lat w 5 tygodni z itvn – rozmawa z Szymonem Majewskim

Największy showman wśród gwiazd telewizji i największa gwiazda wśród showmanów. Szymon Majewski z okazji piątych urodzin itvn opowiada nam o tym jak poznał Ędwarda Ąckiego, o tym czemu by nie wpuścił Janusza Palikota do domu i przed kim uciekał w młodości.

– Od początku istnienia itvn, czyli od 5 lat, niezmiennie bawisz naszych widzów na całym świecie. Jak to jest być naczelnym świrem RP?
Zastanawiam się czy taki program bardziej ludzi informuje czy tylko przybliża klimat tego co dzieje się aktualnie w kraju. To, że momentami „SMS” jest zwariowany, śmieszny a od czasu do czasu tragikomiczny sprawia, że powodów dla których ludzie go oglądają jest bez liku. Sam jestem ciekawy czy odbiór tego programu za granicą jest inny niż ten na miejscu. Czasami się zdarza, że ludzie nie mieszkający w kraju mają ostrzejszy odbiór tego co się dzieje w Polsce. My tutaj jesteśmy do takiego stopnia zamuleni różnymi informacjami, że znieczulamy się na nie.
– Wydaje mi się jednak, że jeśli chodzi o Ciebie to wszyscy odbierają Twój program z jednakową sympatią.

To miłe, ale powiem Ci, że mam w USA znajomego który jest bardzo konserwatywny, słucha Radia Maryja ale nie ma ze mną żadnego problemu. Pomimo tego, że nie ze wszystkim się do końca zgadza to przyjmuje mnie takim jaki jestem (śmiech). A wracając do samego „świra” to bycie nim jest bardzo ciężkim obowiązkiem. Zaczynam się łapać na tym, że ludzie oczekują ode mnie bycia zabawnym w każdym momencie.

– Czyli prosisz w warzywniaku o dwa kilogramy ziemniaków a pani sprzedawczyni czeka na jakąś zabawną puentę?
Trochę tak właśnie jest. W każdym takim momencie przypomina mi się anegdota którą powiedział Wojciech Mann: „Jak bokser wchodzi do apteki to ludzie się boją, że zaraz zacznie ich tłuc po twarzach”. Wiadomo, że tak nie będzie ale i tak odpowiedzialność jest duża ponieważ czujesz, że czegoś konkretnego się od Ciebie oczekuje. Ja cały czas myślę, że mój program to dla mnie zabawa. Dopóki ja będę miał radość z tej zabawy to będzie się ona przenosiła na ekran.

– I łatwiej Ci żyć z takim tłumaczeniem świata?
Absolutnie. Dlatego staram się pamiętać, że to jest tylko i wyłącznie zabawa. To jest entertainment. Na moich barkach nie spoczywają losy świata, nie muszę uruchamiać żadnych guzików atomowych, nie ratuję niczyjego życia. Mam tylko bawić ludzi. Jeśli któregoś dnia, dostając kolejną nagrodę czy wyróżnienie uwierzę, że jestem mistrzem świata to będzie to dla mnie definitywny koniec. Ja mam cały czas wrażenie, że jeszcze czegoś mogę się nauczyć, że jeszcze mogę coś zmienić czy ulepszyć, że mogę przekonać samego siebie, że da się zrobić coś śmieszniej. Mam głęboką nadzieję, że będę tak miał dopóki program będzie istniał.

– Z drugiej strony masz 2 Wiktory, 3 Telekamery, 2 Świry, Fenomen Przekroju, Studencki Mediator… Chyba trochę jednak mistrzem świata jesteś. Gdzie Ty to wszystko trzymasz?
No tak, trochę się tych nagród nazbierało. Część nagród, które są wynikiem pracy całego zespołu jest w siedzibie firmy Rochstar, która produkuje program, część tych które dostałem ja jako Szymon czyli „Fenomen” czy nagrody od studentów trzymam w domu. Każda nagroda jest strasznie miła ale żadna nie świadczy o tym, że jestem mistrzem. Telekamera jest najmilszą z tych nagród bo jest rzeczywiście nagrodą od widzów. Jak się zorientowałem w tym roku, że 160 tys. ludzi wysłało sms czy zagłosowało na mnie na stronie co wiąże się z pożegnaniem się z jakąś kwotą pieniędzy to zrobiło mi się bardzo miło. Spotykam młodych ludzi którzy mówią, że zamiast wysłać sms do mamy, że zjadł drugie śniadanie w szkole to wysyła sms na program Majewskiego i to mnie rozczula. Musiałbym być hipokrytą gdybym powiedział, że mnie te wszystkie nagrody miło nie łechcą. Telekamera jest najprostszym sposobem na sprawdzenie popularności. Wiem, że ten facet na ekranie jakoś trafia do ludzi, że jest miły czy jakoś im bliski. To jest fajne, bardzo fajne.

