Tajemnice rakiety “Patriot”

                    


Jak już informowaliśmy ma przybyć do Warszawy delegacja Pentagonu wysokiego szczebla celem podjęcia rozmów w sprawie zainstalowania tarczy przeciw-rakietowej. Dobrze zorien- towany brytyjski dziennik “Financial Times” napisał ostatnio, że w ramach pomocy wojskowej dla Polski — jako jeden z ekwiwalentów umowy o zainstalowanie tarczy — otrzymamy kilka rakiet “PATRIOT”. Ta słynna rakieta defensywna jest nośnikiem — polskiej myśli technicznej. Oto bo-wiem jej współkonstruktorem i tym, który nadzorował poszczególne fazy jej budowy jest Polak, inżynier wykształcony w Ameryce, Zdzisław Julian Starostecki, notabene żołnierz gen. Andersa.

Życiorys pana Starosteckiego mógłby posłużyć za temat kilku scenariuszy. W wojnie wrześ- niowej bije się w szeregach armii gen. Kleberga, po czym trafia do niewoli niemieckiej. Próba przedarcia się na Węgry ma swój epilog w więzieniach NKWD. Na Kołymie czeka go praca łagiernika w kopalni złota, z której niewielu uszło z życiem. Los odmienia amnestia i wstąpienie do II Korpusu gen. Andersa. Pod Monte Cassino odznaczył się brawurową akcją (jako bohater dramatycznego natarcia na osławione Widmo), ale kampanię włoską opłacił poważnymi ranami. Do cywila trafił o kulach . . .

Później droga Starosteckiego wiedzie przez Anglię do St. Zjednoczonych. Tu zdobywa techniczne wykształcenie. Ale czy mógł przypuszczać, że odegra kluczową rolę w skonstruowaniu amerykańskiej “wunderwaffe?” A to przyniosło mu uznanie, odznaczenia, szacunek. Widziałem list z Białego Domu, w którym prezydent Clinton zraca się do Starosteckiego — Drogi Zdzisławie . . .

Rozmawiamy na werandzie hotelowej kafejki w Los Angeles, ocienionej wysokopiennymi palmami. Pan Starostecki z żoną Ireną, żołnierzem AK, znajduje się w drodze do Australii. Los Angeles jest tylko etapem podróży z Florydy, gdzie państwo Starosteccy osiedlili się na stałe.
HHH
— Kiedy w czasie wojny w Zatoce Perskiej “PATRIOTY” skutecznie strącały sowieckie rakiety balistyczne “SCUDY”, nikt nie podejrzewał, że ta amerykańska broń defensywna nosi potężny ładunek myśli technicznej . . . polskiego inżyniera. Bo to przecież pan był projektantem głowicy “PATRIOT”, której rysunki, część rysunków, wykradł peerelowski wywiad, ale o to zapytam może później. Godzi się przypomnieć, że pan również nadzorował proces powstawania rakiety . . .

