Jak Polak z Polakiem – rozmowa z prof. Stefanem Niesiołowskim, wicemarszałkiem Sejmu RP

(Korespondencja własna z Warszawy)
– Panie Marszałku, Polonia w Chicago uniosła się oburzeniem, gdy nazwał ją pan „małpiarnią z Chicago”. W tej sprawie zaprotestował nawet prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej Frank Spula w specjalnym oświadczeniu. Czy ten ambaras był potrzebny?
Nie ma żadnego ambarasu. Moje słowa zostały wyrwane z kontekstu, a następnie celowo, w złej woli nadano im sens, jakiego nie miały, i rozdmuchano. Użyte określenie dotyczyło konkretnej grupy osób, którą zresztą dokładnie zdefiniowałem. Zaraz w następnym zdaniu powiedziałem, że nie chodzi o całą Polonię z Chicago. Nigdy bym się tego powiedzieć nie ośmielił, a poza tym byłaby to nieprawda. Kto zna moją wypowiedź z autopsji, a nie z cudzego, w dodatku wrogiego, przekazu, nie posądzi mnie o obrażanie Polonii. Myślę, że na pośpiesznych ocenach zaważył przekaz celowo deformujący moją wypowiedź. Mogę tylko powtórzyć, że ani nie miałem zamiaru obrażać Polonii, ani nigdy bym tego nie zrobił. Jeśli ktoś komentuje moje wypowiedzi, nich robi to w całości i dokładnie.
– Kto pańskie słowa zniekształcił i uogólnił?
Moi przeciwnicy polityczni, w tym przede wszystkim zwalczające mnie zaciekle środowisko Radia Maryja, a także ludzie chorzy z nienawiści, którzy rozpętali nagonkę przeciwko Andrzejowi Czumie, wielkiemu Polakowi, któremu za to, co przeszedł walcząc o Polskę, należy się szacunek. Ja tych ludzi widziałem podczas demonstracji w Chicago z transparentami „Czuma = KGB”, „Czuma go to Moscow”. Itd. To do nich kierowałem swoje słowa. Nigdy bym nie ośmielił się mówić tak o ogromnej większości Polonii, którą tworzą wspaniali patriotyczni rodacy.
– Czy burza wokół Andrzeja Czumy, a teraz także i pana, jest fragmentem tradycyjnego „polskiego piekła”?
Jest coś na rzeczy w tej alegorii. Albowiem potrafimy tak sami sobie dopiec i zaszkodzić nawzajem, że nie potrzeba już specjalnego wysiłku wrogów z zewnątrz. Znalazło to wyraz w znanych przypowieściach, że w polskim sektorze piekła nie potrzeba diabłów do pilnowania, bo Polacy sami siebie w kotłach za nogi ściągają na dno, albo że tylko u nas szewc zazdrości kanonikowi, że został biskupem. Coś w tym jest! Na emigracji te zjawiska mściwości i zazdrości pewnie się zaostrzają i wyostrzają. Jak we wszystkich mniejszościach etnicznych, grupach relatywnie małych i izolowanych ich wymiana z otoczeniem jest ograniczona. Siłą rzeczy intensywność konfliktów wewnętrznych jest inna. Dotyczy głównie jakiejś niewielkiej części środowiska, która nie odniosła sukcesu, nie ma osiągnięć i związaną z tym frustrację przekuwa w agresję kierowaną przeciwko tym, którym coś wyszło w życiu, co się udało…
– Nie odnosi pan wrażenia, że w wielkiej cenie jest też „objaśnienie”, dlaczego im się nie udało?
Na tym bazuje radistacja Rydzyka, w której można znaleźć na to odpowiedź. Za nasz brak powodzenia odpowiedzialny jest jakiś „obcy”. Wróg, ktoś inny, nie nasz. To może być – w planie ogólnym – „Żyd”, „mason”, „bankier”, „Unia Europejska”. Zaś – w planie osobistym – sąsiad, kolega z pracy, działacz z tej samej organizacji, wierny z tej samej parafii itd. To bardzo chwytliwa demagogia, dzięki której wiele można sobie „wytłumaczyć”. Także i to, że sąsiad-rodak, któremu się powiodło, najpewniej jest jakimś złoczyńcą, udał się na służbę do obcych, a najpewniej to w ogóle nie jest Polakiem.
