Piekło nad Niemnem

Rozmowa z Kazimierzem Pawełkiem, senatorem RP

Media polskie, niekiedy w poetyce relacji wojennych, przynoszą doniesienia z Grodna i okolic, gdzie trwają represje władz przeciwko Związkowi Polaków na Białorusi. Z ramienia Senatu RP zajmował się pan naszymi rodakami prez całą dobiegającą końca kadencję. Niedawno też pan tam był. Zacznijmy od diagnozy.
Dzieje się bezprawie. łamane są prawa człowieka, zaś prawa obywatelskie ograniczane. To, że Związek Polaków na Białorusi padnie ich ofiarą nie było trudne do przewidzenia, bowiem była to ostatnia bodaj organizacja mniejszości narodowych zachowująca niezależność od łukaszenkowskiej administracji oraz wyrażająca wobec niej swoje, wielokroć krytyczne stanowisko. Z bólem muszę użyć czasu przeszłego. Milicja i organa bezpieczeństwa spacyfikowały praktycznie jej działalność, a aktywistów poddaje się represjom i zastraszaniu.
Z jeszcze większym bólem muszę stwierdzić, że obok natury reżimu panującego na Białorusi za wykreowanie sytuacji odpowiedzialne są też… środowiska polskie. Powiem nawet, że to one zainspirowały administrację i ośmieliły do akcji, jaką dziś obserwujemy.

 Mocne słowa. Na ogół nie do usłyszenia w mediach…
Nie ma tak, że są dwie strony. Czarna jak smoła białoruska i śnieżnej bieli  polska. To grube uproszczenie. Kryzys jest udziałem także „polskiego piekła”, instytucji o wielkich tradycjach w naszej społeczności, tak krajowej, jak i żyjącej poza krajem. I to niezależnie od tego czy sami z Polski wyjechali czy też to ona… wyjechała od nich.

 No dobrze, jak nie ma  tak,  to… jak jest?
Najpierw rys historyczny. Bez tego trudno będzie pojąć genezę konfliktu. Związek Polaków na Białorusi działa niemal 17 lat. Jednym z jego założycieli i wieloletnim prezesem był Tadeusz Gawin. Za jego czasów nawiązane zostały bliskie związki organizacji ze Wspólnote Polską i Senatem RP. Popłynęła pomoc materialna dla rodaków.

Zaczęto budować z naszych środków domy polskie i szkoły. Rozbudowane też zostały struktury organizacyjne ZPB, w których praca wiązała się niejodnokrotnie z odmianą bytu i była przedmiotem pewnego pożądania. W drugiej połowie lat 90. prezes Gawin aktywnie włączył się w nurt silnie akcentującej elementy narodowe opozycji białoruskiej. W związku rozpoczęła się dyskusja czy dla Polaków na Białorusi lepsze jest  otwarte zwalczanie łukaszenki czy też raczej trzymanie się z dala od polityki. Finałem tych dyskusji był V Zjazd  ZPB, na którym  prezesem wybrano zwolennika drugiej opcji Tadeusza Kruczkowskiego, doktora na uniwersytecie w Grodnie. Antagonizm grupa Gawina oczywiście zachowała.

Kruczkowski  szybko stał się czołową postacią polskiej społeczności na Białorusi. Zrobił też karierę w światowych środowiskach polonijnych.  Został wybrany sekretarzem Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych oraz członkiem siedmioosobowej Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu RP. Utrzymywał systematyczne stosunki z  Senatem RP, Wspólnotą Polską, Ministerstwem Spraw Zagranicznych, występował w telewizji. Z końcem 2004 roku mijała kadencja władz ZPB, a prezes nie wyznaczał terminu nowego zjazdu. Sprawy postanowił wziąć w swe ręce wiceprezes Józef Porzecki. Jak słyszałem, podczas nieobecności Kruczkowskiego, Porzecki zebrał zarząd ZPB i zawiesił prezesa, sam przejmując ster. Kruczkowski po powrocie oczywiście nie przyjął tego do wiadomości. Powstała swego rodzaju „dwuwładza”. Sytuacja patowa…

 Ożywiana, radującym białoruską administrację, polskim folklorem w postaci „spalenia się” auta Kruczkowskiego, pomówieniem go o… „zgwałcenie studentki” oraz podbiciem mu oka przez Porzeckiego…
Wszystkie te wydarzenia znam z relacji wzajemnie się wykluczających. Auto istotnie spłonęło, prokuratura zajmowała się plotkami o studentce, a sąd skazał Józefa Porzeckiego na 10 dni aresztu za naruszenie nietykalności Tadeusza Kruczkowskiego, na zamkniętej rozprawie bez udziału oskarżonego.

