Naprawdę taka jestem

– przyznaje w rozmowie z Bożeną Jankowską

Katarzyna Sobczyk


– Na początek zadam ci pytanie nie związane ze sztuką, ale z życiem. Jesteśmy w Ameryce, która dla większości jest rajem spełniającym życzenia, ale dla innych czyśćcem, czy nawet piekłem. Czym jest dla ciebie Ameryka?

Po prostu jest kawałkiem ziemi. Wspaniałej dla niektórych ludzi. Mnie się też Ameryka podoba. Nie mogę stwierdzić, żebym się tutaj źle czuła. Na pewno stoi na czele wszystkich innych krajów na świecie. Poza tym są to Stany Zjednoczone, czyli nie taki poszczególny kraj jak np. Polska. Można je porównać raczej do zjednoczonej Europy.

 

– Zaczęłaś bardzo ogólnie, a ja wolałabym, abyś podzieliła się swoimi przeżyciami, czy przemyśleniami na temat naszych losów jako emigrantów. Na temat twojego losu.

Rozmawiamy przecież o tym kraju. To, co się zdarzyło w moim życiu, nie zależy od tego, czy zdarzyło się w Ameryce, w której jestem od dziesięciu lat, czy gdzie indziej.

 

– Ale czy Ameryka dała ci możliwości takie, jakich nie miałabyś gdzie indziej?

Nie. Obojętnie, czy w Polsce, czy w Ameryce moje życie ułożyłoby się podobnie. Nie jest to ani wina, ani zasługa Ameryki.

 

– Wiem, że wydajesz teraz trzecią płytę. I to trzecią płytę tu, na ziemi amerykańskiej. Czy myślisz, że będąc w Polsce też byś miała taką możliwość?

 

Tak. Na pewno bym miała. W ciągu dziesięciu lat na pewno bym wydała trzy płyty.

 

– To co ci dała Ameryka?

Możliwość poznania tego kraju. Może nie dogłębnie, bo nie wszystkie stany zwiedziłam, ale z racji tego, że mam koncerty i występuję dając recitale (chociaż ostatnio rzadko się to zdarza) gdzieś tam wyjeżdżam. Więc nie tylko Chicago. Mam spotkania z ludźmi w innych miejscowościach. Cóż mi dała Ameryka? Raczej pomaga mi Polonia, która wie, że artyści nie mają tu najlepiej. Czyli jak wydaję płyty, to muszę mieć sponsorów, bo wiadomo, że sama sobie nie poradzę. Jak większość kolegów z branży artystycznej. Spotkałam tu wielu wspaniałych ludzi, którzy mi bardzo pomogli. Przede wszystkim wspaniałych muzyków: Andrzeja Gozdka, Jacka Kafla. To były takie przypadki. Niekoniecznie musiała być to Ameryka. Nie przyjechałam tu, żeby robić karierę, bo już tę karierę zrobiłam w Polsce. Raczej przyjechałam, żeby tu się pokazać. I zostałam dłużej, niż się sama spodziewałam. I tak się potoczyło.

 

– Powiedz mi, czy ucząc się Ameryki, nauczyłaś się czegoś nowego o sobie?

Nie, nie uczyłam się siebie. Powiem ci szczerze, że to co tutaj przeżyłam, to były zawsze przypadki. I czy byłabym tu, czy gdzie indziej, to pewnie moje życie potoczyłoby się tak samo. Zawsze chciałam się realizować jako artystka. Całe te dziesięć lat starałam się nie robić nic innego poza śpiewaniem. Będąc jeszcze w Polsce jeździłam po całym kraju i miałam możliwości poznawania ludzi z różnych środowisk. Dlatego teraz bardzo się dobrze czuję zarówno wśród naszych górali, jak i ludzi z innych regionów. W Chicago można spotkać każdego. A w sumie tworzą znakomitą polską publiczność.

 

– No to wrócimy do początku rozmowy.

Znowu chcesz wiedzieć czy to niebo, czy piekło? Jesteśmy tu, na ziemi, na której każdy z nas jakoś musi się sprawdzić.

 

– Eee, to taka symbolika tylko. W końcu niektórzy tu naprawdę przeżywają tragedie. Nie mają siły wrócić, a ciągle tęsknią i miejsca sobie znaleźć nie mogą. Inni za to realizują marzenia o domach, samochodach, wykształceniu dzieci. To jak jest z tobą?

