Rozmowa z Leokadią Komaiszko

– Mam kilka ojczyzn, a najważniejszą z nich jest polskość.

 

Pani Leokadio! Gratuluję talentu i niestrudzonej działalności w promowaniu polskości na świecie. Jest pani ambasadorem polskości. Robi pani więcej niż dziesięć polskich ambasad łącznie. To niebywałe. I ciągle wraca pani na Litwę i do Polski, niczym wędrowny ptak.

 

– Ach, superlatywy, dziękuję za nie, dodają przyjemnej energii, chce się tworzyć dalej. Efektywniej.

 

Polska i Litwa czy Litwa i Polska – to są kraje, które mnie ukształtowały i choć w Polsce nigdy nie mieszkałam na stałe, serce moje należy do obu tych krajów. Nie, poprawię się, to już niezupełnie tak, ponieważ obecnie dołącza się i kraj trzeci, a stała się nim Belgia, która szlifowała moją dorosłość, w którą wrosłam.

 

Jest pani poetką, dziennikarką, literatem i fotografikiem. Pochodzi pani z Wileńszczyzny. Proszę powiedzieć kilka słów o sobie, o swojej rodzinie.

 

– Wychowałam się w tradycyjnej rodzinie kresowej, w której jedną z nadrzędnych wartości było przekazywanie z generacji do generacji miłości i szacunku do polskiego języka i kultury, do Polski. Mieszkając na Wileńszczyźnie, niby tak blisko od Macierzy a jednak bardzo daleko z powodu zamkniętej granicy, o Polsce marzyliśmy i śniliśmy Polskę i Ją idealizowaliśmy niby ikonę Ostrobramską.

 

Tatuś wieczorami rozrzewniał się opowiadając o Polsce i czytywał nam, trójce dzieci, wiersze po polsku, a wszystko było takie emocjonalne, wzruszające, kochane.

 

Pamiętam listy od cioci Haliny z Gorzowa Wielkopolskiego na Ziemiach Odzyskanych, bywały one w naszym domu jak relikwia, przynosił je listonosz dwa razy do roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Do odpowiedzi ojciec siadywał w niedzielę po kościele i cała rodzina uczestniczyła w tych niezwykle uroczystych dla nas chwilach. Potem rytuał ów tatuś przekazał mnie, kaligrafowałam więc słowo po słowie pod surowe dyktando taty i, broń Boże, nie wolno mi było wejść na margines czy coś przekreślić!

 

Jak wyglądała pani edukacja na Litwie?

 

– Byłam chłonna nauk jak nie wiem. Myślę, że to chyba cecha dziedziczna, po tacie. Ojciec pokazał mi wcześnie pierwsze litery i nauczył czytać; w pierwszej klasie podstawówki właściwie nie miałam co robić, będąc zaawansowana bardziej niż pozostałe dzieci. A mnie wiedza intrygowała dalej, wieczorami siadywałam naprzeciw starszego o dwa lata brata Janka, który odrabiał lekcje, i po cichu śledziłam, co on robi. Rodzice myśleli, że chcę po prostu dotrzymać bratu towarzystwa, ponieważ dali surowy zakaz nie przeszkadzania w naukach, a ja się dyskretnie uczyłam dalej.

 

Pamiętam, że w drugiej klasie czytałam płynnie, tylko… musiałam trzymać książkę odwróconą do góry. Nauczycielka nie mogła się nadziwić, skąd taki „wyczyn” i dokładała starań, bym zaczęła czytać jak wszyscy. Była to oczywiście polska szkoła podstawowa, a następnie oczywiście – polska średnia. Rodzice nie chcieli dla nas innych szkół, chociaż była możliwość wybrania jeszcze rosyjskiej bądź litewskiej, których ukończenie – jak sugerowano nieraz – ułatwiało start na studia wyższe, gdzie nauka odbywała się właśnie po litewsku i rosyjsku.

 

Kończyła pani studia dziennikarskie w Mińsku. Dlaczego akurat tam, na Białorusi?