. . . może uściślę: w głowicy znajduje się wiele elementów, do których to rozwiązań przyczynili się także inżynierowie z mojej ekipy. Ja mogę się przyznać do autorstwa głowicy w jakichś 75-80 procentach. Moją koncepcją był między innymi żyroskop oraz koder i dekoder.
— Ile specjalistów liczy kie-rowany przez pana zespół?
To się zmieniało w zależności od postępów w pracach konstrukcyjnych. Początkowo było to czterdzieści osób, lecz nigdy poniżej dwudziestu pięciu.
— Gdzie został opraco- wany projekt głowicy, ów naj-ważniejszy element rakiety?
W dziale rozwoju i wdrożeń Centrum Badań US Army w New Jersey.
— Ile czasu wymagała praca nad projektem i skonstruowaniem głowicy?
Blisko sześć lat. Zostałem przydzielony do tego projektu w 1982 roku. Z tym, że praca nad rakietą “PATRIOT” to okres ponad ośmiu lat. Pełną zdolność bojową rakieta osiągnęła jakoś pod koniec 1989 roku.
— Obsługa wyrzutni “PATRIOT” zapewne wymaga szczególnych kwalifikacji.
Oczywiście, mamy prze-cież do czynienia z wysoko zaawansowaną techniką. Ob-sługujący wyrzutnię muszą odpowiednio operować radarem, umieć zidentyfikować nadlatującą rakietę balistyczną et cetera. Szkolenie trwa około sześć miesięcy.
— Jak liczna jest załoga jednego stanowiska?
To dwadzieścia cztery osoby. Jedno stanowisko ma cztery rakiety, oczywiście wystrzeliwane oddzielnie — z ruchomej podstawy.
— Skuteczność rakiet “PATRIOT” w dniach wojny w Zatoce Perskiej — jak mówiono i pisano — uratowała Izrael przed zaatakowaniem “SCUDAMI” przez Irakij-czyków.
Rzeczywiście, istniały takie domniemania. Izraelczycy byli ciągle jeszcze w trakcie konstruowania własnej rakiety. Niektóre elementy do niej, nie objęte embargiem, kupowali w Stanach. Chcieli się też od nas dowiedzieć o niektórych rozwiązaniach technicznych. Co pewien czas z Izraela przyjeżdżały grupy inżynierów – specjalistów.
Jakoś w połowie lat osiem-dziesiątych zetknąłem się z taką izraelską ekipą w Orlando na Florydzie. Było w niej dwunastu inżynierów — prócz jednego wszyscy mówili po polsku Zapraszali mnie do drogich restauracji i w trakcie obiadu dopytywali się o wiele rzeczy. A to jakich metali używamy, jaki zastosujemy napęd i temu podobne. Uciekałem od tematu, rozprawiając na przykład o pogodzie na Florydzie i w Izraelu.
— Czy wobec postępów techniki “PATRIOT” może za jakiś czas przejść do lamusa?
Bynajmniej! Pozostanie dłu- go na wyposażeniu armii USA. Znalazł się również na wyposażeniu sił zbrojnych szeregu krajów jak Korea Południowa, Tajwan, Japonia, Nowa Zelandia. Co więcej “PATRIOT” pozostaje podstawo-wym modelem — jako prototyp — ulepszanych wariantów systemów defensywnych do zwalczania rakiet balistycznych. Może więc powstać jakiś model “PATRIOTA-bis.”
— Co może zostać ulepszone w nowych modelach “PATRIOTA”?
Przede wszystkim głowica, prawdopodobnie koder i dekoder, może urządzenie radarowe.
— Czy w okresie, kiedy pan pracował nad głowicą “PATRIOTA” i jej ostate-czny model był już gotowy, dochodziło do kolejnych ulepszeń, czy też spoczęto na laurach?
Rzeczywistość narzuciła ko-nieczność ulepszenia głowicy. Głowica naszej antyrakiety działa przez eksplozję. Oto na jej powierzchni umieszczone zostały szrapnele — w liczbie tysiąca dwustu — o wymia-rach pięć na pięć milimetrów. Po odpowiednim zbliżeniu do rakiety nadlatującej głowica “PATRIOTA”, rozrywając się, raziła ją szrapnelami. Gdy wywiad doniósł nam o tytanowej osłonie sowieckich rakiet balistycznych, zwięk- szyliśmy potencjał, wyposaża-jąc głowicę w osiemset pięćdziesiąt szrapneli o więk-szych wymiarach i w dwu warstwach.
— Czy tak uzbrojona gło-wica była w stanie przebijać tytanową osłonę sowieckich “SCUDAW?”
Jak najbardziej. W tym projekcie zdążyłem partycypować mniej więcej do półmetka. W jeszcze unowocześnionym obecnie wariancie, wyeliminowano materiał eksplozyjny umieszczony na głowicy — owe szrapnele. System naprowadzający polega teraz na zastosowaniu inercyjnego wariantu uderzeniowego. Głowica mając przy tym grubą powłokę trafia bezpośrednio w rakietę balistyczną i przebija jej uzbrojenie z tytanu.
— Ciekawe, ile kosztuje taka rakieta?
Nie orientuję się zbyt dokładnie. W latach, kiedy uczestniczyłem w jej produkcji, a więc w latach osiemdziesią-tych, było to ponad milion dolarów. Późniejsza ulepszona wersja to pewnie koszt jakichś pięciu, sześciu milionów. A tej najnowocześniejszej być może nawet dwadzieścia milionów.
— Był pan konstruktorem tajnych urządzeń, absolwentem amerykańskiej ucz-elni, obywatelem USA, ale przecież człowiekiem uro-dzonym w Polsce. Okazało się, że polskie pochodzenie nie przeszkodziło, by został pan dopuszczony do ścisłych tajemnic wojskowych.
To fakt. Miałem status o najwyższym stopniu zaufania.
— Czy pana telefon mógł być na podsłuchu, a korespondencja sprawdzana?
Bardzo wątpię.