 A co z wyborami?
Jedna jej część zainteresowana była wyborami, druga  nie. Kruczkowski starał się przekonać władze, że nie pora na wybory, a one wysyłały stosowne ostrzeżenia do ZPB, żeby się nie zbierać. Porzecki  parł do zjazdu. Wreszcie w dniach 1213 marca br. w szkole polskiej w Grodnie do niego doszło. Można by rzec, że Kruczkowski przegrał tę rundę, ale nie do końca, bo na dwa dni przed zjazdem milicja zabrała Porzeckiego do aresztu, aby odsiedział zasądzone 10 dni. Nie wziął w nim udziału.

Na Kruczkowskiego atak przypuścił Tadeusz Gawin zarzucając mu  uległość wobec administracji łukaszenki i wyprzedaż polskich interesów. Ten bronił idei apolityczności, a ponadto  wskazywał, że ZPB powinien brać przykład z organizacji Polonii niemieckiej i samodzielnie zarabiał pieniądze, a nie tylko spoglądał na Warszawę. Ostatecznie Kruczkowski otrzymał absolutorium za minioną kadencję (210:54), ale wybory przegrał różnicą 36 głosów (152:116) z 31letnią nauczycielką z Grodna Andżeliką Borys.

 Czy to była sensacja?
Zapewne tak.  Nieobecność Porzeckiego nie pomogła Kruczkowskiemu i jego zwolennikom. Zamiast przyjąć wyniki z godnością, zaczęli składać do władz białoruskich donosy kwestionujące wybory i domagać się ich unieważnienia szkalując nowo wybranych. Roztaczali przy tym administracji  jak widać  jakieś katastroficznospiskowe wizje, w tym o „amerykańskiej inspiracji”, rzekomych „dążeniach rewindykacyjnych”, jakie zaraz padną ze strony polskiej itd. Tym swoim donosicielstwem wykreowali, podjętą w trybie niezgodnym z prawem, decyzję o unieważnieniu wyborów, podjętą administracyjnie, a nie przez sąd. Jej uwieńczeniem był najazd na siedzibę ZPB w Grodnie w wykonaniu Tadeusza Kruczkowskiego na czele  oddziału milicji i OMN w nocy z 27 na 28 lipca br. śmiem twierdzić, że gdyby nie to awanturnictwo „przegranych”, nie byłoby dziś konfliktu o takiej skali emocji i festiwalu wzajemnych gestów wrogości.

 Targowica?
To dobra analogia. Załatwianie polskich spraw z udziałem obcych i przeciąganiem ich na swoją stronę budzi u mnie jak najgorsze uczucia. O ile jeszcze możliwe było szukanie jakiegoś kompromisu, kiedy w wewnętrzne sprawy Polaków na Białorusi nie były wmieszane lokalne władze, o tyle teraz sytuacja jest  bardzo zła i nieprzewidywalna. I to nasza polska robota! Tak, jak Ksawery Branicki nie był w stanie pogodzić się z decyzjami Sejmu Czteroletniego i ganiał do dworu Katarzyny II z żądaniem rozwiązania tego „polskiego bałaganu i anarchii”, tak Tadeusz Kruczkowski pognał do dworu Aleksandra łukaszenki z analogicznymi dezyderatami. Jeden i drugi zostali wysłuchani. I użyci…