 

– Zanim zdecydowałam się, dokąd pójdę studiować, rozesłałam listy do kilku uniwersytetów w Związku Radzieckim, prosząc o podstawowe informacje. Z Mińska otrzymałam bardzo przychylną odpowiedź, w dodatku ta uczelnia znajdowała się w odległości zaledwie dwustu kilometrów od domu rodzinnego, pomyślałam, że to nie za daleko i powiedziałam rodzicom, że chcę w Mińsku studiować. Mama się zdenerwowała, że to za daleko i się trochę opierała, twierdząc, że uniwersytety są przecież i w Wilnie, lecz tata mający duszę podróżnika, podobnie jak ja, rzekł: – Córka chce się uczyć w Mińsku, to ja ją tam zawiozę. Jak postanowił, tak zrobił.

 

Czy podczas nauki i studiów zdarzały się jakieś problemy narodowościowe: ten Polak, ten Litwin, ten Rosjanin?

 

– Byliśmy bardzo młodzi, zdarzało się powiedzieć to i owo, wychowanie polityczno-społeczne mieliśmy nieraz bardzo różne, lecz w sumie lata studenckie były świetnym okresem, przyjaźniliśmy się, odwiedzaliśmy się, kochaliśmy, snuliśmy marzenia – wspólne i każdy swoje.

 

Jak liczna jest polska mniejszość na Litwie? Czy trudno być Polakiem w tym kraju?

 

– Polacy na Litwie liczą trzysta tysięcy mieszkańców, to duża grupa mniejszościowa. Ale zawsze praktyczniej jest należeć do większości, niż do mniejszości.

 

Ale skoro się urodziło w takich a nie innych uwarunkowaniach, to trzeba z tym żyć, niektóre sprawy zaakceptować, o inne znów zabiegać.

 

Tyle ostatnio animozji w stosunkach polsko-litewskich, a to restytucja mienia, a to pisanie polskich nazwisk, to znów szkolnictwo. Polacy są prześladowani. Co władze polskie – Pani zdaniem – winny czynić, by rozwiązać ten problem? Czy jest jakieś uniwersalne remedium?

 

– Panie Januszu, jeśli kiedyś zostanę politykiem, to będę wiedziała, jak sprawę poprowadzić „by wilk był syty i koza cała”. Mogę tak przypuszczać, ponieważ nieraz potrafiłam pozytywnie rozwikłać bardzo zawiłe sytuacje.

 

Pracowała Pani kilka lat w „Kurierze Wileńskim”. Jaki charakter ma ta gazeta, czy były kłopoty z cenzurą?

 

– Wtedy była to polska gazeta codzienna, jedyna na terenie całego Związku Radzieckiego. Była czytana nawet wśród Polaków w Kazachstanie i Uzbekistanie. Podczas misji dziennikarskich spotkałam tych lektorów, zazdrościli nam Polakom z Litwy, że mamy gazetę po polsku.

 

Pracowałam w latach, kiedy zaczynała się pieriestrojka, mówiliśmy więc i pisaliśmy otwarciej. Osobiście nie odczułam mocniejszego pręgierza cenzury.

 

Ale Leokadia Komaiszko to nie tylko dziennikarka, ale wielka patriotka. Potrafiła pani dotrzeć do Polaków zesłanych do Kazachstanu, na Syberię, do Mołdawii i pisać o nich śmiało na Litwie i w Polsce. Te reportaże budziły ogromne zainteresowanie.

 

– No tak, polskość jak już pan wie, kształtowano we mnie w domu, potem wzmacniano ją w szkole na lekcjach języka polskiego i literatury, prowadzonych przez świetną polonistkę Marię Mincewicz. Polskość krystalizowała się w tęsknocie za rodziną w Polsce, a i też na studiach w Mińsku, za wileńskim środowiskiem polskim. Wszystko, co polskie, magnesowało mnie coraz bardziej, z czasem po prostu nie umiałam już żyć inaczej.

 

Zamiłowanie do podróży pozwoliło mi na odbycie dalekich i nieraz uciążliwych fizycznie delegacji. Jadąc na lotnisko o czwartej nad ranem, kiedy Wilno jeszcze spało, nieraz sobie pomyślałam: dokąd cię niesie, Leokadio, kto i po co cię goni, przecież nie ma musu, by tam jechać! Gdy znalazłam się w samolocie, już myślałam inaczej, wszyscy dokądś lecieli, wszyscy mieli jakiś ważny dla nich „mus”, obowiązek.

