Pomnik „Partyzanci”

Rozmowa z Andrzejem Pityńskim, słynnym artystą rzeźbiarzem, autorem pomnika „Partyzanci”

– Co czuje artysta-rzeźbiarz, jak mu pomnik wyrzucają z miejsca, gdzie stał prawie ćwierć wieku? Taki sen mi się jeszcze w Ameryce nie śnił.
– To spróbujmy go opowiedzieć. Co to za pomnik i gdzie?


Chodzi o pomnik „Partyzanci” mego autorstwa, który stał dotąd w Common Park w Bostonie. To miejsce bardzo znane i prestiżowe.Tu padły pierwsze strzały w rewolucji amerykańskiej przeciw Anglikom, która ostatecznie doprowadziła do niepodległości Stanów Zjednoczonych. Jest to jeden z najbardziej znanych parków miejskich na świecie. Stoją w nim rozmaite monumenty, m.in. Waszyngtona. Klasycystyczne w formie, ale także bardziej modernistyczne. Mój pomnik trafił tu w 1983 roku, kiedy w Polsce mieliśmy jeszcze stan wojenny. Przedstawia pięciu jeźdźców zmęczonych walką, na słaniających się z trudu koniach. Jedni i drudzi niemal padają, ale nie upadają. Jadą. Taka była moja alegoria zmagań Polaków z opresją faszystowską i stalinowską, czy szerzej – naszych walk o wolność z sąsiadami geopolitycznymi.

– Jak pomnik właściwie powstał?
W 1979 roku otrzymałem zaproszenie do pracy w światowej sławy pracowni rzeź-biarskiej Johnson Atelier w Princeton, od jego założyciela Stewarda Johnsona. Ogłoszono wtedy konkurs na rzeźbę, która miała stanąć przed atelier. Wygrałem ten konkurs moimi „Partyzantami”. Przesłanie kompozycji było pesymistyczne. Idziemy, Polacy, przez historię poturbowani. światła nadziei nie widać, ale ducha nie gasimy dopóki się starczy. Może dojdziemy… Kiedy rok później wybuchła „Solidarność”, rzeź-ba nabrała jakby proroczego wydźwięku. Niby doszliśmy, jak się zdawało. Szybko jednak stan wojenny pokazał, że chyba jednak nie doszliśmy, czyli, że jest po staremu. Ameryka w 1982 roku, jak długa i szeroka, okazywała solidarność z Polską. Ronald Reagan zapalał świeczkę w oknie Białego Domu. Itd. Zrodziła się wtedy koncepcja, że moi „Partyzanci”, w większej skali, powinni odjechać sprzed atelier w jakieś bardziej znane miejsce.

– Do Bostonu?
Nie od razu. Najpierw Fundacja Rzeźby w San Francisco zgromadziła środki na realizacje projektu w skali dostosowanej do otwartej przestrzeni wielkomiejskiej. W sierpniu 1982 roku burmistrz Bostonu Kevin White otrzymał propozycję by ustawić monument na City Hall Plaza, prominentnym placu przed Ratuszem. Przedstawił projekt radzie miejskiej i…

– … znalazł się pod ostrzałem krytyki. Dlaczego?
Byli zwolennicy i przeciwnicy pomnika. Zwolennicy powiadali, że to jest lekcja „polskiego losu, który powinien być przestrogą i wyzwaniem dla świata wartości demokratycznych”. Oponenci zgłaszali zastrzeżenia.. estetyczne. że niby postaci ludzi i koni są… przerażające. Dzieci będą straszyć, kobiety w ciąży frustrować, wzbudzać protesty miłośników zwierząt etc. A, jak ja – do cholery! – miałem pokazać cierpienie mego narodu i to jego miotanie się po tym – jak to Norman Davis powiedział – „Godąs Playground”, „Bożym boisku”(a jakiś głupek przetłumaczył: „igrzysku”)? Cierpienie nie jest „ładne”, walka, ani to co po niej – też.

– No i walka na bostońskim Ratuszu szła…
Finał był kompromisowy. Zwolennicy przepchnęli decyzję, że się pomnik postawi, a przeciwnicy, że jedynie czasowo, na pół roku. Na zasadzie „wypożyczenia” miastu przez fundację. No i osiągnię-to konsensus co do miejsca: nie przed Ratuszem, a w Common Park, co też było znakomitą lokalizacją. Ostatecznie pomnik odsłonięto z wielka pompą 10 listopada 1983 roku, w przeddzień święta niepodległości Polski. Datę odsłonięcia oficjalnie proklamowano w Bostonie „Dniem Partyzanta”. Uogólniając przesłanie do walki o wolność na świecie generalnie.