— Był taki okres, kiedy znalazł się pan w opałach. Oto rysunki konstrukcyjne rakiety “PATRIOT” z pana podpisem wykradł wywiad PRL.
Rzeczywiście. Dlatego pew- nego dnia w moim biurze w Centrum Badań US Army pojawiło się dwóch agentów FBI, przybyłych z Waszyng-tonu. Poprosili o rozmowę w obecności szefa ochrony technicznej placówki, pułkownika Millera. W trakcie spotkania okazało się, że zostały wykradzione rysunki głowicy sygnowane przeze mnie. Sie-demnaście rysunków! Stało się to w Północnej Kalifornii w Palo Alto, leżącym niedaleko San Francisco, dokąd nasze Centrum wysyłało rysunki, bo właśnie w jednej z tamtejszych firm powstawał kompleksowy model “PATRIOTA”.
— Czy chodziło o głośny wyczyn agenta wywiadu PRL, Mariana Zacharskiego?
Początkowo część tutejszych mediów wskazywała właśnie na niego. Tymczasem okazało się, że rysunki wykradł inny peerelowski agent, podpułkownik Zdzisław P. Operuję inicjałem, gdyż nie wiem czy w Sta-nach go osądzono i wydano wyrok. Zacharski działający w Południowej Kalifornii, wszedł w posiadanie danych dotyczących rakiety balistycznej “MINUTEMAN” i jakichś innych systemów. Nie orientuję się czy podpułkownik P. podlegał mu służbowo.
— Jak doszło do wykradzenia pana rysunków?
Trzeba zacząć od tego, że ów podpułkownik, przybywszy z Warszawy założył w Palo Alto niewielką firmę elektroniczną. Niczego nie wytwarzała, była tylko przykrywką. Wkrótce wynajął mieszkanie w domu, w którym rezydował główny inżynier firmy wykonującej prototyp głowicy. Z czasem podobno zawiązał się romans podpułkownika P. z żoną inżyniera, Ruth. Zaczęło się od gry w tenisa i wspólnych obiadów w restauracjach. Te podchody trwały dosyć długo, ale taktyka zacieśniania kontaktu zaczęła przynosić owoce. Najwidoczniej pod pretekstem zawodowej ciekawości — w końcu P. udawał elektronika — podpułkownik poprosił ją o pokazanie mu kilku rysunków. Może ową prośbę sformuował inaczej, lecz sens był właśnie taki.
— Jak zareagowała żona inżyniera?
Udało się jej wynieść kilka rysunków, lecz miała oświadczyć, iż dostarczenie kolejnych będzie trudne, bo nie ma oficjalnego wejścia, jakiejś przepustki, do stosownych pomieszczeń. Wte-dy podpułkownik P. miał zasugerować, by poprosiła męża o załatwienie jej tam dorywczej pracy. Tak się też stało. Ach ci naiwni Amerykanie — chciałoby się rzec. Pani Ruth zaaranżowała usługę w ten sposób, że pod pretekstem jakichś prac biurowych, tego czy innego wieczora, zostawała w pomieszczeniu sama. Wte-dy zabierała rysunki, które kochanek podpułkownik P. w nocy kopiował, po czym wcześnie rano je odwoziła.
— Nie zdawała sobie sprawy, że to materiały ściśle tajne?
Można mieć pewność, że była tego świadoma. Zadurzenie w panu P. wzięło górę nad rozsądkiem.
— FBI nie wykryło tej kreciej roboty?
Nie. Wtedy jeszcze nie.
— To właśnie te wykradzione rysunki miały pana podpis?
Tak. I szybko znalazły się w Warszawie, a podobno także w Moskwie – na biurku samego Andropowa, szefa KGB. Początkowo peerelowskie służby specjalne nie wierzyły w autentyczność zdobyczy – wietrzono podstęp ze strony amerykańskiego wywiadu. Ostatecznie stwierdzono, że wykradziony materiał jest kopią oryginału. Ale stało się coś, co otworzyło zaskakujący rozdział w tej szpiegowskiej aferze. Otóż specjaliści z wy- wiadu PRL, którzy w Warsza-wie analizowali przekazany przez pułkownika P. materiał, nie podejrzewali, iż jeden z ich grona pracował dla Amerykanów… I to on przeka-zał im wiadomość o wykradzeniu rysunków głowicy “Patriota”.
— Czy rysunki dotyczyły projektu całej głowicy?
Tylko niektórych elementów. Nie było wśród nich na przykład schematu systemu prowadzenia ani żyroskopu. Niemniej, Rosjanie mogli to i owo wykorzystać.
— Domyślam się, że FBI ponownie nawiązało z panem kontakt.
Tak. Przedstawiono mi około dwadzieścia zdjęć, na których oglądałem charakterystyczne scenki. Ludzi w różnych sytuacjach i miejscach: przy samochodzie, przy pniu drzewa (jak się okazało – w lesie pod Waszyngtonem) i w innych nie rzucających się w oczy sce-nach. Na niektórych fotografiach widoczne były twarze o czytelnym napięciu. Niestety, nie rozpoznałem nikogo. Jak się łatwo domyślić, mężczyźni byli agentami peerelowskiego wywiadu, przekazującymi w umówionych miejscach – skrytkach między innymi kopie rysunków z moim podpisem.
— Czy w tym czasie podpułkownik P. nadal przebywał w Stanach?
Ależ nie! Ostrzeżony w porę, odleciał do Polski. Natomiast, jak pan może wie, Marian Zacharski został osądzony i skazany na karę śmierci. Później karę zamieniono na karę więzienia. W jakiś czas potem wymieniono go w Berlinie za Powersa, pilota samolotu szpiegowskiego U2, zestrzelonego nad Związkiem Radzieckim. Jak pan widzi, życie wplątało mnie w zdarzenia jakby pokrewne akcjom filmów z Bondem – konkluduje z cier-pkim uśmieszkiem inżynier Starostecki.

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*