W moim przypadku uważam, że w Polsce zrobiłabym znacznie więcej, bo tutaj nie mogę się za bardzo rozwijać. Dlatego że Polonia jest niewielka i właściwie tylko niektórzy poczuwają się do pomocy w rozwoju kultury polskiej. A ja jestem piosenkarką polską i muszę oprzeć się na grupie etnicznej. O ile ta grupa chce, żeby się na niej opierać. Mam wielu kolegów muzyków, aktorów, którzy nie żyją tutaj ze swoich zawodów, a zajmują się kontraktorką, sprzedażą samochodów czy sprzątaniem. Biorą oczywiście udział w imprezach, przyjęciach, czy zabawach, ale są to przypadki sporadyczne.

 

– A nie uważasz, że przez te dziesięć lat, kiedy tu jesteś, życie kulturalne i artystyczne Polonii umocniło się? Zaczęliśmy odczuwać większą potrzebę zaspokajania potrzeb kulturalnych, spotykania się na imprezach artystycznych. Ludzi zajmujących się kulturą przybyło, przybyło też nowych inicjatyw. Muzycy mają możliwości grania zarobkowego, nagrywania swoich utworów. Istnieje kabaret, Teatr przy stoliku, koncerty w filharmonii.

Ciągle jednak nie są to możliwości, jakie istnieją w Polsce. Nawet sprzęt techniczny. Ja wiem, że tu to jest wszystko prywatne, więc istnieją małe studyjka. Można sobie w nich wszystko nagrać, ale ciągle jest to oparte na możliwościach finansowych właściciela. Nie zawsze satysfakcjonujących. Dobrze dosyć funkcjonuje studio Andrzeja Dylewskiego, ale on chyba jeden dysponuje prawie profesjonalnym sprzętem. Dlatego prawie wszyscy u niego nagrywają.

 

W Polsce już też powstały firmy prywatne, ale jest ich więcej, więc jest możliwość wyboru. Wracając do moich wspomnień. Ja tu nie przyjechałam na dłużej, żeby zarabiać. Gdybym założyła sobie przed wyjazdem, że mam tu zostać zarobkowo, pewnie inaczej bym się przygotowała. Poszłabym do szkoły, nauczyła języka, zrobiłabym prawo jazdy, chociaż nie lubię sama prowadzić samochodu i nie bardzo się do tego nadaję. Trudno mi tu mówić o podjęciu jakiejś pracy, bo najbardziej interesuje mnie scena i występy. Dlatego żyję tylko i wyłącznie z koncertów. Trudno też mówić o jakimś zarabianiu, gdyż z tego, co uda mi się zarobić, pomagam synowi w Polsce. Sergiusz, chociaż już nie jest dzieckiem, czeka na wsparcie mamusi, jak każde dziecko. Więc od czasu do czasu, jeśli uda mi się dostać pieniądze z koncertu, dzielę się z nim. Z tym, że nie są to koncerty cykliczne, co tydzień, raczej sporadyczne i rzadkie.

 

– Czyli wybrałaś życie artystki “pomimo wszystko”. Dlaczego zatem nie organizujesz sobie życia tak, aby twoje występy były cykliczne? Abyś uświetniała tutejsze bankiety, uroczystości polonijne recitalami?

Widocznie jeszcze nikt nie wpadł na taki pomysł, żeby mnie zaprosić do uświetnienia. Na ogół proponowano mi zabawy, czyli śpiewanie do tańca. A mój repertuar się zmienił na bardziej refleksyjny i do tańca nie pasuje. Proponuje mi się również imprezy charytatywne, na których chętnie występuję, ale wiesz sama, że z tego nie ma zarobku. A poza tym nie potrafię sama siebie “sprzedawać”. Nie jestem menadżerem, nie umiem chodzić za swoimi sprawami artystycznymi, organizować. Musiałby to ktoś robić za mnie. Oczywiście nie za darmo. Ale nikt mi tego jeszcze nie zaproponował, a sama sobie nie poradzę. Zawsze czekam chętnie na propozycje. Jeśli ktoś chce mnie zaprosić, czy zorganizować coś, przyjmę z radością. Ostatnio wystąpiłam przed uczestnikami zjazdu Optymalnych. Podobno bardzo im się podobało.