 

A będąc już na miejscu i spotykając moich rozmówców – Polaków, stuprocentowo wiedziałam, dlaczego tu przyjechałam.

 

Tak, moje reportaże stały się rewelacją. Na Litwie, w Polsce i dalej na świecie. Nikt dotąd podobno tam nie dojechał i nikt o mieszkających w Kazachstanie oraz na Syberii Polakach nie napisał.

 

Pierwszym uznaniem za ten mój trud stała się nagroda za kazachstański reportaż: ufundowano mi krótki staż w warszawskim czasopiśmie „Reporter”. Jakaż byłam szczęśliwa!

 

No i wydała pani książkę „Nawet ptaki wracają”, która jest zbiorem owych reportaży. Ta pozycja książkowa przyniosła pani rozgłos w Europie.

 

– Niezbędna jest druga edycja tego tomu i konieczny profesjonalny kolportaż. Jakże wielu czytelników, tych w Polsce, w Kazachstanie, na Białorusi poluje na tę książkę i jej nie znajduje.

 

Związek Polaków na Syberii szukał tomu „Nawet ptaki wracają” latami. Zawsze, gdy ktoś stamtąd przyjeżdżał do Polski, miał za zadanie wrócić z nią, ale niestety… W końcu trafili na mnie, posłałam egzemplarz na Syberię.

 

To zadziwiające, że młoda dziewczyna zajęła się losami Polaków represjonowanych w Związku Radzieckim. Ale to zapewne wielki patriotyzm rodzinny i wychowanie było tego powodem?

 

– Ma pan rację: wychowanie, wartości patriotyczne. Z pewnością nie uczyniłam tego dla poklasku, lecz z potrzeby ducha i z postanowieniem, by zaczęte doprowadzić do końca. Pragnęłam, żeby świat dowiedział się o rodakach za Uralem, jak też o tym, że są oni cywilizowanymi ludźmi i ciągle czują się Polakami.

 

Jak czytam wywiady z panią, jestem przekonany, że jest pani osobą pełną ciepła i życzliwości dla wszystkich, jakaś aureola dobroci emanuje z pani osobowości. To zapewne zjednuje ludzi?

 

– Serce ma się po rodzicach, panie Januszu, nieprawdaż?

 

Jest też takie stare polskie przysłowie: zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Wolałam i wolę budować.

 

Jakie meandry życia zawiodły Panią do Belgii?

 

– Po prostu zakochałam się i z właściwym mi optymizmem zmieniłam miejsce zamieszkania. Będąc przedtem na wschód od Polski, nagle znalazłam się po jej stronie zachodniej. A przecież od dziecka marzyłam, by mieszkać w Polsce… Tak przekornie układają się czasami nasze dzieje.

 

To też kraj dwujęzyczny, ciągle słyszymy o napięciach między Walonami a Flamandami, no i Belgia od dłuższego czasu nie ma premiera, ale jakoś sobie radzi.

 

– Trzyjęzyczny, panie Januszu. Belgia ma trzy oficjalne języki : francuski, flamandzki i niemiecki. Jest tu trochę tak, jak w mieszanym małżeństwie: różnice mentalności nie zawsze są pomocne we właściwym rozumieniu się, ale mogą dobrze uzupełniać, bo przecież żyć wspólnie trzeba, trzeba rozwijać codzienność i w ten czy inny sposób dochodzić do wspólnego mianownika.

 

Francuskie przysłowie mówi: „Partir c’est mourir un peu” (Rozstać się to trochę umrzeć). Ale w pani przypadku nie sprawdza się ta sentencja. Bez kokieterii powiem, że to Opatrzność kazała pani emigrować, by stamtąd jeszcze wyraźniej, jeszcze lepiej widzieć sprawy polskie i zajmować się nimi.

– Bardzo mi się to stwierdzenie o Opatrzności podoba. Podpisuję się pod nim.