– Więc wychodzi na to, że fajnych rzeczy uczą w zawodzie technika autoklawów medycznych.
(śmiech) Rzeczywiście moje epizody z pracą w różnych miejscach i cały życiorys który jest dość nietypowy może bawić. Co prawda nie ma jakiejś wyższej szkoły showmenstwa czy wyższej szkoły rozrywki ale może już czas żeby taką założyć. Z drugiej strony, to by było chyba nie do wytrzymania. Nie wiem jak by wyglądała taka szkoła albo jak by wyglądały w niej przerwy. Wyobraźmy sobie, że wypada nagle tysiąc showmanów z klas włącznie z dyrektorem który jest tak samo zwariowany. Kto by pilnował porządku w takiej szkole? I na przykład czy wagary w takiej szkole byłyby naganne czy byłyby przedmiotem samym w sobie – jak wydajnie wagarować? Takie wagary mogą być rzeczą pożądaną bo może się okazać, że żeby być wariatem i showmanem trzeba być ze szkołą na bakier. Ciekawie by to wyglądało. Co do zawodów to faktycznie mam papier świadczący o tym, że jestem technikiem autoklawów medycznych, ale on już nie jest aktualny bo trzeba go co trzy lata odnawiać. Bliscy memu sercu są ludzie na różnego rodzaju zakrętach, często jak widzę jakieś materiały z poprawczaka czy wywiady z trudną młodzieżą to przypominają mi się moje pokręcone losy.

Co prawda w poprawczaku nigdy nie wylądowałem ale jestem przykładem na to, że finalnie można odnieść – nazwijmy to – sukces. Być usatysfakcjonowanym mimo, że nie rokowało się za dobrze na początku i nie było zbyt wielu przesłanek, że może się to udać. Ja jeszcze w wieku 20 lat nie wiedziałem na dobrą sprawę co będę w życiu robił i jeśli jawiły mi się jakieś zawody w głowie to wiedziałem, że mam jakąś energię, mam jakieś predyspozycje ale jak pytali się mnie konkretnie do czego je mam, to nie byłem już w stanie na to odpowiedzieć. Próbowałem zdawać na psychologię, a to na wiedzę o teatrze, gdzieś tam krążyłem wokół różnych zawodów aż mi życie przetłumaczyło, że to nie jest zajęcie dla mnie.

– Kim jest dla Ciebie Sebek?
To jest moje alter ego. To jest przedstawiciel grupy ludzi których się boję i z którą miałem przez całe życie problem. Kiedyś kiedy nie było dresiarzy to były inne subkultury kibiców czy skinheadów z którymi zawsze miałem problemy ze względu na swój strój. Długie włosy i hipisiarsko – punkowe ciuchy działały na nich jak płachta na byka. To jest jakby zasada mimikry. Ja wymyślając i będąc tym dresem pod postacią Seby chciałem obłaskawić demona którego się bałem. Uwielbiam obserwować takich Sebków, jak stoją na przystanku czy w galerii handlowej. Słucham ich rozmów, dialogów, obserwuję ich ruchy i mimikę i to jest dla mnie hit. Bycie takim dresem i wejście na chwilę w inne ciało to fajna rzecz. Natychmiast jak zakładam dres, jak jestem ogolony, mam łysą groźną czaszkę, zaczynam inaczej mówić, ruszać się to zaczynam czuć się automatycznie pewniej. Podobnie jest z Ąckim, jest to spełnianie chęci bycia kimś innym, to świetna zabawa.

