Świat stanął w miejscu. 30 lat od katastrofy Challengera

Jim Pawelczyk obecnie fot.Penn State University

Jim Pawelczyk obecnie fot.Penn State University

Naukowiec i astronauta prof. James Pawelczyk w 1986 roku, kiedy doszło do katastrofy Challengera, był studentem. Tragedia nie powstrzymała go od przyjęcia propozycji wylotu w Kosmos, gdzie w 1998 r. spędził 381 godzin.

Andrzej Kazimierczak: Katastrofa promu kosmicznego Challenger to jedno z takich wydarzeń, które się pamięta przez całe życie. Z dużą dokładnością przywołuje się okoliczności, jakie towarzyszyły temu wydarzeniu. Gdzie Pana zastała ta tragedia?

Prof. James Pawelczyk: Kończyłem wtedy studia doktoranckie na University of North Texas. W owej chwili siedziałem w sali wykładowej i słuchałem odczytu, nie zdając sobie sprawy, że nad Florydą giną nasi najlepsi astronauci.

Jaka Pana zareagował na wiadomość o tragicznej śmierci siedmiorga amerykańskich astronautów?

– To była jedna z takich chwil w życiu, kiedy świat się zatrzymał. Chyba niemal każdy wtedy stanął w miejscu, by dokładnie zdać sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Przedstawiciele uczelni odbyli wtedy ze studentami krótki briefing na temat tego, co się wydarzyło, a ja, podobnie jak wielu moich rówieśników, zatrzymałem się na chwilę refleksji nad tym, co badania Kosmosu znaczą dla naszego kraju i dla nas Amerykanów. Refleksji nad tym, jak wielkich poświęceń wymagają loty na orbitę okołoziemską i prowadzenie tam tak bardzo potrzebnych nam wszystkim badań.

Czy nie nasunęła się Panu wtedy myśl, że Stany Zjednoczone powinny całkowicie zaniechać latania w Kosmos?

– Nie, absolutnie nie. Tragedia Challengera boleśnie nam przypomniała, że wprawdzie loty w Kosmos odbywają się regularnie, to wciąż są obciążone ogromnym ryzykiem i przypuszczalnie nigdy nie staną się rutyną. Dała nam jeszcze raz do zrozumienia, że badania Kosmosu odbywają się w nieprzyjaznym człowiekowi środowisku, a co się z tym wiąże – są niezwykle niebezpieczne. Wypadki zdarzają się we wszystkich dziedzinach życia, więc dlaczego miałoby ich nie być w kosmonautyce. Trzeba się z nimi liczyć, ale jednocześnie robić wszystko, by możliwie jak najskuteczniej im zapobiegać. Wizją ludzkości są badania przestrzeni poza naszą planetą i nie wolno ich zaprzestać bez względu na to, jaką cenę musimy za to zapłacić. Musimy eksplorować Kosmos dla dobra przyszłych pokoleń.

Czy jako społeczeństwo wyciągnęliśmy wnioski z tragedii Challengera?

– Z całą pewnością wyciągnęliśmy bardzo praktyczne wnioski. Świat nauki przekonał się, że wahadłowców nie można traktować jak samoloty. Nauczyliśmy się, że wobec astronautów trzeba podejmować znacznie bardziej rygorystyczne środki bezpieczeństwa niż wobec pilotów czy załóg zwykłych samolotów. Po tym wydarzeniu nastąpiła ogromna zmiana w procedurach przygotowań do lotu, prowadzenia startu i samego lotu. Z drugiej strony jako społeczeństwo uświadomiliśmy sobie, że rzeczywiście mamy wielkie cele i duże aspiracje, które chcemy i potrafimy realizować, choć wiąże się to często z wielkimi ofiarami. Start na Przylądku Canaveral obserwowały miliony uczniów i nauczycieli, bo po raz pierwszy miała polecieć w Kosmos nauczycielka Christina McAuliffe. Wcześniej obserwowali podczas przygotowań ich współpracę, która mogła być wzorem dla wszystkich.

