zostanie zapalony, drewienek do niego będą dorzucać także jego dzisiejsi zwolennicy.

– Ujawniając ipeenowską listę, Wildstein – wedle niektórych autorytetów – nadużył zaufania Instytutu.
Jest jak w znanym utworze Szekspira, kiedy to Makbet, zabijając króla Duncana, także nadużył nieco królewskiego zaufania. Zanim jednak zaczniesz szykować drugi stos dla autora tych słów, weź pod uwagę, że: po pierwsze – w archiwach metapeerelowskich nie ma, bo nigdy nie było, materiałów dotyczących najgroźniejszych agentów (istotnych dla bezpieczeństwa państwa). Naprawdę niebezpieczną agenturę werbowali (zarówno z tzw. strony partyjno-rządowej jak i opozycyjnej), zadaniowali i rozliczali oficerowie KGB oraz GRU, dysponujący legitymacjami funkcjonariuszy SB i WSW. Wedle obowiązującej na Łubiance, ale zmodernizowanej, dostosowanej do peerelowskich warunków metodologii, w latach 80. czyniono to dwutorowo jako:

a) praca dezinformacyjno-dezintegracyjna. Tu prymusami byli oficerowie KGB, pułkownicy, Władimir Ałganów i Grigorij Jakimiszyn;

b) coraz bardziej zakonspirowana robota operacyjna. Głównym animatorem tych przedsięwzięć był gen. dyw. Witalij Pawłow. Zajęło mu to dziesięć lat (1974-1984).

Po drugie – cezurą decydującą o definitywnym rozgraniczeniu tych metod jest rok 1984 (koniec kariery gen. Pawłowa jako rezydenta KGB w Polsce) zakończony, jak wiadomo, morderstwem ks. Jerzego Popiełuszki. Wszystkie materiały dotyczące prac KGB & GRU w Peerelu znajdują się w Moskwie. Do 1990 r. żadnemu ministrowi spraw wewnętrznych jak i szefom wojskowych służb specjalnych Peerelu nie przyszło nawet do głowy, aby podwładnym wydać polecenie przyjrzenia się szarogęszeniu się funkcjonariuszy sowieckich służb specjalnych w Kraju Pieroga i Zalewajki.

Po trzecie – przy opracowywaniu zasad zmodyfikowanej lustracji warto uwzględnić co najmniej trzy bardzo ważne okresy wyznaczone przez:

a) desygnowanie przez Moskwę na funkcję ministra obrony PRL marsz. Konstantego Rokossowskiego, co było przygotowaniem do zacieśnienia więzi LWP z Armią Radziecką aż do inkorporacji włącznie, a co znalazło bezpośrednie odbicie w niesłychanym zintensyfikowaniu pracy operacyjnej (werbunkowej) służb specjalnych obu resortów siłowych oraz nasileniu metod brutalistycznych, szczególnie widocznych w Informacji WP;

b) zmiany Konstytucji PRL w 1976 r. (które skutkowały w resortach siłowych powtórzeniem sytuacji z p. 3a, jednak w znacznie łagodniejszej formie i mniejszym zakresie, np. poprzez przejęcie pełniejszej kontroli przez GrU nad Agenturalnym Wywiadem Operacyjnym). Niektórzy tajni współpracownicy AWO mogą do dziś nie wiedzieć, iż tkwią w łapach metasowieckich służb specjalnych;

c) objęcie funkcji ministra spraw wewnętrznych przez gen. Cz. Kiszczaka w 1981 r., będące bezpośrednim przygotowaniem struktur siłowych Peerelu rozprawy z “Solidarnością”. Znalazło to odbicie w reorganizacji MSW. Kiszczakowi udała się także sztuka, której nie byli w stanie dokonać jego poprzednicy – doprowadził do integracji służb specjalnych obu resortów siłowych. Mam nadzieję, że podniecając się mnożącymi się w postępie geometrycznym (ogłaszanymi w mediach, głównie w internecie) kolejnymi listami różnej proweniencji, zechcesz choć na moment zatrzymać wzrok na kilku uwagach, co nie nowe.