– Przez te przebieranki powstaje pytanie czy daleka jest droga od świra do błazna?
W pewnym sensie jest to, to samo. Błazen jest co prawda postrzegany w bardziej negatywnym świetle ale Stańczyk też był błaznem. Jak ktoś chce mi dociąć to tak mnie właśnie nazywa ale myślę, że sprawa jest trochę głębsza. Wszystko zależy od tego jak się odbiera program, jeśli ktoś patrzy na mnie jak na faceta który się tylko przebiera w kolorowe ciuszki to rzeczywiście może to tak wyglądać. Natomiast Ci którzy wsłuchują się w to co mówię i potrafią czytać między wierszami wiedzą, że jest to rodzaj prowokacji czy komentarza do rzeczy które dzieją się
w kraju. Duża część tych zabiegów czemuś służy. Nie zawsze to jest to co widzimy wprost czyli facet w kolorowych ciuchach. Nie wszyscy akceptują rolę którą gram – gościa który lubi się w specyficzny sposób wygłupiać. Uwielbiam się zmęczyć w tym programie, powygłupiać na maksa, mam z tego świetną zabawę i to mnie gdzieś w środku odmładza, dodaje mi energii. Nie ma lepszej sprawy niż poczekać po programie i spotkać się z fanami którzy Cię lubią. Podpisać autografy, przybić żółwiki, porozmawiać z ludźmi – super rzecz. Zawsze po programie zostaje, rozmawiam ze wszystkimi, nikt nie odchodzi z kwitkiem, każdy jest przeze mnie objęty czy klepnięty po plecach. Uwielbiam te rytuały. Lubię też jak ludzie się uśmiechają na mój widok.

Często, kiedy idę sobie ulicą i widzę jak ktoś się na mnie patrzy obserwuję reakcje ludzi. Mijają mnie i widzę, że odchodzą z perlistym uśmiechem. Nie ma „cześć”, nie ma „dzień dobry” – sam mój widok powoduje uśmiech. Super sprawa. Jeśli miałbym się nacieszyć czy napawać jakąś chwilą to jest to jedna z fajniejszych. Jeśli wyobrażasz sobie, że gość miał dzięki Tobie fajniejszy dzień czy uśmiech utrzymał mu się dłużej na twarzy – a nie oszukujmy się, pretekstów do uśmiechu jest ostatnio coraz mniej – to jest to dla mnie przesympatyczna sprawa.

– Zaczynałeś w TVN wkręcając gwiazdy w „Mamy Cię”. To był dla Ciebie dobry okres?
Mój udział w „Mamy Cię” był raczej szczątkowy. Byłem w nim tylko prezenterem, i wtedy jeszcze dodatkowo pracowałem w radiu. Bardzo lubiłem ten format, była to bezpretensjonalna, fajna, zabawa. Poza tym to moje pierwsze poważne spotkanie z telewizją. „Mamy Cię” pozwoliło mi oswoić się do końca z kamerą, bo do tej pory byłem głównie człowiekiem eteru.

– „Szymon Majewski Show” to był Twój autorski pomysł?
Nie ma chyba człowieka na świecie który by pracował w radiu czy telewizji i nie chciał mieć swojego autorskiego programu. Z drugiej strony „SMS” był pragnieniem trzech instytucji. Z jednej strony Rinke Rooyens który był producentem „Mamy Cię” i od dłuższego czasu próbował mnie namówić na zrobienie programu, z drugiej TVN nabrał na mnie większego apetytu i Edward Miszczak od jakiegoś czasu dopytywał się czy chciałbym zrobić coś swojego no i ja sam z trzeciej strony miałem na to chęć.

– Jest to Twój program ale naturalnie nie robisz go sam. W jakich proporcjach rozkładają się pomysły Twoje i pomysły reszty zespołu?
Z tym jest przeróżnie. Generalnie u nas w programie panuje demokracja bo to jest bardzo duży zespół. Główny trzon wymyślających to 8 osób a cały zespół licz sobie kilkadziesiąt osób. Każdy może i każdy ma prawo dorzucić co chce. Razem się zapładniamy. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale tak właśnie jest. Ostatnie słowo należy do mnie i do stacji. Nic nie pójdzie na antenę jeżeli ja tego nie zaakceptuje.