(…) badania kosmosu odbywają się w nieprzyjaznym człowiekowi środowisku, a co się z tym wiąże – są niezwykle niebezpieczne. Wypadki zdarzają się we wszystkich dziedzinach życia, więc dlaczego miałoby ich nie być w kosmonautyce. Trzeba się z nimi liczyć, ale jednocześnie robić wszystko, by możliwie jak najskuteczniej im zapobiegać

Ekipa Challengera. Z prozdu, od lewej: Michael J. Smith, Dick Scobee, Ronald McNair; z tyłu - od lewej: Ellison Onizuka, Christa McAuliffe, Gregory Jarvis, Judith Resnik fot.arch. NASA/Wikipedia Do katastrofy promu kosmicznego Challenger doszło 28 stycznia 1986 r. nad stanem Floryda. Na skutek uszkodzenia pierścienia uszczelniającego w prawym silniku rakiety dodatkowej wahadłowiec rozpadł się w 73. sekundzie lotu. W katastrofie zginęła cała 7-osobowa załoga. Katastrofa spowodowała 32-miesięczną przerwę w programie lotów wahadłowców.

Ekipa Challengera. Z prozdu, od lewej: Michael J. Smith, Dick Scobee, Ronald McNair; z tyłu – od lewej: Ellison Onizuka, Christa McAuliffe, Gregory Jarvis, Judith Resnik fot.arch. NASA/Wikipedia

Do katastrofy promu kosmicznego Challenger doszło 28 stycznia 1986 r. nad stanem Floryda. Na skutek uszkodzenia pierścienia uszczelniającego w prawym silniku rakiety dodatkowej wahadłowiec rozpadł się w 73. sekundzie lotu. W katastrofie zginęła cała 7-osobowa załoga. Katastrofa spowodowała 32-miesięczną przerwę w programie lotów wahadłowców.

Obecność nauczycielki na pokładzie wahadłowca była symbolem przyszłości badań Kosmosu?

– McAuliffe była pierwszą zwykłą obywatelką, która miała się znaleźć na orbicie okołoziemskiej. Jednak katastrofa wahadłowca spowodowała, iż NASA zrezygnowała z programu wysyłania „zwykłych” ludzi w Kosmos. W skład załóg wahadłowców znów wchodzili wyłącznie profesjonalni astronauci. Musiało minąć trochę czasu, by NASA zdecydowała o wysłaniu w Kosmos specjalistów z różnych dziedzin, którzy mieli uzupełniać pracę astronautów. W ten sposób ja zostałem wyznaczony do wykonania zadania towarzyszenia ładunkowi, który został przewieziony na orbitę i wykonania eksperymentów z nim związanych. Po tamtej tragedii trening stał się z pewnością intensywniejszy, a w misjach uczestniczą specjaliści, którzy mają określone zadania do wykonania.

Czy pamięć o tragedii nie była powodem Pana wahań przed przyjęciem propozycji udziału w misji STS-90 Neurolab na pokładzie wahadłowca Columbia?

– Gdybyśmy żyli owładnięci naszymi lękami, to pewnie nigdy nie wstalibyśmy z łóżka. A przecież za każdym razem, gdy wsiadamy do samochodu czy zwyczajnie przechodzimy przez ulicę wystawiamy nasze życie na niebezpieczeństwo. Nad przyjęciem propozycji udziału w misji STS-90 nie wahałem się ani chwili. Tej wyjątkowej w moim życiu propozycji nie mogłem odrzucić.

Czy w procesie przygotowań uświadamiano Panu i załodze niebezpieczeństwa, które mogą czyhać podczas lotu?

– Oczywiście. Przerabialiśmy wszelkie możliwe scenariusze, według których wydarzenia mogłyby się potoczyć. Byliśmy przygotowywani na każdą możliwą ewentualność. Wiedzieliśmy, że zawsze może wydarzyć się coś nieoczekiwanego, a naszym najważniejszym zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim członkom załogi. Często jestem pytany, czy bałem się wylecieć w Kosmos. Chyba nie nazwałbym tego strachem. Było to pewne podenerwowanie czekającą mnie przygodą, ale jednocześnie świadomość, że jestem pod każdym względem dobrze przygotowany do wypełniania nowych obowiązków astronauty i wykonania zadań, z których większość trzeba wykonać w stanie nieważkości.