 

Emigracja wyczula na sprawy narodowe, potęguje patriotyzm, co jeszcze czyni?

 

– Kształtuje, krystalizuje, zmienia, uczy. Na pewno ma wartość bardzo skondensowanych, choć niepisanych dotąd, uniwersytetów. Tworzy z nas inne istoty, uzupełnione, bym rzekła, ustawia nas gdzieś pomiędzy światem, z którego przyszliśmy, a światem, w którym obecnie przebywamy.

 

Jest pani w zasadzie obywatelem świata, włada kilkoma językami: polskim, litewskim, rosyjskim, białoruskim, francuskim. Spytam przewrotnie, czy pani myśli i pisze po polsku, czy też te wszystkie języki bombardują pani duszę?

 

– Pozwolę sobie dodać jeszcze niemiecki, angielski, jak też rozumienie włoskiego, niderlandzkiego. Chcąc ludzi rozumieć, trzeba uczyć się ich mowy. Może kiedyś sprostuje nam tę sprawę telepatia…

 

Zastanawiam się jednak, czy człowiek tak naprawdę od razu myśli w jakimś konkretnym języku, czy też najpierw są to emocje i widoki, które dopiero później nasz umysł przekłada na odpowiednio myślane słowa.

 

Świadomie staram się natomiast dbać o czystość języków, którymi się posługuję, nie zaśmiecać ich obcymi słowami. A największą pieczę sprawuję nad perłą mej duszy – językiem polskim.

 

Co jest najważniejsze w strofach lirycznych?

 

– Jak najbardziej trafnie i czytelnie odzwierciedlić życie, które wyczuwamy.

 

Od kilku lat redaguje pani „Listy z daleka”. Jaki charakter ma to czasopismo?

 

– Głównym tematem, który podejmujemy w „Listach z daleka”, jest współczesna polska emigracja. Temat ten jest postrzegany w formie prozatorskiej i poetyckiej przez polskich imigrantów o różnych zawodach i upodobaniach, mieszkających w różnych krajach świata.

 

Na podstawie „Listów z daleka” studenci z Polski piszą prace magisterskie. „Listy z daleka” analizowała również studiująca slawistykę doktorantka belgijska.

 

Za pana pośrednictwem serdecznie zapraszam do lektury wszystkich wydań „Listów z daleka”, a także do współpracy z naszym czasopismem. Co prawda, objętościowo jest to nieduży zeszyt, lecz mnogość nadsyłanych materiałów pozwoliłaby na o wiele pokaźniejszą edycję. Jak jednak wiadomo, fundusze materialne powinny by iść w parze. „Listy z daleka” obecnie nie są dotowane, dlatego właściwy mecenat czy sponsoring byłby dla czasopisma niezwykle pożyteczny.

 

Jaka jest Polonia belgijska?

 

– Niezbyt liczna (oficjalna statystyka mówi o pięćdziesięciu tysiącach osób), bardziej indywidualistyczna, niż zorganizowana, przy spotkaniach pogodna i raczej miła.

 

Co najbardziej panią zachwyca w Polsce, na Litwie, na Białorusi, w Belgii?

 

– Lubię widzieć, jak się kraje rozwijają, co nowego się buduje, cieszę się, gdy spotykam zadowolone ludzkie twarze, kiedy przyroda jest zadbana.

 

Najbliższe plany?

 

– Jeśli myśli pan o literaturze, to chciałabym dysponować wolnym czasem, by móc zakończyć parę kolejnych tytułów książkowych i mieć możliwość ich wydania.

 

Czego życzyć zdolnej i bardzo patriotycznej Polce, która wyfrunęła z Litwy do Belgii, ale jak ptak wędrowny wciąż wraca do swojego gniazda?

 

– Świetnie byłoby móc żyć z pisania, móc rozwinąć „Listy z daleka”. Zdążyć przekazać słowem pisanym to wszystko, co we mnie aż się prosi do przekazania. Podobnie jak każdy z nas, szukam spełnienia, ponieważ taki jest sens naszego tu życia.

 

Absolutna racja, kto szuka, zawsze znajduje. Samych sukcesów życzę.

 

Rozmawiał:

Janusz Kopeć

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*