– Dobrze. Moralizuj dalej.
Należy pamiętać, że niszczenia akt archiwalnych dokonywano wielokrotnie, m.in. w latach: 1947-1948, 1954-1957, 1968-1971, 1980-1981, 1988 -? Tajne archiwa zawierają ok. 10-25 proc. materiałów całkowicie lub częściowo fałszywych. Argument, że w Firmie nie wykonywano fałszywek, gdyż nie było sensu wprowadzać swoich funkcjonariuszy w błąd jest infantylny, świadczy o dyletantyźmie głosicieli takich prawd. Fałszywki wykonywano z wielu powodów, m. in.:

a) operacyjnych (gry, kombinacje operacyjne, legendowania) np. w grze z Delegaturą WiN (lata 1948-1954), znanej w historiografii pod nazwą V Komendy WiN lub “Operacji Cezary”), wykonano ponad 3 tysiące teczek osób wykorzystywanych w grze w charakterze agentów kapturowych (podobnie postępowano przy grach z OUN/UPA, Ośrodkiem Narodowym w Bergu, czy obejmującej lata 1980-1989 grze z “Solidarnością”);

b) politycznych, m.in. związanych z Poznańskim Czerwcem ’56, Grudniem ’70, Radomiem ’76, Sierpniem ’80, Grudniem ’81, ale także z rozgrywkami wewnątrzpartyjnymi (PPR/PZPR) np. z tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym lub “ubijaniem” niewygodnych towarzyszy, m.in. M. Żymierskiego, M. Spychalskiego, F. Szlachcica, M. Moczara, M. Milewskiego, S. Kociołka, H. Kubiaka;

c) osobistych. Z chęci wyróżnienia się, pokazania przełożonym swojej pracowitości, uszczknięcia nieco z funduszu operacyjnego do własnej kieszeni, zabawienia się w knajpie na koszt Firmy itp.
Wedle oceny sporej grupy byłych funkcjonariuszy służb specjalnych, najwięcej fałszywek wykonano w latach 1944-1954 oraz 1981-1989. W tym procederze brylowali głównie funkcjonariusze z departamentów III, IV oraz V, ale nie tylko. W resorcie bezpieki, a także w służbach wojskowych, oprócz dokumentacji typowo operacyjnej fałszowano także meldunki, analizy, oceny, sprawozdania, notatki itp. Spora część dokumentów Firmy zawiera kłamstwa, mity, pobożne życzenia albo w ogóle kit.

Na zupełnie innych zasadach prowadzono pracę operacyjną (a więc także jej dokumentację) w kręgach związanych z Kościołem. Wedle nieudokumentowanej oceny, jedynie co dziesiąty kapłan był współpracownikiem (w szeroko rozumianym pojęciu tego słowa) służb specjalnych. Łowienie agentów w szeregach ludzi Kościoła zaczynano bardzo wcześnie, bo już na etapie seminariów. Analizując działalność operacyjną MSW I MON (to z tej okazji powstało gro dokumentacji zwanej eufemistycznie teczkami) nie od rzeczy będzie zwrócić uwagę na niepozorny dokument zat. Węzłowe problemy bezpieczeństwa państwa z 1984 r. (stanowiący podstawę wystąpienia ówczesnego szefa Służby Bezpieczeństwa, gen. Władysława Ciastonia dla kierowniczej kadry MON). To dobry klucz do zrozumienia węzłowych problemów stawianych przez kierownictwo partii przed służbami specjalnymi obu resortów siłowych, w kluczowym dla dalszych losów realsocjalizmu, roku 1984.

– Twierdzisz, że to, co wedle kierownictwa partii było bezpieczeństwem państwa, stanowiło poważne niebezpieczeństwo dla jego obywateli.
Tak właśnie twierdzę. Analizując Węzłowe problemy… nietrudno dostrzec między wierszami prawdziwą metodologię postępowania partii i jej zbrojnych ramion – obu resortów siłowych w stosunku do społeczeństwa. A skoro tak, to trudno nie zauważyć, że dwa – być może najdramatyczniejsze wydarzenia lat 80. – atak na kopalnię Wujek oraz morderstwo ks. J. Popiełuszki nie były ani celowe, ani zamierzone. Były nieuniknione.