 Użyci?
Tak. Dostarczyli argumentu, że oto sami Polacy nie mogą dać sobie ze sobą rady i potrzebny jest superarbitraż. Ten scenariusz jest nawet już realizowany. Pod nadzorem Stanisława Buki, przewodniczącego Państwowego Komitetu d/s Religii i Mniejszości Narodowych Białorusi 13osobowa grupa Kruczkowskiego obradowała w Szczuczynie i podjęła „uchwałę” o ponownym zwołaniu VI Zjazdu ZPB w Wołkowysku. Z kolei ambasador Białorusi w Polsce Paweł łatuszko konsyliacyjnie apeluje do Polaków o zrozumienie i wyraża opinię, że w imię unikania waśni w powtórzonych wyborach nie powinien brać udziału, ani (użyty i zużyty)  Tadeusz Kruczkowski, ani wybrana w marcu br. Andżelika Borys…
 
 Zna ją pan? Kim ona jest? Angelą Davis bardziej czy „Angeliką wśród piratów”?
Jako frankofon i miłośnik kina francuskiego optowałbym za drugim porównaniem… Ponadto ta analogia do piratów pasuje do Kruczkowskiego i jego towarzyszy. Zaś serio, Andżelika Borys to skromna, patriotycznie i pozytywistycznie zorientowana nauczycielka języka polskiego. Poprzednio pracowała w wydziale oświaty ZPB w Grodnie zajmując się wyłącznie działalnością oświatową i kulturalną. Tym do czego organizacja została powołana.

Zero polityki. Bieg wypadków oczywiście sytuację upolitycznił. Także wymusił prezentację nowych walorów pani prezes, takich jak determinacja, nieustępliwość i odwagę osobistą. Sam byłem ich świadkiem,  jak energicznie walczyła, gdy zatrzymano wiceprezesa ZPB Józefa Porzeckiego i jego kolegę, za brak… paszportów w strefie przygranicznej, a zatrzymano ich… 63 km od granicy białoruskolitewskiej. Dodam, że wtedy udało się uzyskać ich wypuszczenie z aresztu, ale i tak ukarano ich wysokim grzywnami.

 łomżyński tygodnik „Kontakty” wiele miejsca poświęcający tematyce pogranicza, twierdzi że Józef Porzecki, jeden z medialnych bohaterów konfliktu, od siedmiu lat nie jest wpuszczany do… Polski. Podobno działał na jej szkodę. Czy wie pan coś na ten temat?
A cóż może wiedzieć na ten temat nawet senator RP, jeśli maczały w tym palce służby specjalne, a konkretnie świętej pamięci UOP?

 Rozmowę Andżeliki Borys z panem zamieścił ostatni numer „Głosu znad Niemna”. Przyjechał pan do działaczy ZPB pilnujących swej siedziby, aby ich wesprzeć?
Istotnie to było przed nocnym najazdem… Unikałbym jednak tej retoryki konfliktowowojennej, że jechałem tam ze specjalną akcją wsparcia. Ja u Polaków na Białorusi w czasie tej kadencji bywałem po kilka razy w roku i to było normalne, codzienne, a nie okazjonalne i interwencyjne z udziałem kamer i dziennikarzy. Nikt przede mną nie klękał, po rękach nie całował. Wyjazd związany był z 61. rocznicą operacji „Ostra Brama”. Byłem w Smorgoniach, Solach, Więsławieniętach, Iwaszkowicach i innych miejscowościach gdzie spoczywają bohaterscy żołnierze Armii Krajowej polegli w 1944 roku idący wyzwalać Wilno. Spotykałem się z Polakami, lud źmi żyjącymi biednie, ale godnie.

Opowiadali o swojej polskości językiem niekiedy bardzo odległym od polszczyzny jakiej używamy w Polsce, niekiedy z wyra źnymi naleciałościami rosyjskimi, ale emanowała od nich wielka duma. Nie padaliśmy na kolana za cara, ani za Stalina, ani za Breżniewa, nie padniemy za łukaszenki  powiadali.
Co do wizyty w siedzibie ZPB to nasza rozmowa z  Andżeliką Borys była dość szczególna. O banałach mówiliśmy otwartym tekstem. O sprawach kontrowersyjnych dialogowaliśmy na piśmie.  Ona pisała pytania, ja odpowiadałem i odwrotnie. Była przekonana, że w budynku pozakładane są podsłuchy. Zresztą na ławce przed domem siedział jakiś facet, a obok stało auto z dwoma młodymi facetami wewnątrz, których wygląd i zachowanie nie pozostawiały raczej złudzenia co do fachu jaki wykonują. Nie specjalnie mnie to wzruszało, ale też moja sytuacja była inna niż moich gospodarzyPolaków.