– Niezależnie od tego wewnętrznego piekła, nie brakuje przykładów chwalebnego angażowania się Polonii w sprawy kraju…
Ależ oczywiście! Tych pięknych kart jest bardzo wiele i Polska o nich pamięta. Poczynając od Błękitnej Armii generała Józefa Hallera, która podczas I wojny walczyła o przywrócenie Polski na mapę Europy. Poprzez podobne zaangażowanie Kongresu Polonii Amerykańskiej, który powstał w nadziei przywrócenia Polsce po II wojnie miejsca w rodzinie państw niepodległych, a co w wyniku paktu jałtańskiego okazało się bolesną iluzją. Po wojnie jest to przede wszystkim wspieranie Kościoła w Polsce, który zawsze na Polonię amerykańską mógł liczyć, zwłaszcza w latach, gdy jego sytuacja w kraju była trudna – gdy komuniści więzili kardynała Wyszyńskiego, kiedy starali się nie dopuścić do obchodów tysiąclecia chrztu Polski i w innych okolicznościach. Drugi obszar to ogromna pomoc charytatywna. Trzeci – promowanie demokracji i wolnego słowa, jakie płynęło do Polski z rozgłośni radia Wolna Europa i Głosu Ameryki. Wreszcie natychmiastowe wsparcie przez Polonię ruchu Solidarności, a potem mobilizowanie Ameryki, aby o Solidarności nie zapomniała w czasie stanu wojennego i pomaganie jej w podziemiu. Potem było wspieranie budowania wolnej Polski, w tym pełne zaangażowania i poświęcenia lobbowanie na rzecz przyjęcia jej do NATO. Tego wszystkiego Polska nigdy Polonii nie zapomni. To są zasługi gigantyczne i tysiąckroć większe niż jakiś margines politycznego szaleństwa i nienawiści, który teraz się uaktywnia i desperacko szuka swoich „pięciu minut” wykorzystując do tego w sposób podły prowadzoną w kraju, m. innymi przez „Politykę”, „Super Express”, „Rzeczpospolitą” i imperium Rydzyka oraz niektóre środowiska, nagonkę na Andrzeja Czumę. Nie ważne, kto zaczął pierwszy, kto kogo używa i inspiruje – nagonka jest faktem.
– Jakie postaci Polonii amerykańskiej postrzega pan Marszałek, jako szczególnie zasłużone?
Jest ich wiele. Biorąc pod uwagę tylko czas od II wojny, bez wahania można wymienić założyciela KPA Karola Rozmarka i jego następcę Alojzego Mazewskiego, Kazimierza Wierzyńskiego, Stefana Korbońskiego, Stanisława Mikołajczyka, Jana Nowaka-Jeziorańskiego czy darzonego przeze mnie szczególną czcią Jana Karskiego, którego miałem zaszczyt znać osobiście.
– Z prezesem Alojzym Mazewskim łączy pana także ważny wątek osobisty…
Panu Alojzemu Mazewskiego zawdzięczam ja i Andrzej Czuma oraz jego brat Benedykt uwolnienie z więzienia. Prezes KPA zażądał od Gierka uwolnienia nas z więzienia w zamian za… poparcie dla spotkania z prezydentem Geraldem Fordem w USA w 1974 roku, o które Gierek usilnie zabiegał. Zawsze o tym będę pamiętał i przypominał nie tylko ze zwykłej przyzwoitości, ale i podkreślania roli Kongresu Polonii Amerykańskiej, jaką w relacjach z krajem odgrywał zawsze.
– Wracając do Jana Karskiego, czy jest panu znany fakt, że w marcu ubiegłego roku pierwszy premier i prezydent III RP Tadeusz Mazowiecki i Lech Wałęsa zwrócili się do marszałka Sejmu RP Bronisława Komorowskiego o ustanowienie 2009 roku – Rokiem Jana Karskiego, aby w 70-lecie wybuchu II wojny światowej, której stał się bohaterem, upowszechnić jako postać i dzieło? Czy wie pan, że ten apel pozostał bez echa?
