Szeryf w siodle…

– W Houston powiedział pan dziennikarzom, że komunizm zniszyczył panu serce, to dobry czas, aby Ameryka je naprawiła… Kolejne z pańskich powiedzeń, jakie wejdzie do historii?
Co tu nie jest prawdą? Amerykanie, jak ich poznałem, bardzo lubią takie zwięzłe riposty. Zapytali, to opowiedziałem. Widać, że już samo żyje swoim życiem…

– Jest pan zadowolony z dobiegającego końca pobytu Methodist DeBakey Heart Center i samym Houston?
Też pytanie… Jestem ogromnie zadowolony. Tu już nawet nie chodzi o sam poziom fachowy tego, co zrobili z moim sercem w ośrodku DeBakeya, bo to jest placówka szczytowa w świecie, ale o wspaniałą atmosferę. Wszyscy uśmiechnięci, pozytywni, nastawieni na współpracę, rozumiejący się w pół słowa. No i międzynarodowy zespół pracujący, jak najlepszy szwajcarski zegarek. Amerykanie, Meksykanie, Niemcy, Polacy… Nie mam słów uznania. Dziękuję im wszystkim z głębi mego steranego, a teraz naprawionego serca.

– W Polsce pojawiły się jakieś dąsy, że powinien się pan poddać zabiegowi w kraju, u naszych specjalistów. Nie uważa ich pan?
A kto tak mówi?! W Polsce są fajni specjaliści, świetnie przygotowani, mają talent. Tylko, że ja docelowo nie mierzyłem w to, aby założyć sobie rozrusznik, a brałem pod uwagę rozwiązanie ekstremalne – wymianę serca. I gdzie ja miałem szukać rozwiązania, kiedy polska transplantologia, po szaleństwach aresztowych poprzedniej ekipy, spadła niemal do zera? Nawiązałem kontakt z Houston i on był utrzymywany pod kątem transplantacji. Kiedy dwa tygodnie temu przyleciałem do Stanów z kolejnymi wykładami, po paru dniach dostałem bólu w klatce piersiowej. Zadzwoniłem do nich, a oni: „panie prezydencie, niech pan się zaraz u nas melduje, bo to jest życie, a nie ruska ruletka…”. Poleciałem, no i okazało się, że nie ma żartów, tylko… schody. Dalej już wiadomo.

– W klinice spotkał pan legendarnego dobiegającego 100 lat profesora Michaela DeBakeya, króla światowej kardiochirurgii i twórcę tej placówki. W 1996 roku „New York Times” napisał, że zmienił on bieg historii świata, bo uratował życie Borysowi Jelcynowi, a on sam nazwał profesora „Czarodziejem Serca”. Jest pan pod wrażeniem spotkania z DeBakeyem?
Ogromnym. Profesor DeBakey to po prostu gigant, legenda i jeden z największych ludzie w medycynie wszech czasów. Podczas naszej rozmowy byłem pod ogromnym wrażeniem nie tylko dlatego, że to sława, ale że także człowiek bardzo otwarty, pogodny, życzliwy i… dowcipny. Takich spotkań nie zapomina się do końca życia.
Teraz, co do Jelcyna… Prawdę pisali. Gdyby Jelcyn wtedy odszedł, nie wiadomo, co by się stało w Rosji. Mogłaby dojść do władzy jakaś opcja siłowa, awanturnicza i wywołać katastrofę światową. Profesor z Houston stanął na czele zespołu amerykańsko-rosyjskiego i pokierował w Moskwie operacją założenia Jelcynowi „pięciokrotnego” bypassu, co przywróciło go nie tylko do życia, ale normalnego funkcjonowania na czele państwa.

– Powszechnie mówi się, że w tym roku Michael DeBakey zapewne otrzyma Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny…
Absolutnie mu się to należy! To, co zrobił, jest niesłychane. Choćby sama metoda bypassu, którą wprowadził. Ilu ludziom życie uratowała. No i te kilka tysięcy przeszczepionych serc oraz upowszechnienie transplantacji serca, jako metody powszechnej, a nie jakiejś czarodziejskiej. Będę czekał ogłaszania Nobli i postaram się być pierwszym, który złoży życzenia.

– W Houston jest też inna postać ważna dla pana terapii. Profesor Zbigniew Wojciechowski, znakomitość w anestezjologii. To on czuwał nad pana znieczulaniem podczas obu zabiegów. Mówi się, że to wręcz dzięki niemu trafił pan do Houston…

– Niech pan jeszcze doda, że to jest Konsul Honorowy Rzeczypospolitej Polskiej w Houston, który swej ojczyźnie dobrze służy. Uważam go za swego przyjaciela. Za wszystko co zrobił pięknie dziękuję.

– W Houston doszło do pańskiego spotkania z kolegą z dawnych czasów, z Georgem Bushem seniorem… Pojechał pan na nie nazajutrz po zabiegu instalacji stentu rozszerzającego jedną z najważniejszych arterii serca.
Wałęsa dotrzymuje terminów… Spotkanie było wcześniej umówione. Miałem się stawić na nie z rozrusznikiem pod łopatką. Że się pokomplikowało i miałem stent, to nie była jego wina.