Było tak, jak na przełomie lat czterdziestych na pięćdziesiąte. Partia postanowiła przeciwnikom politycznym dać wyraźnie do zrozumienia, że jest gotowa bronić socjalizmu jak niepodległości i nie cofnie się przed niczym. W latach 80. służby specjalne obu resortów siłowych, podobnie jak ich poprzednicy w pierwszej dekadzie Peerelu (1944-1954) zadanie wykonały.
– W tym kontekście problemem lustracji są agenci, których w oparciu o materiały IPN nie można zidentyfikować.

A oni przecież istnieją i działają. Świadczą o tym liczne afery. Te, z udziałem W. Ałganowa, ale nie tylko, dowodzą jednego – metasowieckie służby specjalne, w ramach gier wywiadowczych, stawiają zasłony dymne. Poprzez dekonspirację niektórych swoich współpracowników (np. biznesmenów lub polityków, którzy zawiedli oczekiwania albo byli z góry przeznaczeni na spalenie) chronią najcenniejsze źródła osobowe, być może uplasowane także za granicą.

W atmosferze powszechnych łowów na drobnicę, naprawdę groźni agenci mogą się czuć jak ryby w wodzie. To jeden z poważnych problemów stojących przed lustracją. Na razie brak wystarczających informacji czy wybuch kampanii lustracyjnej jest elementem gry obcych wywiadów, spełnieniem zapotrzebowania politycznego na igrzyska albo rzeczywistym pragnieniem załatwienia zaszłości historycznych. Uważam, że historię Polski należy napisać od nowa.

– No to jak, wedle ciebie, zaczęła się historia Peerelu?
Na początku stworzył Stalin Wandę Wasilewską, Związek Patriotów Polskich (ZPP) i inną swołocz. Resztę dzieła stwarzania Peerelu generalissimus złożył na barki NKWD. I rzekli czekiści: Niech staną się służby specjalne. I stały się peerelowskie służby specjalne. Należało dokończyć dzieła Katynia, tak skutecznie zaczęte wiosną 1940 r. przez sowieckich nauczycieli.

– Himmler, oceniając niemieckie służby specjalne, powiedział o pracy gestapowców, że: Jest to zaszczytna karta naszej historii, która nie została napisana i nie będzie napisana.
Historia peerelowskich tajnych służb zapisana być musi.

– Wielu Polaków jest święcie przekonanych, że cała prawda o peerelowskich służbach specjalnych czai się w teczkach bezpieki. Wystarczy zlustrować kogo trzeba, ujawnić teczki…

Otóż nie cała prawda tkwi w teczkach. Z najważniejszymi akcjami Firmy jest tak: fałszywe teczki, a prawdziwe trupy. Naprawianie III RP z pomocą lustracji jest takim samym sposobem jak leczenie zapalenia gardła poprzez włożenie do ust kociego ogona. Kto nie wierzy, niech czyta dalej. Tylko poznanie duszy Firmy pozwoli zrozumieć duszę teczek. Dusze do teczek wprowadzali specjaliści Firmy? Co to za faceci? Na pierwszy rzut oka równi ludzie. Ale na drugi – w większości same sk…

– W tym miejscu zapytam, które służby stworzono wcześniej? Wojskowe czy bezpieczniackie?

Przypomina to trochę szukanie odpowiedzi na filozoficzne pytanie: co było pierwsze, kura czy jajko? Jeżeli w tajnych służbach za kurę uznać MBP/MSW, a za jajko GZI WP/WSW i Zarząd II WP (wraz z Agenturalnym Wywiadem Operacyjnym), to pierwsze było jajko. Z jajka wyrasta kura, która czasami potrafi pożreć jajko. Był krótki okres w Peerelu, że służby wojskowe podporządkowano bezpiece. To okres chaosu i miotania się nie tylko służb specjalnych. Miotano się na sygnał Moskwy.