Czy misja SMS-90 Neurolab okazała się pomocna w Pana karierze zawodowej?

– Myślałem sobie kiedyś, że gdy po zakończeniu misji wrócę na swoją uczelnię, to ludzie będą zainteresowani mną i tym, co robiłem może przez kilka tygodni i szybko wrócę do swoich codziennych zajęć. Tymczasem dzisiaj po 17 latach wciąż rozmawiam z Panem o tamtym locie z 1998 r., podczas którego spędziłem 381 godzin, czyli 16 wspaniałych dni, na orbicie okołoziemskiej. Zajmowałem się wtedy głównie eksperymentami dotyczącymi wpływu mikrograwitacji na ludzki mózg i układ nerwowy.

Po powrocie na Ziemię Pana życie zawodowe uległo zmianie…

– I to ogromnej. Większości swoich badań zacząłem poświęcać kwestiom wpływu stanu nieważkości na ludzki organizm. Od dawna wiemy, że przebywanie na orbicie wpływa na utratę masy kostnej i mięśniowej. Człowiek doświadcza utraty kości i mięśni także na Ziemi, ale w stanie nieważkości proces tren przebiega 10 do 15 razy szybciej. Obserwacja, jak ludzkie ciało adaptuje się do warunków nieważkości oraz terapia po powrocie na Ziemię i wszelkie eksperymenty z tym związane są niezwykle pasjonujące i stanowią lwią część moich „ziemskich” badań.

Jak po powrocie zmieniło się Pana spojrzenie na naszą planetę i nasze ziemskie problemy?

– Wydaje mi się, że każdy astronauta, choć może w innym języku, powie to samo co ja. Jeśli masz okazję spojrzeć na ludzkość z góry, to stajesz się lepszym strażnikiem Ziemi i naszej cywilizacji.

Co astronauta robi, gdy nie przebywa w Kosmosie?

– W moim przypadku są to badania naukowe, które prowadzę, często na zlecenie NASA. Badania te w dużej części – pośrednio lub bezpośrednio – są związane z Kosmosem. Jako astronauta swoim doświadczeniem i wiedzą w razie potrzeby wspieram misje kosmiczne, obecne i te, które się odbędą w przyszłości.

Czy także te, które będą się zajmowały poszukiwaniem pozaziemskiego życia?

– Te również. Osobiście uważam, że nie ma kwestii, czy istnieje życie poza naszą planetą, tylko kiedy zostanie odkryte. Pragnąłbym, by ofiara ludzkiego życia sprzed 30 laty nie poszła na marne i była choć małym kroczkiem na drodze do odnalezienia innego życia, tego jeszcze nam nieznanego, gdzieś w dalekiej przestrzeni kosmicznej.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Kazimierczak

a.kazimierczak@zwiazkowy.com

Jim Pawelczyk fot.arch. NASA

Jim Pawelczyk fot.arch. NASA

James Pawelczyk urodził się w Buffalo w stanie Nowy Jork. W 1985 r. ukończył studia w dziedzinie fizjologii na Stanowym Uniwersytecie Pensylwanii, a następnie uzyskał stopień doktora biologii na Uniwersytecie Północnego Teksasu. Od tego czasu zajmuje się pracą naukową i akademicką, uczestnicząc w eksperymentach prowadzonych przez agencję kosmiczną NASA.

W 1998 r. jako pierwszy astronauta amerykański polskiego pochodzenia odbył 16-dniowy lot kosmiczny na pokładzie promu kosmicznego Columbia w charakterze specjalisty ładunku misji STS-90Neurolab. Podczas misji przeprowadzał eksperymenty dotyczące wpływu mikrograwitacji na ludzki mózg i układ nerwowy. Na wyprawę zabrał polską flagę, którą następnie przekazał na ręce prezydenta RP podczas swojej wizyty w Polsce.

 

Categories: Historia, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*