 

– No to gratuluję. I mam nadzieję, że zostałaś odpowiednio nagrodzona.

Nie narzekam.

 

– Uważam, że tak powinno być. Nie jest to tylko “pomoc” dla ciebie, ale również zdrowe podejście do zamówienia. Powinno się wprowadzić zwyczaj, żeby na większych bankietach, spotkaniach czy balach w prominentnych miejscach istniał “artystyczny recital” czy to aktora, czy piosenkarza, aby podnieść rangę takiej imprezy. A potańczyć można zawsze później przy dobrym zespole muzycznym.

Bardzo chętnie się przyłączę. Po to tu jestem, żeby śpiewać. Chociaż przyznam ci się, że tęsknię za Polską.

 

– No właśnie. Miałaś wyjechać.

– Miałam. Miałam już nawet bilet. Ale miało to być tuż po 4 lipca i ze względu na te pogróżki przeciwko Ameryce bałam się lecieć. Rodzina w kraju też mnie nie zachęcała. Gdy zadzwoniłam do Polski, że wracam, mam bilet na 6, bardzo byli wystraszeni, że coś się może stać w czasie lotu. Oddałam więc bilet i postanowiłam zostać. No i przyszła propozycja nagrania nowej płyty. Postanowiłam więc zostać do wiosny i w międzyczasie zrobić nagranie. Mieć większy dorobek.

 

– Dorobek masz spory. Przecież zaczęłaś karierę jako bardzo młody człowiek. Ile miałaś lat?

Osiemnaście. Byłam tzw. “młodym talentem”. Młode talenty na start!

 

– Trochę czasu upłynęło. I jak sobie dałaś radę z sukcesem w tak młodym wieku? Przecież bez doświadczenia, z dnia na dzień prawie poznała cię cała Polska. To musiało zaszumieć. Jak to wpłynęło na twoją osobowość, widzenie świata?

Człowiek w młodym wieku jest żywiołowy. Nadleciało to z nienacka. Nagle dowiedziałam się, że jestem bardzo popularna. Rozpoznawano mnie na ulicy, nazywano po imieniu. Byłam raczej skromną panienką, za co ludzie mnie lubili. Sądzę. Nie nosiłam dekoltów, wyzywającego makijażu. Podobało się ludziom, że byłam spontaniczna, uśmiechnięta i z dołeczkami w policzkach. Nie stwarzałam pozorów “gwiazdorstwa”. Byłam naturalna. Moja popularność bardzo mnie cieszyła, ale zarazem była męcząca. Napadano na mnie na ulicach prosząc o autografy, czasami urywano mi część włosa na pamiątkę albo kawałek ubrania. Cieszyłam się, że się ludziom podobam. Jak to wpłynęło na moje życie osobiste? Na pewno nie na moje miłości. Nigdy nie byłam wyrachowana i nigdy mnie nie interesowało np. małżeństwo dla kariery. Że poznam jakiegoś DYREKTORA, który załatwi mi np. koncerty czy wyjazdy zagraniczne. Poznałam Fabiana, zakochałam się, wyszłam za niego za mąż i byliśmy ze sobą dwadzieścia lat. Z tego małżeństwa jest syn –Sergiusz. A przecież w tamtych czasach nikt o Fabianie nie wiedział i niektórzy dziwili się, że tak wybrałam.

 

– A po dwudziestu latach?

Zupełnie prozaicznie. Rozwiedliśmy się. On chodził swoimi ścieżkami, ja swoimi i tak jakoś nasze drogi się rozeszły. Ale długo nam się układało. Zostały mi występy. Wyjeżdżałam w tzw. “trasy koncertowe”, często dwutygodniowe lub dłuższe. Sergiuszem opiekowała się wtedy moja serdeczna przyjaciółka. Ojciec często go odwiedzał. A ja musiałam zarabiać. Mieszkaliśmy w hotelach, często “na walizkach”, podróżowaliśmy od miasta do miasta po całej Polsce. Takie życie.

 

– I Ameryka była przedłużeniem tej trasy?