Po śmierci Stalina do Warszawy nadano sygnał oznaczający rozpoczęcie zmian obejmujących cały obóz. Kreml przemeblowywał demoludy. Przemeblowywanie miało wzmocnić system, scementować Imperium Wewnętrzne, powiększyć Imperium Zewnętrzne. Na przemeblowaniu najgorzej wyszli Węgrzy. Najlepiej ppłk J. Światło, który wykonując zadanie łubiankowskich mocodawców znalazł się za oceanem, wykorzystując szansę do bezpiecznego urządzenia się (zob. Józef podpułkownik Światło, Exlibris, Warszawa 2003). Nieco gorzej powiodło się jego bezpośredniemu szefowi, A. Fejginowi, którego z dwoma innymi resortowcami, R. Romkowskim i J. Różańskim, posadzono na ławie oskarżonych. Wiązało się to ze zmianami w modelu Peerelu.

Stalinowski totalitaryzm zastąpiono totalitaryzmem socjalistycznym z elementami antysemickimi. Chyba nieprzypadkowo trójka oficerów, prymusów MBP, zasiadających na ławie oskarżonych wywodziła swój rodowód z 1 AWP. Poza tym była pochodzenia żydowskiego. Dawało to Moskwie dobrą sposobność, by, manipulując w Warszawie, kolejny raz zagrać z Polakami elementem antysemityzmu. Inteligentny Fejgin skwitował to ironicznym stwierdzeniem: parch pro toto.

– Rzućmy okiem na sprawy organizacyjne, związane z powstaniem służb specjalnych, które początkowo nazywały się “polskimi”, choć jak twierdzisz, od A do Z były enkawudowskimi.

Po szwindlach prowokacyjno-koncepcyjno-organizacyjno-decyzyjnych, związanych z zerwaniem przez Sowiety stosunków dyplomatycznych z rządem RP na emigracji, po utworzeniu ZPP i wydaniu przez Stalina rozkazu utworzenia 1 DP, zatroszczono się o aniołów stróży, pilnujących dusz współrodaków, gromadzonych w Polskich Siłach Zbrojnych w ZSRR, konkretnie w obozie sieleckim. Większość z tych ludzi miała podstawy, miała prawo, miała obowiązek myśleć źle o Sowietach i ich wodzu. Upoważniała ich do tego łagrowo-więzienna przeszłość. Z masy żołnierskiej należy wyłączyć konfraternię komunistów-stalinistów, elementy lizusowsko-olewackie oraz nielicznych zdrajców, których NKWD przekonało, że powinni służyć Stalinowi. Konfraternię cechowała przerażająca nadgorliwość w wykonywaniu poleceń suzerenów.

W niektórych wypadkach konfraternia szła w serwiliźmie znacznie dalej niż wymagano. Z tej grupki wybierano treserów do tresowania pozostałych. Enkawudyści wyszli z założenia, że treserzy z polskim rodowodem będą łatwiejsi do przełknięcia przez zniewalanych, niż treserzy sowieccy. W trakcie formowania zalążków przyszłej Peerel można zauważyć prawidłowość. Oto o ile we wszystkich poprzednich sprawach zachowywano daleko idące pozory, łącznie z polskimi mundurami, bliskopolskim orzełkiem, dopuszczeniem stosowania w PSZ w ZSRR praktyk religijnych to, w wypadku służb specjalnych, nazwanych Informacją Wojska Polskiego, od początku nie owijano niczego w bawełnę. Przyznano wprawdzie polską nazwę, ale cała reszta była czysto sowiecka.

Podobną metodologię pracy, włącznie ze zmianami strukturalnymi, widać w MBP/MSW. Trzeba jednak dodać, że bezpiece nigdy nie udało się osiągnąć takiego zinfiltrowania ‘‘podopiecznych”, jakie było udziałem Informacji WP. MBP miało trudniejsze zadanie: zajmowało się całym społeczeństwem, liczącym ponad dwadzieścia milionów osób. Informacja WP miała pod opieką niespełna pół miliona ludzi. Dyskusyjna jest sprawa brutalności, a nawet zbrodniczości obu służb. Chyba bardziej barbarzyńskie metody wypracowano i stosowano w GZI WP. Potwierdzają to relacje ofiar, które posiadły podwójne doświadczenia. Przeszły przez lochy bezpieki i Informacji WP.