Fakt takiego wystąpienia, tak zasłużonych postaci w intencji takiego bohatera nie jest mi znany, ale na pewno się tym zainteresuję. Gdybym wcześniej o tym wiedział osobiście pilotowałbym tę inicjatywę. Niezależnie od tego, czy Jan Karski będzie miał swój rok, czy nie, jest on bohaterem narodowym Rzeczypospolitej, jednym z najwybitniejszych Polaków XX wieku i postacią otaczaną absolutnym, wielkim i powszechnym szacunkiem. W jego rodzinnej Łodzi był postacią bardzo szanowaną, posiadał honorowe obywatelstwo tego miasta, doktorat honorowy Uniwersytetu Łódzkiego i zawsze był serdecznie tu witany. Z całą pewnością zwrócę się do marszałka Komorowskiego z prośbą o wyjaśnienie.
– Z kolei prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej ,Frank Spula, z okazji podpisania polsko-amerykańskiego porozumienia w sprawie instalacji na terenie Polski elementów tzw. tarczy antyrakietowej,
zaapelował do zwierzchnika sił zbrojnych RP, prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ministra obrony narodowej Bogdana Klicha o awans generalski dla 85-letniego płk.inż. Juliana Starosteckiego, bohatera spod Monte Cassino, w Stanach Zjednoczonych zasłużonego, jako… konstruktor rakiety „Patriot”. Od lata zeszłego roku nic w tej sprawie nie wiadomo.
Przyznaję, że i o tej sprawie wiem niewiele. Niewątpliwie jednak zasługuje ona na pilne zainteresowanie. Pamięć o takich ludziach i godne ich uhonorowanie jest naszym obowiązkiem.
– Skoro pozostajemy w obszarze pamięci polsko-amerykańskiej, kolejna sprawa. W 1922 roku naród polski wystawił w swej stolicy Pomnik Wdzięczności Ameryce na Skwerze Hoovera, specjalnie wydzielonym z Krakowskiego Przedmieścia. W ten sposób uhonorowano zarówno wkład Stanów Zjednoczonych w odzyskanie przez Polskę niepodległości podczas konferencji wersalskiej, jak też ogromną akcję amerykańskiej pomocy naszemu krajowi koordynowaną przez Herberta Hoovera, późniejszego prezydenta USA. Pomnik Wdzięczności, dłuta Xawerego Dunikowskiego, uległ zniszczeniu w 1930 roku. Miał być odtworzony i podawano nawet kolejne terminy. Do wojny tak się nie stało, a po niej nie mogło być o tym mowy z powodów politycznych. W III RP o odtworzenie pomnika apelował w latach 90. Jan Karski, a po 2000 roku Jan Nowak-Jeziorański. Bezskutecznie. Czy ten bezwład w tak symbolicznej materii stosunków polsko-amerykańskich nie jest kompromitujący?
Polska ma za co być wdzięczna Stanom Zjednoczonym, zarówno w aspekcie historycznym, sięgającym 1918 roku, jak i czasów zdecydowanie nam bliższych, kiedy rodziła się III RP. Są to kwestie oczywiste. Polska wyraziła Ameryce swoją wdzięczność poprzez pomnik. Ten fakt należy uszanować, a jego istnienie przywrócić. Nie wiem, dlaczego po 1989 roku tak się jeszcze nie stało. Na pewno szybko zwrócę się do prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz z prośbą o wyjaśnienia w tej materii oraz o podjęcie akcji restytucji Pomnika Wdzięczności Ameryce.
– Polska od lat nie potrafi uporać się z problemem zadośćuczynienia za mienie zrabowane jej obywatelom przez reżim hitlerowski oraz władze PRL. Jest pod tym względem ewenementem w Europie. Tylko w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie dotyczy to ponad 25 tysięcy ograbionych z własności lub ich spadkobierców. I nie chodzi tu – bynajmniej – tylko o majątki żydowskich obywateli RP, lecz najczęściej o przedstawicieli emigracji niepodległościowej, wielokroć postaci o historycznych nazwiskach dobrze Polsce zasłużonych. Mało kto wie, że ewentualne roszczenia „żydowskie” to nie więcej niż 14 procent podlegającego restytucji mienia, a czarny PR, jaki kwitnie w Polsce wokół tego tematu, powiada, że przyjdą Żydzi i zabiorą nam „wszystko”. Czy ten cały kontredans nie przynosi Polsce wstydu?