– To dobrze, że nie jesteś samolubem.
Dosyć łatwo jest być w tym wszystkim takim właśnie „sobkiem”. Gościem który jest zazdrosny o swoje pomysły, o swój świat, o swoich fanów. Ja nigdy nie oglądam konkurencyjnych programów, nie lubię się inspirować w ten sposób. Ale jak już widzę coś bardzo dobrego to się wkurzam, że to nie ja wymyśliłem. Z drugiej strony ten program pod moim szyldem prezentuje talenty wielu ludzi. Mówię o „Rozmowach w tłoku”, o kapitalnych aktorach którzy ze mną pracowali jeszcze w radiu i tych którzy doszli później jak Kasia Kwiatkowska czy jak Michał Zieliński który gra np. Marcinkiewicza. Teraz zaczynamy współpracę z kapitalnym facetem którego wszystkim absolutnie polecam. Gość który jest dla mnie przyszłością telewizji – Rafał Rutkowski. W pierwszym odcinku wystąpił w roli niemieckiej stewardessy Herthy Pipke ze słynnego incydentu monachijskiego i jest on dla mnie absolutnym objawieniem. Byłem też na jego stand-upie na Chłodnej 25 i uwierzcie mi – koleś jest kapitalny.

– Wpadłeś tam na niego przypadkiem czy szukałeś aktorów do „Rozmów w tłoku”?
To jest facet z teatru „Montownia” a teraz jest znany z reklamówek pewnej hurtowni artykułów budowlanych. Ja go zobaczyłem w tych reklamówkach i pomyślałem, że jest świetny. Poszedłem na ten stand-up i był genialny.
– Po zmianie władzy trudniej o dobry temat do żartów?
Jest trochę trudniej. Rzeczywiście jest tak, że koalicja – zwłaszcza ta egzotyczna która już nie istnieje – bo nawet nie sam PiS tylko przystawki z nieodżałowanym Andrzejem Lepperem i Danutą Hojarską powodowały, że humor nabierał rumieńców. Ludzie oczekiwali komentarza, chcieli się ze mną zgodzić bądź nie, chcieli zobaczyć co mamy im do zaserwowania. Żart był towarem pierwszej potrzeby. Im bardziej władza jest radykalna i konserwatywna, tym niestety łatwiej się humor tworzy. Im więcej jest zakazów i napięcia, tym łatwiej drzeć łacha.

– A jak poznałeś wybitnego polityka Ędwarda Ąckiego?
Ącki był odpowiedzią na zapotrzebowanie ludzi na trybuna ludu. To był komentarz do sytuacji z wzięciem przystawek do koalicji gdzie zaroiło się od gości o których nie miałeś pojęcia skąd byli. Do tej pory mieliśmy jasność, że pojawienie się jakiegoś człowieka było konsekwencją jego wiedzy czy kompetencji, a tu nagle zaroiło się od takich Ąckich. Ędward był odpowiedzią na zapotrzebowanie na bohatera znikąd, wyszedł z lasu i wszedł do wielkiej polityki. To był „Tymiński” okresu sprzed dwóch lat. Facet w sandałach i skarpetach, źle wyglądający, źle ubrany i z wielkimi aspiracjami. Najfajniejsze było to, że udało się namówić masę ludzi do tej wspólnej zabawy. Nawet nie jestem w stanie policzyć ile dostałem kart do głosowania gdzie na dole była dorysowana i zaznaczona kratka z nazwiskiem Ącki. Samo to ile osób przychodziło na akcje które organizowaliśmy, czyli łańcuch ciepłych rąk, czy pranie brudów gdzie nagle pojawia się parę tysięcy osób, ludzie dający mi dzieci do całowania, wspólne zdjęcia, jest fenomenalne. Jak w Ameryce podczas ostatnich wyborów (śmiech).

– Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wieczór, siedzisz w kapciach przed telewizorem i nagle dostajesz trzy telefony jeden po drugim. Dzwoni Gosiewski, Palikot i Kalisz. Wszyscy z tym samym problemem. Żony wyrzuciły ich z domu i szukają miejsca żeby przenocować. Ty masz tylko jedno wolne łóżko. Kogo z nich bierzesz do siebie?

Palikota to bym się bał zaprosić bo mam wrażenie, że to zbyt duża konkurencja. Przystojny facet, udany biznesmen. Po prostu moja żona mogłaby spojrzeć na niego bardziej łaskawie. Powiem Ci natomiast szczerze, że może trochę z przekory ale ciekawą rzeczą było by przyjąć pod dach Gosiewskiego. Chciałbym z ciekawości przegadać z nim pół nocy przy piwie, zapytać jaki jest jego punkt widzenia i jak on postrzega rzeczy które mi się wydają oczywiste. Ale już w ogóle wyzwaniem było by przyjąć Jarosława.
– No to teraz sytuacja numer dwa z Jarosławem. Spacerujesz sobie po Warszawie i nagle przed nogami przebiega Ci kot. Rozpoznajesz w nim Alika. Łapiesz i odnosisz go na Żoliborz. Wdzięczny Jarosław mówi Ci, że w nagrodę spełni Twoje trzy życzenia. Jak one brzmią?
Pierwsze życzenie jest proste. Chciałbym, żeby przyszedł do programu. Już go co prawda zapraszaliśmy, nawet w pierwszym odcinku tego sezonu przekazałem Jackowi Kurskiemu zaproszenie dla Jarosława Kaczyńskiego ale się jeszcze nie skusił.