 „Głosy znad Niemna” też  jak przystało na ten konflikt  są dwa…
Niestety… Wraz z przejściem władzy, nowa pani prezes postanowiła zmienić redaktora organu ZPB „Głosu znad Niemna”, który opowiadał się po stronie Kruczkowskiego. Odmówił odejścia i gazeta ukazuje się nadal, tyle że wydawana przez panów Tadeusza i Wiktora Kruczkowskich. Z kolei ZPB też wydaje „Głos znad Niemna”, ale nikt go nie chce drukować na Białorusi, więc robi to w Polsce. Natomiast „gadzinówka” Kruczkowskiego drukowana jest w państwowej drukarni, ale za druk nikt nie… płaci. Uzyskaliśmy tylko tyle, że  zniknął napis, iż jest to „Wydawnictwo Senatu RP”. W takim stylu gra się toczy.

 To dzielenie dotyka już także dzieci. Odwołano  w Polsce kolonie dla polskich dzieci ze Szczuczyna i okolic. Powód? Dyrektor Domu Polskiego w tej miejscowości Wiktor Bogdan, skonfliktowany z Andżeliką Borys, a popierający Tadeusza Kruczkowskiego, nie pozwolił na organizowany przez nią koncert w swojej placówce. A to właśnie dyrektor typował dzieci na kolonie. Dlatego nie pojadą. Media białoruskie już doniosły, że kolonie postawi dzieciakom spółka chemiczna Grodno Azot. Co pomyślą sobie one same?
Na pewno nic dobrego. Jestem przeciwnikiem używania dzieci w polityce. Czym innym są poglądy pan Wiktora Bogdana i to co robi, a czym innym możliwość wypoczynku w Polsce dzieci naszych rodaków. One powinny mieć obiecane im i uzgodnione polskie wakacje. Kiedy słyszą z białoruskich mediów, że „kolektyw grodzieńskich chemików zatroszczy się o represjonowaną przez rodaków polską młodzież” krew mnie zalewa… Te dzieci powinny znale źć się w Polsce z powodów czysto ludzkich, ale także, aby pokazać, że jesteśmy ponad „polskie piekło”, ponad gadanie jednego z jego kotłowych, pana Bogdana.

 Jak pan ocenia eskalację konfliktu polskobiałoruskiego? Bo już nie kruczkowskoborysowego…
Uważam, że nie można mylić dwóch spraw. Czym innym jest walka o naszych rodaków i ich prawa. Tu musimy być konsekwentni i stanowczy wobec administracji białoruskiej. Mało tego, powinniśmy mobilizować Polonię, aby okazywała solidarność swoim rodakom na Białorusi. Czym innym jest jednak potencjalna możliwość antagonizowania społeczeństwa białoruskiego, często indoktrynowanego, ale przecież posiadającego swoją godność. Powinniśmy zachowywać wielki umiar w wyrażaniu opinii. Dotyczy to przede wszystkim mediów. Produkowanie sobie wrogości zwykłych Bialorusinów, którzy generalnie  w odróżnieniu od Rosjan czy Ukraińców   nigdy w historii nie mieli z nami konfliktów, byłoby nieodpowiedzialną głupotą. Nie można im wmawiać, że zorganizujemy im „eksport demokracji”, że zorganizujemy „rewolucję”, że ich „uszczęśliwimy”. Wszędzie te procesy  muszą być wynikiem wewnętrznego dorastania społeczeństwa, którego dotyczą. Wymagają taktu i poszanowania jego godności…

 Coraz głośniej słyszy się w Polsce głosy, że w rozwiązywanie sytuacji powinny włączyć się struktury europejskie…
To byłoby najgorsze z możliwych rozwiązań. Przypominałoby mi kabaret, którym zawodowo, jako satyryk zajmowałem się ponad 35 lat. Tu na kabaret nie ma miejsca i czasu. Trzeba siadać do stołu.

Rozmawiał:
Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*