W pewnym sensie. Dostałam propozycję z “Daru Serca”, żebym przyjechała na koncerty. Miałam zagwarantowane pięć koncertów. I zaraz dostałam następną propozycję z “Maryla Polonez”. Właścicielka chciała, abym została przez miesiąc i śpiewała w jej lokalu. Potem, jak się dowiedziano, że jestem w Ameryce, zadzwoniono z Nowego Jorku. Pojechałam tam na dwa miesiące i śpiewałam w lokalu o nazwie “Skorpion” w New Jersey.

 

A potem pojechałam do Kanady, bo jeszcze w Polsce podpisałam umowę o występy. Byłam tam cały rok. No i wróciłam do Stanów. Do “Cafe Lura”. Wtedy prowadzili ją Ewa Milde i Boguś Łańko. I zaczęłam spotkania z publicznością. I tak już zostało. Oczywiście przyjmuję zaproszenia z innych miast. Wyjeżdżam do Nowego Jorku, do Filadelfii, do Detroit, na Florydę. Wszędzie, gdzie mnie zaproszą.

 

– Uważasz, że dobrze się stało, iż twoja kariera zaczęła się tak wcześnie. Nie wolałabyś osiągnąć sukces jako dojrzała kobieta?

Bardzo dobrze. A co do dojrzałości, to ja już wtedy byłam w pełni dojrzałą artystką. Przecież wcześniej występowałam jako amatorka. Jeździłam z amatorskim zespołem po miejscowościach podkoszalińskich, brałam udział w występach i konkursach. Zdobywałam nagrody. Przeważnie zajmowałam pierwsze miejsca. Byłam znana w środowisku szkolnym. Miałam obycie sceniczne i to prawdopodobnie zaważyło, że porwali mnie “Czerwono-Czarni” w ten bardziej profesjonalny świat artystyczny. Żeby pokazać całej Polsce, jaki to talent w tym Koszalinie siedzi. A teraz. Jaka jestem teraz? Oczywiście mam te parę lat więcej i o tyle więcej doświadczenia. Jak każdy człowiek starzeję się i może jestem trochę mądrzejsza. Inaczej też śpiewam. Moje piosenki są głębsze. Tak jak życie się toczy, wpływa na moją interpretację piosenek. Dużo myślę na temat interpretacji. Próbuję, zmieniam. Pracuję ciężko nad tą nową płytą, bo chcę, żeby była najlepsza.

 

– A jak się stało, że zaczęłaś tworzyć? Słowa, muzykę.

To już dawno. Jeszcze w Polsce. Zawsze sobie coś tam podpisywałam. O miłości. Refleksje o życiu. Rzadko jednak pokazuję to innym. A te nagrania, z moją melodią to tak, żeby udowodnić sobie i innym, że jeszcze coś tworzę. Poza tym przychodzą do mnie melodie, jak konieczność zagrania pewnych słów. Na przykład piosenka “Ogrzej mi serce” ze słowami Zbyszka Staweckiego powstała z przypadku. Przywiozłam tutaj ten tekst i sobie leżał z nadzieją, że ktoś kiedyś coś z nim zrobi. No i w studiu Jacka Kafla próbując nocą inne piosenki nagle zanuciłam jakąś melodię, którą Jacek podchwycił i powstała piosenka. Właściwie zaśpiewałam ją tylko raz. W ciągu dziesięciu minut – przebój!

 

– Masz jakieś życzenia na Nowy Rok?

Boże. Chciałabym, żeby wszyscy ludzie byli szczęśliwi!

 

– To niemożliwe, więc może coś bardziej realnego?

To może, żeby chociaż trochę byli szczęśliwi. Albo, niech każdy będzie szczęśliwy na swój sposób. No i przede wszystkim zdrowia. To zdrowie jest najważniejsze. A sobie? Sobie życzę, żebym była zdrowa i jak najszybciej wróciła do kraju. To jest moje marzenie. Ja cały czas żyję teraz powrotem. No i płyta. Żeby mi się udała. Żeby te piosenki przypadły ludziom do serca, do duszy. Żebym spełniła ich oczekiwania. Wydaje mi się, że to się uda. Że coś dobrego wyniknie.

 

– Ja ci też życzę dobra. Z całego serca. I dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.


 

Powyższy wywiad z Kasią Sobczyk ukazał się w piśmie „Monitor” w grudniu 2003 roku. Jak widać, część problemów poruszanych w rozmowie jest ciągle aktualna w naszym środowisku. Szkoda tylko, że my odchodzimy, a problemy zostają.

(bj)

 


Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*