– Prezydent czekał na prezydenta nie sam…
Byli jeszcze panowie James Baker, sekretarz stanu w ekipie Busha, i sekretarz d/s handlu Robert Mosbacher. Obaj bardzo zaangażowani w rozgrywanie spraw demokracji w Polsce i odsunięcia poprzedniego reżimu.

– Można wiedzieć, o czym rozmawialiście?
O starych czasach, ale i tych najnowszych. O sytuacji w Polsce, o braciach-bliźniakach, Donaldzie Tusku, stosunkach polsko-amerykańskich. Zadziwili mnie świetną orientacją w polskiej sytuacji. Pytali nawet o Wojciecha Jaruzelskiego i jego zdrowie, bo dotarły do nich informacje o jego leczeniu szpitalnym.

– Nie przesłyszałem się?
Z czym niby? Jaruzelski był ich i moim przeciwnikiem. Został pokonany, uznał to i usunął się. Takie rzeczy Amerykanie umieją docenić. Czy oni się mieli cieszyć, że jest w szpitalu poważnie chory? Nie żartujmy… Jaruzelski to postać tragiczna. Członek nieszczęśliwego pokolenia. Urodził się, jak się urodził…
W innym czasie może mógłby zostać polskim bohaterem, ale daty urodzenia nikt sobie nie wybiera. Nasze losy splotły się tak, jak wiadomo. On przegrał, ja wygrałam, ale nigdy go nie poniżyłem. Po leżących na polu walki się nie skacze. To nie jest z naszej cywilizacji chrześcijańskiej.

– Zaprosił pan swoich rozmówców do Gdańska na grudzień i 25-lecie pańskiego Nobla…
Tak jest. Bez amerykańskich przyjaciół Polski, tej nagrody by nie było. Wielu uważa, że z kolei bez niej nie byłoby też przetrwania Solidarności. Rocznica jest okazją do podziękowania wszystkim, którzy pomogli w naszym zwycięstwie.

– W Houston był pan także na… rodeo i otrzymał tytuł Honorowego Kowboja Teksasu.
Tak. Zaprosiło mnie kierownictwo tego wspaniałego widowiska, wiedząc, że jestem w ich mieście. Myśleli, że z powodów zdrowotnych odmówię, ale powiedziałem, że bez zobaczenia tego, co jest sednem Teksasu, nie można go naprawdę poznać. Przyznaję, siedziałem, jak na filmie. Nieazpomniane wrażenie. Kiedy otrzymywałem tytuł Honorowego Kowboja, a 40-tysięczny tłum wiwatował i wydawał kowbojskie okrzyki, czułem się jak mało kiedy w życiu. Dostałem specjalny medal pamiątkowy i prawdziwą teksaską, kowbojską klamrę do pasa.

– Zamierza pan ją nosić?
Oczywiście.

– Czuje się już pan teksańczykiem?
Najważniejsze, żeby oni mnie uważali za takiego…
– Miał pan po zabiegu wracać do Polski, ale rusza pan do… Meksyku. Po co?
W Meksyku miała się kończyć moja trasa wykładowa. Została przerwana w wiadomymi okolicznościami, ale teraz, jak serce mam podreperowane, jadę dokończyć, co obiecałem.

– Jak prawdziwy szeryf?
Nawet mi się podoba to porównanie… [śmiech]

– Czyli szeryf Wałęsa wciąż w siodle?
Tak jest. W Teksasie zreperowali mi serce i niech się teraz wrogowie boją.

– Którzy?
Już oni dobrze wiedzą…

– W tę niedzielę przybywa do Ameryki ze swoją pierwszą wizytą Donald Tusk. Czy mu pan coś doradzał, jako było nie było weteran stosunków polsko-amerykańskich?
Bardzo się cieszę, że dochodzi do tej wizyty. Rada, jaką mu dałem, jest jedna: Słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać… Wszystko analizować. Mniej mówić. Nie śpieszyć się z deklaracjami.
Polska jest dziś w zupełnie innej sytuacji, niż wtedy, kiedy ja leciałem do Ameryki z pierwszą wizytą prezydencką. Mamy dziś zdecydowanie więcej atutów w grze i wierzę, że Donald Tusk potrafi je rozegrać. Tego mu szczerze życzę!

– Wypada zakończyć życzeniami zdrowia…
Dziękuję bardzo. Sam zaś chcę podziękować wszystkim, którzy o mnie w trudnych chwilach w Houston pamiętali. Przede wszystkim wspaniałej Polonii amerykańskiej, która dodawała mi ducha, a czego wzruszającym dowodem był fakt, że zaraz po pierwszym zabiegu i wybudzeniu, zadzwonił do mnie prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej Frank Spula z życzeniami rychłego powrotu do zdrowia i tradycyjnym „Sto lat!”. Postaram się to życzenie zrealizować…

Rozmawiał:
Waldemar Piasecki, Houston

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*