– Z Panią Marią Kaczyńską masz przecież świetny kontakt, mogłaby coś szepnąć.
Z Panią Marią mamy kontakty korespondencyjne. Parokrotnie odpisała mi na list czy życzenia. Wysłała mi też kanapkę wtedy kiedy śmiałem się, że w reklamów
ce którą wnosiła do samolotu miała kanapkę dla męża. Później tę kanapkę zrobiła i wysłała. Było całe poruszenie w TVN bo zajechała limuzyna, wyszedł BOR-owiec z torbą i zaniósł ją na recepcję. Natychmiast do mnie dzwoniono z pytaniem co tam było bo nikt paczuszki wcześniej nie otworzył. A moje drugie życzenie…może bym poprosił Jarosława Kaczyńskiego żeby założył dla mnie krótkie spodenki. Jestem bardzo ciekawy jak by w nich wyglądał. No a trzecie by było takie, żeby pomógł mi zaprosić swojego brata z małżonką do mojego programu.

– Żona nie jest zazdrosna o wszystkich Twoich gości płci przeciwnej którzy rozbierają się przed Tobą od kolana w dół?
Nie, moja żona ma kompletny luz jeśli chodzi o dziewczyny zapraszane do programu. Do tego co z nimi tam robię, tego, że trzymam za nogę czy za rękę. Jedyne co by chciała to, to, żeby jej mąż był czasami poważnym człowiekiem. Jak zrobię jakąś głupią minę w programie to ona się później pyta: „A co Ty się tak wydurniasz? Nie mogłeś już chyba zrobić głupszej miny.” Ostatnio oglądaliśmy jakąś zajawkę w której miałem totalnie dziwny wyraz twarzy a ona się na mnie patrzy i wzrokiem mówi „co to w ogóle za mina”. Odpowiadam jej, że Madziu, no to jest moja robota, tak się w niej po prostu zachowuję. A jak żona Sashy Cohena ma się czuć kiedy obserwuje go w telewizji jak on goli sobie jajka czy tarza się na łóżku z jakimś grubasem nago? Może jest tak, że nie powinno się siebie oglądać w pracy. Nie jest to w moim przypadku łatwe, bo moja praca jest właśnie do oglądania (śmiech).

– Czyli kobiety mogą Ci spokojnie pokazywać swoje stopy byle byś tylko nie robił przy tym głupich min.
No mam faktycznie słabość do stóp kobiecych. Robią na mnie ogromne wrażenie. Oczywiście nie wszystkie bo stopa musi być filigranowa, drobna, zadbana i proporcjonalna. Dlatego właśnie wakacje i lato są dla mnie ciężkim momentem bo chodzę ze wzrokiem wbitym w ziemię i wpadam co chwila na jakąś latarnię.

– Powiedz nam jeszcze na koniec jakie niespodzianki szykujesz nam na ósmą serię?
Bardzo dużo niespodzianek. W kabarecie zaczniemy pokazywać postacie luźniej związane z polityką czyli na przykład pojawi się stylista Jarosława Kaczyńskiego, stewardessa niemiecka Hertha Pipke czy kierowca Lecha Wałęsy.
– Życzę Tobie i nam jednocześnie dalszych sukcesów i Jarosława Kaczyńskiego w programie jeszcze w tej serii.
Dzięki za rozmowę i oglądajcie mnie w każdy poniedziałek!
Rozmawiał:
Jarosław Banaszek
Szymon Majewski, polski showman, satyryk i prezenter telewizyjny. Przez 15 lat związany z Radiem Zet. Karierę w telewizji TVN zaczynał prowadząc program „Mamy Cię” a od 2005 roku prowadzi swój autorski „Szymon Majewski Show”. Szymon współpracuje też z pismem „Playboy” i gościnnie występuje w filmach. Prywatnie mąż Magdaleny i tata Zosi i Antosia.

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*