– Podobno ostatecznym argumentem za instalacją pomnika okazało się… przyznanie pokojowej Nagrody Nobla Lechowi Wałęsie?
Nie wiem, czy akurat to… Wiem natomiast, że władzom w Warszawie ta impreza zdecydowanie nie pasowała i były różne poczynania, aby „Partyzantów” nie eksponował. Aluzja do ówczesnej sytuacji w Polsce była czytelna.

– Pana fetowano wtedy, jako jednego z najwybitniejszych współczesnych rzeźbiarzy.
Powiedzmy, że nie jest to najważniejszy wątek, choć być może zaspokajający próżność artysty, jaką nosi w sobie każdy twórca.

– Co się dalej działo z „Partyzantami”?
Prowizorium utrwaliło się. Były ponawiane akcje, żeby pomnik przenieść pod Ratusz oraz kontrakcje, żeby powrócił on do wypożyczającego. Zostawało ostatecznie, jak było.

– Aż do 18 stycznia br.
Tak. Tego dnia czterotonową rzeźbę, po wykopaniu z ziemi fundamentów, zdemontowano i wywieziono z parku. Kawalerzystom poodcinano lance, żeby było łatwiej w transporcie.

– „Partyzanci” poszli w niewolę?
Trafnie powiedziane. „Boston Globe”, jedna z pięciu najpoważniejszych gazet amerykańskich podjęła zaraz poczynania śledcze i dziennikarka Lisa Wangsness ustaliła miejsce internowania na podwórku jakiegoś magazynu za drucianą siatką.

– Czy to prawda, że nastę-pnego dnia po aresztowaniu „Partyzantów” ogłosiła o tym. moskiewska „Prawda”?
Prawda. „Prawda” donosi – jak łatwo zgadnąć bez przykrości – że „kontrowersyjną rzeźbę polskich bojów wyrzucono z amerykańskiego parku”. Gazeta cytuje także dyrektorkę Boston Art Commission Sarę Hutt, która mówi, że miasto dawało już do zrozumienia właścicielowi rzeźby, iż nie jest ona „mile widziana”. Dama ta dodała, że to tak, jakby ktoś komuś zostawił przed domem samochód i uznał, że jest po sprawie. A po sprawie będzie, jak właściciel sobie auto zabierze.

– Pan jest masochistą, że mi to cytuje?
– Jestem geopolitycznym realistą. W Polsce o epizodzie z „Partyzantami” nikt się nie zająknął. Jesteście pierwszym polskim tytułem medialnym, jaki się do mnie odezwał. W Moskwie ogłaszano, że Amerykanie dali w dupę Polakom już w kilka godzin po wywózce „Partyzantów”. Takie są fakty.

– I co dalej?
„Boston Globe” zamieścił kolejny artykuł. Dzwonił do mnie ze stacji telewizyjnych. Pytają o komentarz. Ja im mówię, że pomnik to moje przesłanie-komunikat na czas kiedy powstał i dla przyszłych generacji, jeśli ktoś usuwa komunikat po 23 latach, to nie jest to wina komunikatu, a tego, komu on dziś nie pasuje.

– Może coś jest nie tak z pańskim komunikatem artystycznym, jaki pomnik niesie?
Moje pomniki stoją po całych Stanach i zamawiano je nie pod groźbą pistoletu przystawionego do łba.

– Kiedy „Partyzantów” wywiozą z Bostonu na dobre?
Jest z tego już duży skandal. Protestują organizacje kombatanckie i praw człowieka. Ratusz bostoński widzi, że chyba dał się podpuścić i z tego, co słyszę, zastanawia się nad inną lokalizacją.

– Słyszałem, że chodzi o wyciszenie sprawy przed wizytą 9 lutego br. w Białym Domu Lecha Kaczyńskiego, szczególnie wyczulonego na patriotyczne imponderabilia.

Myślę, że na te imponderabilia Polacy są wyczuleni generalnie. Usunięcie pomnika jest faktem. Ci, którzy o tym decydowali, powinni mieć świadomość tego, że ich poczynania będą komentowane i oceniane.

– Czy to prawda, że „Partyzanci” mieli stać w pierwszej wersji w Nowym Jorku?
Tak. Sam byłem przy rozmowach w tej sprawie z ówczesnym burmistrzem Edwardem Kochem (synem kuśnierza z Kołomyi, nawiasem mówiąc). Pomnik bardzo mu się podobał i sprzyjał mu. Była nawet wstępna lokalizacja w parku obok Biblioteki Publicznej przy Piątej Alei. Nowojorskie procedury formalne wydawały się jednak na tyle przewlekłe, że zdecydowano się na Boston, gdzie lobbying był silniejszy.

– Teraz pewnie pan żałuje, że „Partyzanci” nie stanęli na popas na Manhattanie?
Pewnie, że żałuję.

Rozmawiał:
Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*