Co by jednak nie powiedzieć o obu Firmach, była to czysta barbaria XX wieku, którą po 1956 r. usiłowano nieco oświecić. Cały jednak czas, intencją suzerenów jak i oligarchii rządzącej Peerelem było zintegrowanie wysiłków służb specjalnych obu resortów siłowych celem objęcia kontrolą 100 procent społeczeństwa.

Mimo zgromadzenia ponad 210 km akt (ok. 200 w MBP/MSW i ponad 10 w GZI WP/WSW), mimo złowienia około 2 milionów współpracowników, agentów, kapusiów-entuzjastów, zapodawczyków-ochotników itp., mimo stachanowskich wysiłków poszczególnych funków, sztuka się nie udała. Integrować służby wojskowo-bezpieczniackie usiłowali generałowie S. Radkiewicz, M. Moczar i Cz. Kiszczak. Radkiewicz z Żymierskim umyślili bezpieczniacko-informacyjne rozpracowywanie niepodległościowców. Jego ukoronowaniem była akcja “Wisła” i kilka, niestety skutecznych, wypraw na polskie podziemie niepodległościowe. To z tamtego czasu notuje się przyjaźń dwóch generałów, którzy odegrali w Firmach obu resortów siłowych znaczącą rolę. Jednym z nich był gen. Pożoga, który w latach 80. osiągnął godność I zastępcy ministra spraw wewnętrznych, drugim E. Buła, który dobił się fotela szefa WSW.

Moczar ze Spychalskim, a następnie z Jaruzelskim kombinowali, w jaki sposób, integrując wysiłki MSW i WSW, wciągnąć do własnej polityki kombatantów z byłych ugrupowań niepodległościowych. Kilka akcji, z których szczególnie parszywą było granie szczątkami i legendą marszałka E. Śmigłego-Rydza, nie zadowoliło obu ministrów, z których Jaruzelski okazał się sprytniejszym. Znalazło to odbicie w dalszej karierze generała. Najbliżej celu był Kiszczak. Ale i jemu zabrakło kilku lat do osiągnięcia sukcesu. Gry z “Solidarnością” lat osiemdziesiątych, prowadzone przy zaangażowaniu od 80 do 85 procent sił służb specjalnych obu resortów siłowych zmusiły służby do bliskiej współpracy. Kiszczak wzorowo spełniał rolę integratora. Jednak widoczne sympatie w kierunku służb wojskowych i dyletanctwo w dowodzeniu Firmą sprawiły, że w ministerstwie miał opozycję, zaś dwie najpoważniejsze służby: wywiadu i kontrwywiadu oraz bezpieczeństwa, zamiast współpracować, często rywalizowały ze sobą, zabiegając na własną rękę o względy najważniejszych oligarchów białodomowych.

– W miarę upływu czasu wprowadzono jednak zmiany…
Zmieniały się struktury służb specjalnych, podległości, kadry, ustrój nawet. Nie zmieniły się cele. Pamięć o Imperium trwa. Jest jak drugie nazwisko człowieka. Bo w służbach specjalnych tak już jest, że po wykonanej robocie, zarówno najważniejsi kadrowi pracownicy, jak i ich najcenniejsi agenci, u boku swych dekoracyjnych żon, udają się na zasłużony, choć nie wieczny odpoczynek. Następnie okazuje się, że dekoracyjne kobiety także są ze służb specjalnych. W dodatku mają dla swoich mężczyzn kolejne zadania. W ten sposób powstaje koło i wszystko zaczyna się toczyć od nowa. Afera goni aferę, np. w biznesie, bankach, parlamencie…
Romawiał: Andrzej Frukacz

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*