Ma pan rację. Żaden rząd i żaden parlament III Rzeczpospolitej tego bolesnego problemu nie rozwiązał. To jest plama i wstyd demokracji w Polsce! O ile po wojnie, na mocy rozmaitych porozumień z Niemcami, problem reparacji z ich strony został w zasadzie rozwiązany, o tyle nie ma postępu w zadośćuczynieniu za mienie zagarnięte przez komunistów. Kwestia ta była wiele razy podnoszona w Sejmie. Raz nawet ustawa trafiła do prezydenta, gdzie została zawetowana. Problem polega na znalezieniu w Polsce większości parlamentarnej dla uchwalenia takiej ustawy, bowiem rodzi ona wydatki budżetowe. Z kolei powiązanie jej z eksponowaniem kwestii żydowskiej było wielkim błędem, bo przesunęło akcent dyskusji na historyczne resentymenty, w tym antysemickie. Wprowadzanie wątków etnicznych do tej sprawy jest czymś, co może jej służyć jak najgorzej. I jak najgorzej służyć Polsce.
Powiedziawszy to, dodaję, że zwrot całości majątków czy stuprocentowa restytucja ich wartości są niemożliwe w obecnej sytuacji państwa i nigdy chyba nie będą możliwą. Pozostaje kwestia skali tego zadośćuczynienia. Z tego, co wiem, projekt ustawy jest obecnie w ministerstwie skarbu państwa. W sposób oczywisty nie zadawala on pokrzywdzonych, czemu wcale się nie dziwię. Trwa w tej chwili dyskusja z ich przedstawicielami. Do tego wszystkiego dochodzi obecne spowolnienie i kryzys gospodarczy, powodujące, że uchwalenie tej ustawy w tym roku będzie bardzo trudne, a być może nierealne. Ale świadomość, że to trzeba w końcu załatwić – jest. W każdym razie w mojej formacji politycznej.
– Podczas amerykańskiej wizyty Donalda Tuska w lutym ub. roku padły konkretne deklaracje, że ustawa zostanie uchwalona przez Sejm RP do końca października zeszłego roku. Mamy marzec roku następnego a w Sejmie nie ma nawet jej projektu. Polonia zwraca na to uwagę. Czepia się?
Nie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że ma rację. Należy się przynajmniej wyjaśnienie powodów opóźnienia. Tym powodem jest problem polityczny. Szukamy w Sejmie większości dla tej ustawy. I nie dotyczy to większości potrzebnej tylko do jej uchwalenia, a większości potrzebnej do odrzucenie weta prezydenckiego. Jest bowiem niemal pewne, że prezydent ustawę zawetuje. Musimy szukać tych głosów nie tylko na lewicy, ale też w PiS’ie oraz w szeregach koalicyjnego PSL’u. Ja zawsze byłem jednym z największych orędowników tej ustawy, co można łatwo ustalić, sprawdzając moje głosowania i wystąpienie w tej sprawie w poprzednich kadencjach. Jako sekretarz parlamentarnego klubu AWS, stanowiącego zaplecze polityczne rządu Jerzego Buzka, osobiście nad tą ustawą pracowałem. Niestety nie przeszła z powodu weta prezydenckiego. Teraz trzeba większej roztropności: zbudowania poparcia, nim się projekt uchwali. Trwają rozmowy na ten temat. Zgadzam się, że trzeba o tych staraniach i przeszkodach jasno mówić środowiskom zainteresowanym zadośćuczynieniem. Czynię to m.in. w tej formie i deklaruję gotowość szczerej rozmowy z Polonią na wszystkie tematy i w każdym miejscu.
– Panie Marszałku, czy gotów byłby pan w takim razie się spotkać z Polonią z Chicago, w tym także z tą jej częścią, która słowa o „małpiarni” wzięła do siebie?
Ależ naturalnie! Powtarzam, że nie miałem intencji obrażania Polonii ani też wpływu na to, jak moja wypowiedź została złośliwie zmanipulowana przez przeciwników politycznych, osobistych wrogów Andrzeja Czumy, ludzi zafascynowanych Tadeuszem Rydzykiem itp. Nie widzę sensu spotkania się z ludźmi, którzy świadomie i złośliwie kłamią. Natomiast z Polonią amerykańską oczywiście tak!
Rozmawiał:
Waldemar Piasecki,
Warszawa

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*